[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Stała i patrzyła.Mężczyzna podszedł do niej niedbałym krokiem i kiedy już myślała, że ją minie (nadzieja, nadzieja), nagle chwycił Ewę i powiedział coś całkowicie absurdalnego, co jednak w jakiś sposób pasowało do całej sytuacji (nic osobistego, powiedział chyba, to nic osobistego).Kobieta poczuła ostry ból w boku i nagle nie było jej już zimno, tylko mdląco ciepło.Pomyślała sobie przy tym, że może karzeł mówił prawdę i rzeczywiście nie ma do czego wracać.A potem pomyślała sobie również, że przecież istnieje inne wyjście.–Raz – powiedziała Ewa, walcząc z drętwiejącymi wargami.– Dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem…I zamknęła za sobą drzwi.Robert J.SzmidtUrodzony w 1961 r.pisarz, tłumacz, jeden z inicjatorów i pomysłodawców nagrody fandomu, znanej dziś jako Nagroda im.Janusza A.Zajdla.Twórca plebiscytu Nautiłus, laureat „Śląkfy” w kategorii Fan Roku 1985.Aktywny na różnych frontach.Doprowadził do pierwszego polskiego wydania tekstów Roberta E.Howarda o Conanie.Współtworzył w regionalnej TV program poświęcony fantastyce.Prowadził hurtownię książek oraz firmy obsługujące branżę filmową, rynek wideo i gier konsolowych.Twórca i przez 8 lat redaktor naczelny miesięcznika „Science Fiction, Fantasy i Horror”.Pracuje jako copywrighter dla dystrybutorów filmów oraz tłumacz gier komputerowych.Autor 3 powieści, zbioru opowiadań oraz 2 książek o grach konsolowych.Nakładem Fabryki Słów ukazały się: Ostatni zjazd przed Litwą (2007), Kroniki Jednorożca.Polowanie (2008), Apokalipsa według Pana Jana (2008) oraz Toy Land (2001) zainspirowany Toy Trek – opowiadaniem Andrzeja Ziemiańskiego.RobertJ.SzmidtTo będą inne świętaZa „Wrzesień”A niby dlaczego nie, pomyślałem, spoglądając na wijącego się przede mną faceta.Gość dokładał wszelkich starań, byle tylko nie stracić klienta.Ale co nagle, to po diable.Dlatego przybrałem bardziej niezdecydowaną minę.–Czyja wiem… – Zakończona głośnym westchnieniem uwaga podziałała na niego jak płachta na byka.Zbladł, widziałem wyraźnie, jak twarz mu bieleje pod tą opalenizną.A może tylko pochylił się mocniej i dostał w krąg światła podkreślającego barwę i jakość powłoki lakieru? W każdym razie, minę miał nietęgą.Też bym się wkurzył, gdyby po niemal czterdziestu minutach prezentacji klient nadal stroił fochy.Tyle że u mnie negocjacje zakończyłyby się wcześniej.Dużo wcześniej.Po cholerę tracić czas, zwłaszcza w Wigilię – za szybami salonu było już szarawo – skoro i tak wiadomo, że nic nie wpływa silniej na decyzję niezdecydowanego klienta niż dobry rabacik.Chociaż, z drugiej strony, Freddie spuścił już piętnaście procent z ceny wypisanej różowym markerem na szybie… Wszelako ja wciąż czułem, że da się coś jeszcze utargować.–Panie Goebel – zaczął znowu, siląc się na uśmiech.Kąciki ust drgały mu znacznie bardziej niż jeszcze parę chwil wcześniej.– To nie jest samochód.To prawdziwy demon na kołach…Zaczęła się wyliczanka, której wysłuchałem już dwa razy.Ple, ple, ple, limitowana edycja, silnik z vipera, pełna opcja, ubezpieczenie w cenie, pięćset pięćdziesiąt koni po tuningu, cztery i pół sekundy do setki, co czyni z tego ram-a najszybszego pick-upa w historii ludzkości.Tyle to ja sam wiedziałem.Z ogłoszenia przeczytanego w internecie.Zrobiłem jeszcze boleśniejszą minę.Kiedy przestał czule głaskać lewy, idealnie czarny błotnik i spojrzał na mnie, z rozmysłem wykonałem gest, jakbym chciał ruszyć w stronę drzwi.–Dwudziestodwucalowe złote felgi… – powiedział tak cicho, że nie zrozumiałem prawie żadnego słowa.Dodge stał na dość efektownie wyglądających, ale zwykłych felgach.–Słucham? – Tym razem nie musiałem udawać zdziwienia.–Dorzucę dwudziestodwucalowe złote felgi.Nie zrobiłem wielkich oczu tylko dlatego, że nie skojarzyłem od razu, o czym tak naprawdę mówił.–Dzięki, kolega miał ten szajs w lexusie.Łuszczą się… – odparłem na odczepnego, choć wcale nie kłamałem.Nasz brygadzista kupił sobie w zeszłym roku, też na święta, używanego lexusa.Dziesięcioletniego, właśnie z pozłacanymi felgami.Wyglądały naprawdę nieciekawie.Zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja – perfekcjonisty i fanatyka motoryzacji.–Ja nie mówię o seryjnej robocie, tylko o wykonanych na specjalne zamówienie obręczach – zaprotestował natychmiast sprzedawca.– Jednorazowa sprawa…–Jednorazowa – prychnąłem, ale delikatnie, zaczynało bowiem do mnie docierać, o czym możemy rozmawiać.–Słyszał pan o Maxi-Puffie?–Nie… raczej nie.– Takiej firmy nie znałem.–To gwiazda rapu – wyjaśnił, ale to też niewiele mi powiedziało.Rap był mi równie obcy jak opera.Country to jest to! – Dwa miesiące temu zamówił u nas hummera, tuningowaną trójeczkę za ponad trzysta tysięcy, odebrał wóz, ale nie podobały mu się felgi, a daliśmy naprawdę dobre, też robione na specjalne zamówienie.Ale gość był uparty.Co tu dużo gadać, płacił i wymagał.Dogadaliśmy szybko sprawę i złożyliśmy zamówienie w Luxury.– Tu musiałem zareagować, każdy maniak zareagowałby, słysząc tę nazwę.Czterozerowa produkcja, co najmniej.– Ale…–Ale co?–Na pewno nie słyszał pan o Maxim? We wszystkich gazetach o tym pisali, mtv nawet czarną kokardkę na logo miała.Pokręciłem głową.Jeśli nawet pisali o tym ćwoku i mówili, to nie w tych miejscach, na które zwykłem zwracać uwagę.Zresztą na platformie rzadko mieliśmy siłę i okazję, żeby się ekscytować wiadomościami.Prócz tych o kryzysie.–Znaleźli go zastrzelonego.– Sprzedawca westchnął głośno.– W jego własnym domu.W garażu.Nie zgadnie pan, w naszym hummerze.Pewnie zrozumiał, ile przepłacił, pomyślałem, ale widząc minę Freddiego, wolałem nie wyskakiwać z żartem.Wyglądał tak, jakby mu właśnie umarł ktoś z najbliższej rodziny.No tak, pewnie stracił najlepszego klienta.O takich, co kupują wypasione fury, nawet z drugiej ręki, ostatnio coraz trudniej.Nawet wśród elity finansowej.Facet pokiwał palcem, obrócił się na pięcie i pobiegł do kantorka.Chwilę później przyniósł zdjęcia naprawdę pięknych obręczy.Cofnąłem się i przymierzyłem jedno z nich do koła.–Będą idealnie pasowały do night runnera – zapewnił – zwłaszcza że mają sporo grafitowych elementów – wskazał na czarne części ramion.– Dlatego o nich pomyślałem…Akurat.Takie wypasione cacka jako dodatek do wcale nie najdroższego wozu? I to za darmo?! Przecież były warte niezłą sumkę, naturalnie jeżeli nie były jeżdżone.A gdyby nawet i tak, pozostawały łakomym kąskiem, o czym drań doskonale wiedział.–I powiada pan, że te felgi…–Tak – zapewnił mnie, podnosząc dłoń jak do przysięgi.–W cenie?–Dwadzieścia jeden tysięcy.Tak, jak się umawialiśmy.–Żadnych kruczków?–Absolutnie – żachnął się Freddie.– Oferta świąteczna.Bierze pan?–Cóż… – Po raz ostatni rzuciłem okiem za przeszkloną ścianę salonu.Do zmierzchu nie zostało wiele, ktoś mógłby nawet powiedzieć, że już się zaczął.– Niech będzie.Przybiliśmy piątkę.–Wymiana potrwa dziesięć minut – zapewnił mnie sprzedawca, wskazując ręką na biuro.– W tym czasie załatwimy wszystkie formalności [ Pobierz całość w formacie PDF ]