[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Długo nie mogłem otworzyć oczu z przyczyny okropnego bólu i potłuczonych po całym mym ciele członków, zdawało mi się jednak, że czuję na mym czole lekkie i przyjemne łechtanie.Ocknąwszy się ujrzałem razem koło siebie: w dole niezmierzoną przepaść z szumiącymi falami, po których pływało mnóstwo ludzkich trupów, a w górze, nad moją twarzą, miłą twarz Sajany.Spojrzałem na nią bez miłości, z prostym uczuciem wdzięczności, a wtem dwie duże krople łez spadłe z rzęsów niewiernej zawrzały na mych policzkach.W palącym ich dotknięciu poznałem ogień skruchy, która roztapia serca i oczyszcza je z zawziętości.Wszystko było zapomniane, i ja na nowo kochałem w niej moją kochankę, narzeczoną, żonę.Lecz jakże się zmieniła! Jak się zestarzała w tym nowym powietrzu.Przed trzema jeszcze tygodniami jaśniała wdziękami młodości, piękności i niewinności, teraz zaś zdawała się być staruszką.Lecz to nic nie szkodzi! Zawsze mi się jeszcze bardzo podobała.Skoro tylko pierwszy ból przeszedł i mogłem się już podnieść, za-częliśmy znowuż drapać się na górę, a na koniec, wspierając się wzajemnie, zdołaliśmy dobrać się do jednego dosyć wysokiego ustępu, gdzie postanowiliśmy noc przepędzić.Zmęczenie sprowadziło posilny sen, 88który nas ogarnął i zostawił w objęciach na twardym kamienistym gruncie.Następnego poranku przekonany już byłem zupełnie o cnocie Sajany i nieskazitelności jej postępków, i byłem już pewien, że podczas trzy-tygodniowego naszego rozłączenia się ona nikogo oprócz mnie nie kochała.Nigdym nie myślał, aby podobne przekonanie mogło kiedykolwiek wejść do mego serca! Jednakże tak było istotnie: z zakochanymi małżonkami, a osobliwie podczas wielkich zmian natury, trafiają się rzeczy zupełnie niepodobne.Czas jednak było pomyśleć o naszym położeniu.Byliśmy kontenci z naszych uczuć, lecz zgłodniali i pozbawieni wszelkiej komunikacji z ludźmi.Nocą woda tak się wzniosła, że pasmo Sasachaarskich gór było zupełnie przerwane.Cały ich ogrom znikł w burzliwych głębiach; po grzbiecie średnich wyżyn swobodnie płynęły fale i tylko wierzchołki wysokich gór nie były jeszcze pochłonięte w wędrującym do cudzych ziem oceanie.Wierzchołki te pośród oceanu tworzyły mnóstwo skalistych wysepek, które sterczały na kształt rozległego archipelagu lub też cmentarza zmarłych mocarstw dawnego świata.Każdy wierzchołek stał się oddziel-nym krajem.Los, igrając nami, pędząc przez zburzoną ziemię, przez zatrute powietrze, przez ogień prosto do wody, jakby na wyszydzenie naszej politycznej próżności spędzone ostatki naszego rodzaju rozdzieliłna kilkanaście niezawisłych narodów, oddawszy każdemu z nich, na krótki czas, po piędzi granitu na założenie chwilowych ojczyzn.Mogliśmy dokładnie widzieć, co się działo na sąsiednich wyżynach, w tych nowych społeczeństwach potworzonych okropną igraszką losu.Widzieliśmy ludzi słabych i ludzi zuchwałych, ludzi zręcznie pnących się w górę na czworakach, ludzi prostych, niezgrabnych, spadających na głowę w przepaście, ludzi trudzących się na próżno, i ludzi obojętnie korzystających z cudzej pracy, ludzi dumnych, ludzi złych, ludzi nieszczęśliwych i ludzi wytępiających drugich ludzi.Widzieliśmy to na własne nasze oczy, i kiedy teraz już ich nie stało, możemy zaświadczyć, że oni byli ludźmi do ostatniej chwili swego istnienia.Góra, na której znajdowałem się z Sajaną, była najwyższą i naj-niedostępniejszą ze wszystkich gór Sasachaarskiego pasma.Oprócz ptaków i kilku tu zabłąkanych zwierząt tylko my dwoje, i to przypadkiem, zostaliśmy jej mieszkańcami, kiedy się z niej utworzyła wyspa.Nie tyle nas jednak zatrważała samotność, ile zupełny niedostatek żywności.Pierwsze początki głodu uspakajaliśmy liściem z krzaków 89wyrosłych w jednej szczelinie i znów byliśmy kontenci z siebie, nawet prawie kontenci z naszego losu.Nadzieja ostatnim swym promykiem jeszcze raz oświeciła nasze serca.W przeznaczonej dla nas ciemnej, sa-motnej cząstce życia z rozkoszą widzieliśmy jaśniejącą cząstkę przyszłości, zarumienioną bladym ogniem próchna, i przy tym zwodniczym świetle kreśliliśmy obszerne plany szczęścia, jedynego pozostałego nam szczęścia - umrzeć razem.Objadłszy wszystkie liście z krzaków, udaliśmy się dalej szukać schronienia w tej nowej naszej ojczyźnie, i zapoznaliśmy się niedługo z jedyną, jak się zdaje, naszą rodaczką, hieną.Rzecz sama z siebie była jasna - albo ona nas, albo my ją powinniśmy byli pożreć koniecznie.Mój kindżał zdecydował nierówny bój na naszą korzyść: pogrążyłem go w paszczy hieny, kiedy rzuciła się na me piersi - a dziki zwierz stał się na-szą zdobyczą.Z jaką rozkoszą po liściach z krzaków jedliśmy lepkie i smrodliwe jego mięso! Karmiliśmy się nim osiem dni i znaleźliśmy, że z miłością w sercu może być słodką i surowa hiena.Znalazłszy na samym prawie wierzchołku góry dogodną pieczarę, tę samą, na ścianach której kreślę teraz te hieroglify; obraliśmy ją na mieszkanie.Deszcz wraz z nowo południowym wiatrem nie ustawał, a wody coraz więcej.Z każdym dniem zatapiała po kilka wierzchołków tak, że szóstego dnia z całego archipelagu zostało tylko pięć wysepek znacznie zmniej-szonych w swej rozległości.Siódmego wiatr się zmienił i zaczął dąć z nowej północy dawniejszego zachodu.W przeciągu kilku godzin morze pokryło się niezliczonym mnóstwem unoszących się na powierzchni wody dziwnego kształtu przedmiotów ciemnych, podługowatych, krągłych, podobnych z daleka do krótkich bali czarnego drzewa.Ciekawość zmusiła nas wyjść z pieczary, aby się przypatrzyć tej pływającej chmarze.Jakież było zdziwienie nasze, gdy w tych palach poznaliśmy naszą armię, która wystąpiła do walki przeciw Negrom, i czarne nagie wojsko naszego nieprzyjaciela - oba pospołu uniesione falami zapewne podczas bitwy.Morze wyrzuciło na nasz brzeg kilka długich pik, będących w używaniu u Negrów (Nowej Ziemi).Wziąłem jedną z nich i przygarnąłem do siebie piękną, płaską skrzyneczkę przepływającą tuż obok.Rozbiłem ją o skałę i znalazłem górną mowę napisaną na dzień przed bitwą dla obudzenia męstwa wojowników.Rzuciliśmy w morze tę górną mowę.90Tymczasem wiatr zawiał z innej strony i obie armie, zmieniwszy kierunek ruchu, popłynęły w innym kierunku.W końcu ostatnia wyspa zatonęła w morzu, a my dogryzaliśmy ostatnią kość hieny.Jeden tylko wierzchołek przez nas zajęty jeszcze sterczałna wzdętych głębiach.I tak we dwoje zostaliśmy ostatnimi mieszkańca-mi ziemi, zdobytej w walce oceanu z człowiekiem!.Brzeg morza już był tylko o pięćdziesiąt sążni od pieczary, a my z zimną krwią rachowaliśmy wiele nam jeszcze pozostało godzin, nam, prawym dziedzicom praw ludzkiego rodzaju, panowania nad rozuzdaną przyrodą.Przyznam sięŚciana IVPo prawej stronie wschodu.potop mi się okropnie naprzykrzył.Siedząc głodni w pieczarze i nie mając nic lepszego do roboty, zaczęliśmy się kłócić.Dowodziłem Sajanie, że mnie nie kocha i nigdy nie kochała, ona zaś mi wyrzucała zazdrość, podejrzliwość, grubiaństwo i wiele innych kryminalnych w małżeństwie występków.Zaklinałem słońce i księżyc, aby to się już jakkolwiek bądź skończyło.obaczyliśmy wielką, szkaradną głowę żmii, która kręcąc się na swej wysokiej i prostej jak pień szyi, zaglądała w otwór pieczary.W paszczy swej trzymała ona trup człowieka i z ciekawością poglądała na nas swymi dużymi oczami, w których łyskał się straszny, zielony ogień.Nagle przestaliśmy się kłócić [ Pobierz całość w formacie PDF ]