[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nakrył jej dłoń swoją.- Milady, przy tobie wraca mi rozsądek.Dlaczego twoja córka nie jest bardziejpodobna do ciebie?- Albowiem jest sobą - odrzekła hrabina.- I za to właśnie ją kocham.R S- Jesteś niezwykłą kobietą, milady.Wdzięczny ci jestem za radę.- W ostatniejchwili powstrzymał się, by nie podnieść jej dłoni do ust.Nie byłoby to w styluprostackiego łotra, który bez skrupułów okradł damę z posagu.- Jesteś, pani, nie tylkopiękna, lecz również inteligentna.- Pomyślał, że Hugh Mortimer powinien bardzouważać.- Moja córka też - odparowała hrabina, rumieniąc się na ten nieoczekiwanykomplement.- Gdyby była inteligentna, to już dawno wyjechałaby z Clifford.Powinnaś jąostrzec, pani, by użyła swego rozsądku i trzymała się z dala ode mnie.Patrzył na nią przez szerokość dziedzińca.Spódnicę miała wysoko uniesioną, bynie pobrudzić jej błotem, dzięki czemu mógł dostrzec smukłe kostki.Uśmiechnął się.Gdyby o tym wiedziała, natychmiast opuściłaby spódnicę, nie zważając na błoto.Patrzył na jej wdzięczną sylwetkę, dopóki nie zniknęła w szopie, którą tutaj nazywanokuchnią.Poszedł za nią.Już jej tam nie zastał, ale kucharka, która właśnie mieszała coś w garnku,przejęta odwiedzinami pana w swoim małym królestwie, wskazała mu ruchem głowyna serowarnię.Porwał płaski chlebek i poszedł dalej.Serowarnia była wilgotna ichłodna.Nie znalazł tam Rosamund, ale zza drzwi, które otwierały się na nową,prowizoryczną zagrodę dla bydła, dobiegła go rozmowa na temat kręgu sera, toteżpostanowił na nią poczekać.Ugryzł kawałek chleba, świadomy, że dwie mleczarki,które z podciągniętymi spódnicami i podwiniętymi rękawami ubijały masło,obserwują go czujnie.Przerwały na chwilę pracę, rzuciły mu nerwowe spojrzeniespod rzęs i dygnęły.Uśmiechnął się do nich, myśląc o czymś innym, a potem znówusłyszał głos Rosamund i skorzystał ze sposobności.Gdy powtórnie wkroczyła do serowarni, ciągnąc za sobą opornego Pennarda,niezmiernie zirytowana jego brakiem zainteresowania jakością sera, zobaczyła chlebporzucony na parapecie okiennym i Fitza Osberna, który otaczał ramieniem talięczerwonej jak burak mleczarki, szepcząc jej coś do ucha.- Och.! - wyrwało jej się i zatrzymała się w pół kroku.R SPennard wytrzeszczył oczy, a dziewczyny psotnie zachichotały.Lord zaś niepuścił dziewki, więcej, ucałował jej różany policzek.- Fitz Osbern! - Rosamund rozpaczliwie szukała słów.Zupełnie traciła przy nimrozum, poza tym nie miała pojęcia, dlaczego ta scenka wytrąciła ją z równowagi.-Wyjdźcie stąd! - wykrzyknęła do chichoczących dziewcząt, które natychmiast uciekły.- Pennard, porozmawiam z tobą później.Zostali sami w niewielkiej, bielonej izdebce.Fitz Osbern obrzucił szyderczymwzrokiem całą jej postać, od czubka głowy aż do zabłoconych butów.Poczuła, żeczerwieni się tak samo jak mleczarka.Jego arogancki wzrok zdawał się przenikaćprzez jej płaszcz i suknię.Obronnie uniosła głowę.- Jak śmiesz!- Jak śmiem co? - zapytał, opierając się nonszalancko o porzuconą maselnicę.- Jak śmiesz tak na mnie patrzeć, jak.- Przygryzła wargę.- Jak co?Czy się z niej wyśmiewał? Jej zmieszanie wyraźnie sprawiało mu przyjemność.- Jak na ciastko z wiśniami!Wybuchnął szczerym śmiechem.Zarumieniła się jeszcze bardziej.- Z wiśniami? Nie, wiśnie są zbyt kwaśne, moja słodka Rose.Może raczej śliwkilubaszki?Była wściekła na siebie.Jak do tego doszło, że sama zaczęła tę głupią rozmowę?O wiele rozsądniej byłoby zignorować całą sprawę, ale odpuszczanie nie leżało w jejnaturze.- Może, panie - odrzekła z ironią - znalazłbyś sobie lepsze zajęcie niż narzucaniesię moim służącym.Zasługują na twój szacunek, nawet jeśli ja, twoim zdaniem, na tonie zasłużyłam.Powiedziano mi, że część palisady może się zawalić w każdej chwili.Zamierzała wyminąć go i oddalić się, ale przesunął się szybko, zastępując jejdrogę.- Zdawało mi się, że ta dziewczyna nie miała nic przeciwko temu, ale jeśliwolisz, pani, to mogę w zamian pocałować ciebie.- Pochwycił ją za warkocz.R S- Puść mnie!- A właściwie to wolę pocałować ciebie.Spróbuję.- Nie zrobisz tego! - Nim zdążyła się zastanowić nad konsekwencjami,podniosła rękę i zamierzyła się, by go uderzyć w twarz.- O, nic z tego.- W porę pochwycił ją za ramię.Przyciągnął jej dłoń do ust, poczym pocałował delikatny naskórek po wewnętrznej stronie przegubu, gdzie tętniłpuls.- Taki piękny kwiat i takie ostre kolce.Uderzysz mnie, łagodna Rose, kiedy ci nato pozwolę.Otworzyła usta, by zwymyślać go za tę bezczelność, ale objął ją mocno i jegousta, już bez uśmiechu, znalazły się o cal od jej twarzy.Rosamund zaniemówiła [ Pobierz całość w formacie PDF ]