[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Ale to niemo liwe, ciociu!- Sęk w tym, e obecny charakter naszego związku doskonale nam obojgu odpowiada.Emeline rozło yła ręce.- Przecie w tej chwili łączy was zwyczajny romans! Nie mo na ciągnąć czegoś takiego w nieskończoność!Lavinia pomyślała, e ton krytyki i zgorszenia, brzmiący w głosie siostrzenicy jest wyjątkowo denerwujący.- Nie pojmuję twojego wzburzenia - powiedziała spokojnie.- Wiele dam nawiązuje długotrwałe romanse.- Ale nie ty!- Nie patrz na mnie tak, jakbym była bezwstydną skandalistką, do diabła!- Lavinia podeszła do barku i mocnym szarpnięciem otworzyła drzwiczki.Stan jej nerwów wymagał jeszcze jednego leczniczego kieliszka sherry.- Doskonale wiesz, e niekonwencjonalny związek zniszczyłby opinię młodej damy takiej jak ty, ja natomiast, jako wdowa, mogę robić, co mi się podoba, byle dyskretnie.- Zdaję sobie sprawę, e świat przykłada ró ną miarę do postępowania twojego i mojego - rzekła sztywno Emeline.- Nie przekonasz mnie jednak, e właściwe i dobre jest, abyś obdarzała swoją… swoją przychylnością pana Marcha, nie biorąc pod uwagę przyszłości i trwałości waszego związku…- Dobry Bo e, mo na by pomyśleć, e mówisz do kobiety z półświatka!Emeline zaczerwieniła się gwałtownie.- Nie mam pojęcia, dlaczego tak mówisz, nic takiego nie przyszłoby mi nigdy do głowy… Muszę jednak przyznać, e od początku zakładałam, i pan March ma w stosunku do ciebie honorowe intencje…- Och, na miłość boską… - Lavinia nalała sherry do kieliszka, z którego ju wcześniej piła.- Ale tak, jego intencje są honorowe!- Jak mo esz tak mówić, skoro nie poprosił cię o rękę?- Nie mogę uwierzyć, e masz czelność udzielać mi pouczeń na temat właściwego zachowania i prowadzenia się!- Mówię to z wielką przykrością i bólem, ale musimy wziąć pod uwagę mo liwość, e pan March z rozmysłem cię wykorzystuje.Tego ju za du o, pomyślała Lavinia.- Wykorzystuje? Mnie? - Przełknęła sherry i z trzaskiem postawiła kieliszek na blacie biurka.- A czy nie przyszło ci do głowy, e to mo e ja wykorzystuję pana Marcha?Emeline otworzyła usta ze zdziwienia.Była wyraźnie wstrząśnięta.- Jak… Jak to? - wyjąkała.- Spójrz na całą sytuację z mojego punktu widzenia - poradziła jej Lavinia, kierując się do drzwi.- W tej chwili mam wszystko, czego kobieta w moim wieku i o mojej pozycji w towarzystwie mogłaby zapragnąć.Łączy mnie bliski związek z d entelmenem, którego darzę pewnym uczuciem, lecz jestem wolna od poświęceń, jakich tak często wymaga się od zamę nej damy.Zachowuję wszystkie swoje prawa i przywileje, zarówno prawne, jak i finansowe.Mogę robić, co zechcę, jestem wolna.Mam zajęcie i nie zale ę od adnego mę czyzny.Mo e wydam ci się brutalnie szczera, moja droga, ale taki układ posiada chyba więcej plusów ni minusów.Emeline nie zdołała jeszcze odzyskać równowagi.Lavinia doszła do wniosku, e nie ma na co czekać i szybko poszła na górę.Dopiero zamknąwszy drzwi przytulnej sypialni przyznała się sama przed sobą, e okłamała Emeline.Oczywiście, nie wszystkie argumenty, które wyliczyła w rozmowie z siostrzenicą, były fałszywe.Co to, to nie… Istniało wiele solidnie uzasadnionych powodów, pozwalających uznać, e ponowne wyjście za mą byłoby marnym pomysłem.Tyle e aden z nich nie był prawdziwą przyczyną obaw, jakie w Lavinii budziła myśl o wstąpieniu w związek mał eński z Tobiasem.11- Nie ulega wątpliwości, e pobyt na wsi nie zrobił ci dobrze, March.-Posiwiałe, krzaczaste brwi lorda Crackenburne uniosły się ponad krawędźoprawek okularów.- Sprawdźmy, czy dobrze wszystko zrozumiałem: w ciągu jedynej nocy, jaką spędziłeś w zamku Beaumont, doszło tam do tragicznej śmierci jednego z gości, ty znalazłeś dowód, e nowy Memento Mori przystąpiłdo działania, a pewna dama, którą kiedyś dobrze znałeś, postawiła cię w dwuznacznej sytuacji na oczach twojej przyjaciółki, pani Lake.- To jeszcze nie wszystkie interesujące szczegóły.- W oczach lorda Vale zabłysło sardoniczne rozbawienie.- Nie zapominajmy, e ta pamiętna wizyta w rezydencji lorda Beaumont zakończyła się wyrzuceniem z zamku ciebie oraz pani Lake…Tobias rozprostował lewą nogę, wcią jeszcze obolałą po długiej podró y powozem poprzedniego dnia, i poprawił się w fotelu.Była pierwsza po południu i klubowa sala kawowa świeciła pustkami.I nic dziwnego, pomyślał Tobias.Dzień był piękny, więc większość członków klubu, którzy z rozmaitych powodów zostali na lato w Londynie, znalazła sobie jakieś przyjemne zajęcia na świe ym powietrzu.Zjawią się tu dopiero wieczorem, kiedy wist i plotki zwabią ich do klubu.O tej porze roku ycie towarzyskie zwykle wygasało.Sezon balów, wieczorków tańcujących i przyjęć dobiegł końca, a wiele pań domów, cieszących się wielką popularnością, wyjechało ju na lato do wiejskich rezydencji.Nie wszyscy jednak uciekali latem z Londynu.Wiele osób wolało unikać długich, męczących podró y, niewygód związanych z przeprowadzką do domu na wsi i nudy, która wcześniej czy później dawała się im we znaki z dala od miasta.Niektórzy, między innymi Crackenburne, nie opuszczali nawet swoich klubów.Kilka lat wcześniej, po śmierci ony, hrabia Crackenburne właściwie zamieszkał w sali kawowej.Z czasem inni członkowie klubu tak bardzo przywykli do jego stałej obecności, e przestali go zauwa ać i traktowali jak starą, wygodną sofę czy przetarty dywan.Swobodnie plotkowali w jego obecności, zupełnie jakby był głuchy.W rezultacie Crackenburne chłonął plotki, pogłoski i wiadomości jak gąbka wodę, i znał najpilniej strze one tajemnice eleganckiego świata.- Nie mogę przypisywać sobie cudzych zasług - rzekł Tobias.- Główną rolę w małym melodramacie, jakim było wyrzucenie nas z zamku, wzięła na siebie pani Lake.Gdyby z wielkim uporem nie powtarzała Beaumontowi, e pod jego dachem miało miejsce morderstwo - hmmm, mo e raczej nale ałoby powiedzieć,e na jego dachu - nie zostalibyśmy tak bezceremonialnie wyproszeni.Crackenburne nie krył rozbawienia.- Trudno winić Beaumonta, e nie chciał przyznać, co naprawdę się stało [ Pobierz całość w formacie PDF ]