[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Krugłow żył.Przez noc purpurowy kolor rozpełzł się dalej po jego ciele, ale wcale nie tak daleko, jak spodziewał się Parra i jak powinien się rozprzestrzenić po upływie połowy doby od ataku skocznia.Krugłow powinien był umrzeć przed świtem, ale mimo wszystko żył.Parra zbadał mu puls.Był słaby, ale wyraźny i rytmiczny.I nagle przez jego mózg przemknęła nieoczekiwana myśl.Była tak nieprawdopodobna, że natychmiast ją odrzucił, ale mimowolnie znowu ją przywołał.Wstał i poszedł wzdłuż brzegu przyglądając się krzakom.Nie musiał daleko iść.Zobaczył prowadzący do wody ślad wydeptany w trawie przez jakieś potężne stworzenie.Był to ślad ciężko rannego zwierzęcia, cały pokryty wielkimi plamami sczerniałej, zakrzepłej krwi.Chyba nie w pełni wierzył w powodzenie.Ale pełna determinacji nadzieja zmusiła go, by zapomniał o wątpliwościach.Rozerwał i ostrożnie zdjął z Krugłowa koszulę.Rozwiązał i zdjął sztywny od krwi opatrunek, całą siłą woli zmuszając się, by nie odwracać wzroku od strasznej, purpurowej rany ze śladami rozpoczynającego się rozkładu.Wziął Krugłowa na ręce, wniósł do jeziora i ukląkł na mulistym, miękkim dnie, podtrzymując głowę rannego nad podobną do czarnego szkła powierzchnią.Ciemna woda rozmywała zarysy ciała kolegi, ale Parra nie musiał już nic widzieć.Stopniowo, lecz nieodwracalnie nadzieja zmieniała się w pewność.Po godzinie Krugłow poruszył się ledwo dostrzegalnie i otworzył oczy.Ze zdziwieniem rozejrzał się wokoło i zatrzymał spojrzenie na twarzy Parry.–Pić – poprosił cicho.I w tym momencie Parra nie wytrzymał.Roześmiał się histerycznie, dziko, dygocąc całym ciałem jak w konwulsjach.Chciał wytłumaczyć Krugłowowi, jakie to wszystko jest śmieszne – siedzieć po szyję w wodzie i prosić pić, ale nie mógł wykrztusić nic poza jednym słowem.–Pij!… Pij!… Pij!… – i śmiał się do chwili, w której zrozumiał, że już nie jest w stanie przestać.Z całej siły wyrżnął się pięścią w twarz.Ból rozbitych warg przywołał go do rzeczywistości.–To nic – odparł widząc przestraszone spojrzenie Krugłowa – to nic.Wszystko w porządku.Jeszcze dwa razy niewiele brakowało, by znów opanowały go ataki śmiechu, ale stłumił je rozpaczliwym wysiłkiem woli.Czerwona tarcza słońca uniosła się na wysokość swojej podwójnej średnicy nad wzgórzami, gdy Krugłow mógł już samodzielnie obrócić się w wodzie.Od tej chwili jego stan poprawiał się coraz szybciej.Wkrótce mógł już poruszać zranioną ręką – początkowo w wodzie, potem w powietrzu.Rana zabliźniała się, purpurowa opuchlizna znikała, ginęła nieomal w oczach.W południe wyszli z jeziora.Parra i Krugłow z niedowierzaniem przyglądali się nierównej szramie na delikatnej, białej skórze ramienia, skórze, która nie zaznała jeszcze działania słońca ani wiatru i od razu zaczerwieniła się lekko pod wpływem padających pionowo promieni Nerimy II, równie palących jak promienie Słońca na Ziemi.–A gdzie koszula? – zaniepokoił się Krugłow.– Przecież spiekę się na amen.Parra uroczyście podał mu okrwawione strzępy.–Noś na zdrowie.–Proszę, proszę! – zdziwił się Krugłow.– Zachowałeś! A więc twierdzisz, że to koszula? Nie pamiętasz, gdzie tu jest kołnierzyk?–Za dużo ode mnie wymagasz – odparł Parra.– Nie pamiętam.I wspaniałomyślnie zaproponował:–Jeżeli uważasz, że kołnierzyk jest niezbędny, mogę ci oddać swój.Jest stosunkowo czysty, choć nie wyprasowany.Tylko pospiesz się, jeśli łaska.Możemy spóźnić się na lunch.Zaczynali znów być takimi, jakimi znano ich w Stacji, jakimi znali się nawzajem.–Rzeczywiście, czas na nas – odparł Krugłow, tym razem poważnie.– Nie wiadomo jaki spacerek nas jeszcze czeka.Nie mamy już rakiet?–Nie – pokręcił głową Parra.–Szkoda.– Zafrasowany Krugłow zmarszczył brwi.– Dobrze by było… Choćby w jakiejś krańcowej sytuacji… A zresztą, mniejsza o to.I tak dojdziemy.–Dojdziemy – przytaknął Parra.Weszli już między krzewy, gdy Krugłow zatrzymał się nagle.–Poczekaj! Słuchaj, żebyśmy tylko nie zgubili tego jeziorka.Przecież nikt nam nie uwierzy na słowo.Myślałby kto, jeziorko z żywą wodą!–Nie bój się – odpowiedział Parra – nie przepadnie.Znajdziemy.Dojdziemy do Stacji i wrócimy transporterami.–Był taki zwyczaj – rzekł w rozmarzeniu Krugłow.– Jeżeli ktoś chciał wrócić do morza, rzeki, fontanny, wrzucał na pamiątkę monetę.Wierzysz w to?–Bo ja wiem? – przyznał się uczciwie Parra.– Chyba nie wierzę.A masz monetę?–Skąd? Przecież nie jestem numizmatykiem [ Pobierz całość w formacie PDF ]