[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wreszcie odpuscilem sobie.Wdzialem sprane dziny, czysta koszule i – po zlustrowaniu nieba – skorzana kurtke.Identyczne zesmy sobie sprawili z Desantem na Rozycu."Dwadziescia piec" zawiozlo mnie do miasta, po namysle nabylem roze na metrowej chyba lodydze.Platki miala ciemnoczerwone, prawie czarne, miesiste i lekko mechate.Naprawde odjazdowe.Przed brame uniwerku dotarlem tuz przed druga.Niezle laski krecily tam zadkami.Panieny popatrywaly ciekawie, ale mijalem je obojetnie.Szukalem "ciemnowlosej i ladnej".Tani.Jakos tak po pol godzinie przestalo mi sie to podobac, po czterdziestu minutach poszedlem do automatu telefonicznego.Zezarl dwa zetony, po czym wybelkotal: "Nie ma takiego numeru".Ze zloscia trzasnalem sluchawka.Zachmurzylo sie, powial zimny wiatr.I lunal deszcz.Trwalem pod brama jak kompletny idiota jeszcze z pol godziny.Wreszcie mialem dosc lodowatego prysznicu.Kwiat zamiarowalem wypieprzyc do smietnika, kiedy zobaczylem grupke lasencji stojacych pod parasolami na przystanku.Smialy sie najwyrazniej ze mnie, pokazujac palcami.Bardzo powoli, acz zdecydowanie podszedlem do nich.Smiechy umilkly.Zmierzylem sikorki wzrokiem.Wybralem taka szara myszke w okularach i podalem jej roze.Nie wziela, wiec ujalem delikatnie mala dlon, nie baczac na kolce, zamknalem zimne palce na lodydze.Myszka, patrzac na kwiat jak zaczarowana, nawet nie syknela.Zrobilem w tyl zwrot.Napawajac sie trwajaca za plecami cisza, poszedlem do tramwaju.Wnerwiony bylem maksymalnie, jednak nurtowal mnie niepokoj.Bo moze cos sie stalo? Tania nie wygladala na durna chichotke robiaca z kogos frajera dla uciechy.Moze by tak na Chlodna podskoczyc? Po namysle zrezygnowalem.Gadka szmatka ze stuletnim dziadyga nie mialaby sensu, a dziewczyny i tak tam nie zastane.Deszcz ustal.Z tramwaju wysiadlem przy bazarze.A ze akurat pora byla cos wrzucic na ruszt, kazalem sobie dac pyzy.Do chalupy dotarlem juz w nieco lepszym humorze.Scenka, jaka zobaczylem na Brzeskiej, rozbawilaby kazdego.Niejaki Kulawy Bolo, kadlubek jezdzacy na desce z koleczkami, postanowil przebyc jezdnie.Myknal z chodnika wprost pod elegancka gablote.Pisk opon, zgrzyt hamulcow.Bolo lezy, kolka kreca sie w powietrzu.Na Brzeskiej wrzask: "Zabil kaleke!".Z bram wybiegla czereda kolesiow.Dopadli auta i zaczeli bujac z wyraznym zamiarem przewrocenia samochodu.Ciekawosc brala, czy im sie uda.Ale kierowca nie stracil zimnej krwi.Uchylil szybe i wysunal przez szpare banknot.Kolesie ocenili nominal.Byl odpowiedni.Krzyki umilkly.Bolo ze zrecznoscia pajaka pozbieral sie, ktos go wtoczyl do bramy… Koniec przedstawienia.Poszedlem, chichoczac, zlekcewazylem zachecajace gesty kumpli zapraszajacych na wode.Kulawy Bolo kiedys po pijaku probowal tego numeru z tramwajem.Wlasnie od tamtej pory smigal na safianie.Na schodach oficyny spotkalem stara Kornacka, podworkowa wariatke.Wbrew zwyczajom, zamiast zalac mnie potokiem bezladnej gadaniny, popatrzyla z nieudawanym wspolczuciem i poszla karmic koty.Glupie sasiadki gadaly, ze ma "zle oko".Wzruszylem ramionami.I pognalem do chawiry.Robota czekala.Zreszta robota…O zmierzchu zadzwonilem.I z ulga uslyszalem znajomy glos.–Panno slodka! – wykrzyknalem na powitanie.– Nic ci sie nie stalo?–Nic – odparla lakonicznie i chlodno.– Chociaz moglo, stalam, znosilam zaczepki… To nie bylo mile.–Zaraz! Czekalas pod uniwersytetem?–Tak.A z moja uroda… stac pod brama… – w glosie brzmiala nietajona uraza.No tak, dziewczyna ladna, a tam multum frajerow, ale bez przesady, krzywdy jej nikt nie zrobil… Mysl uciekla.–Moment, czekalem na ciebie dobrze ponad godzine – sklamalem, bo przeciez stalem prawie dwie.–Przyszlam punktualnie…–Niemozliwe, czekalem pod brama, zmoklem jak suczeniec.–Nie rozumiem tych zartow.Upal jak w lecie… Skonczmy rozmowe.Jestem zajeta.Nic nie pojmowalem poza tym, ze jest szczerze obrazona.–Czy nie moglbym przyjsc… teraz?–Nie.To niemozliwe.Mam spotkanie – w glosie zabrzmialo ozywienie – z Tuwimem i Wierzynskim… A poza tym ucze sie do egzaminow i przygotowuje tomik wierszy… Nie bede miala czasu.–Ale…–Dobranoc – uciela.–Zaraz, poczekaj… – rzeklem nie dosc spiesznie, juz brzeczal sygnal.Ze zloscia upuscilem sluchawke na widelki.Usiadlem w kuchni przy stole.Skolatana lepetyne podparlem rekoma.Nic nie rozumialem.Tania na pewno nie klamala.Ja stalem w deszczu, ona piekla sie w upale.Moze godziny pomylilem? No nie, na trzezwo nie ma takiej opcji.A o co chodzilo z tym Tuwimem? Jako prosty technik budowlany nie mialem wielkiego pojecia o poetach, ale sadzilem, ze facet nie zyje.Pewnie to takie zakrecone gadanie, moze bedzie zdawac egzamin ze znajomosci tworczosci gostka i tego drugiego… Jak nic jest na polonistyce.Wnioski te nieco mnie uspokoily.Zwlaszcza ze rano pogoda byla duzo lepsza.Mimo wszystko… Upal? Coz, panna mogla nieco przesadzac.A jednak pomylilem godziny.Niedobrze z toba, facet, podrapalem sie frasobliwie w czerep i ruszylem demolowac kibel.Rankiem, jeszcze nieco obrazony, zadecydowalem, ze dzwonic nie bede.Za to postanowilem troche poweszyc co nieco w temacie: panna.Znalem imie, wiedzialem, gdzie nocuje.I gdzie sie uczy.Takie prywatne sledztwo.Zajety "pomylka", mniej myslalem o Maryjce, apetyt wrocil, zasypialem latwiej… Kuracja "remontowo-telefoniczna" doktora Jana dawala niezle rezultaty.Postanowilem kontynuowac i tak sie zapalilem do tej mysli, ze gdy kolo poludnia w drzwiach stanela Maryjka, poczulem tylko zniecierpliwienie.–Przyszlam po rzeczy – powiedziala zamiast "dzien dobry", mine miala zdziwiona: remont powoli wychodzil ze stadium chaosu, widac juz bylo pierwsze pozytywne efekty.–Sory, bejbi – rzucilem w najlepszym stylu Desanta.– Wszystko spuscilem do klopa.Porzadki robilem.– Zatoczylem kolo reka.–Wszystko wyrzuciles? Moze cos znajde? – Nawet nie zaczela mi wymyslac, tak byla zaskoczona.–Moze.Musze leciec, jak skonczysz szukac, trzasnij drzwiami.– Minalem ja i wyszedlem na schody.Dopiero na podworku pojalem, co zrobilem.Chcialem pobiec na gore, moze… rzeczy to takie gadanie, moze chciala wrocic? Potrzasnalem glowa.Pozegnalne spojrzenie Maryjki wyrazalo niedowierzanie, rozczarowanie i wzbierajaca zlosc.Przyszla pobawic sie ze mna jak kot z mysza, podreczyc, sprawdzic, dlaczego nie skomle u jej stop, by wrocila.Przypadek pomogl mi zachowac sie tak jak trzeba.Spadaj, mala, pomyslalem i pobieglem do Desanta.On jeden mogl mi pomoc w "sledztwie".Jakis nieprzytomny byl, lecz wreszcie zalapal, o co chodzi, i kazal sobie spisac wszystko.Tak zrobilem.Zanotowalem nawet fragment wiersza i zaznaczylem: poetka, prawdopodobnie publikowala.Prosze o wszelkie informacje: nazwisko, skad jest, kierunek studiow.Moze zdjecie?Desant rzucil okiem na kartke:–Dobra.Sprzedam to mojej bylej.Pamietasz Profesore?–Jakze! Niezla zaraza!–No.Ale nieglupia.Ustali ci ten drobiazg.Byc moze nie za darmo…–Co tam.Troche ciackow mam.Najwyzej cos opyle.–Masz zalatwione.A teraz dymaj stad.Musze leciec… Rozumiesz, panienka…–Zgubia nas te baby – rzucilem, wypychany w pospiechu na korytarz.Co? Dlaczego nie szukalem w Sieci? Koles, jaki Internet! To rok dziewiecdziesiaty piaty! Tego nawet na uniwerkach nie mieli.Dziwne? Jednakowoz prawdziwe.No i tak…Flaszka stala nieruszona na szafce w przedpokoju… Kusila jak diabli, ale, jak powiada Beatunka, kumpela z podworka, postanowilem byc "twardy, a nie mietki".Jeszcze pare dni i chata bedzie jak nowa.Widzisz, mala… – w myslach rozmawialem z Maryjka.Nie z ta obecna suka, a tamta, slodka i kochajaca, sprzed wielu miesiecy -…nie pije.Wrocil bol i klopoty ze snem.Zmeczenie fizyczne nie wystarczalo, by oderwac mysli od blondyneczki, ktora tak na maksa zamieszala mi w zyciorysie.Zacisnalem zeby.Nie tknalem ani flaszki, ani telefonu.Dla odpoczynku i higieny umyslowej postanowilem sprawdzic w dyrekcji telefonow, z jakim naprawde numerem laczylem sie, wydzwaniajac do fotografa.Daleko nie mialem – na Brzeska [ Pobierz całość w formacie PDF ]