[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Z czym przychodzisz?- To głupia sprawa.- zaczął.- Mam wrażenie.Zresztą nie tylko ja je odniosłem.Słowem - dzieje się coś dziwnego!- Coś dziwnego?- Tak.Sam musiałeś zauważyć.To już trwa od trzech albo czterech tygodni; odwoływanie programów, nagłe zmiany w scenariuszach, chaotyczne przerzucanie ludzi z poligonu na poligon.Wczoraj po emisji wracałem drogą wzdłuż granicy - wartowników jest teraz trzy razy tyle, co zwykle.A dzisiaj dowiedziałem się, że mają nam cofnąć wszystkie przepustki!- Cofnąć przepustki?!- Właśnie to ostatecznie mnie upewniło.Udają, że nic się nie stało, o niczym nas nie informują, ale równocześnie za wszelką cenę chcą nas zatrzymać tutaj.I to mi się najmniej podoba.Tam u nich, w strefie zewnętrznej, musi się dziać coś.- Może masz rację.- powiedział z wahaniem King.- Moje programy idą bez zmian, ale też wyczuwam jakiś niepokój.- Oto najwłaściwsze słowo! - ucieszył się Bird.- Niepokój!Z satysfakcją pokiwał głową, jak gdyby utwierdzając się, że jest to trafne określenie sytuacji.- Rozmawiałem już z chłopakami z kilku stacji - ciągnął po chwili.- Wszyscy uważają, że musimy się dowiedzieć, o co chodzi.Pomożesz nam?- Pewnie - zgodził się King.- Też jestem ciekaw, co to takiego.Ale teraz muszę już biec! Pogadamy jeszcze! Pożegnał się z Birdem i zjechał windą do podziemnego garażu.Wsiadł na przygotowany przez mechaników motocykl.W minutę później zatrzymał się przed punktem rozpoczęcia emisji.Na świetlnym zegarze oznaczonym jego inicjałami wolno topniała bariera sekund: 75.60.45.40.15.7.3.0!King szarpnął manetkę gazu i ruszył naprzód.Od tej chwili, cudem elektronicznego awataru, tłoczyły się w jego ciele miliony dusz.Droga nie była daleka.Po kilku kilometrach King zobaczył rozłożysty, wysoki na dwa piętra namiot, a poprzez ryk motoru i szum wiatru usłyszał rytmiczną, niepokojącą muzykę.Pomyślał: jestem’na miejscu.Wejście do namiotu przesłaniała kotara z drewnianych koralików nanizanych na długie, od szczytów masztów aż do ziemi sięgające nitki.Gdy King je odgarnął, zachrzęściły jak wolno obrócona grzechotka.Po drugiej stronie szalał tłum.W potokach zmieniającego nieustannie barwę, jaskrawego światła, wśród dudnienia potężnych głośników, naśladując ruchy piosenkarza wirującego na wielkim lśniącym talerzu estrady, mężczyźni i kobiety miotali się w gorączkowym, pozbawionym reguł tańcu.Wszyscy byli do siebie bardzo podobni: długowłosi, szczupli i niezbyt wysocy.Podobne też były wszystkie stroje; u mężczyzn i kobiet jednakowo lekkie, uszyte z powiewnych tiulów i jedwabi, przybrane ptasimi piórami i kwiatami, dopełnione naszyjnikami, bransoletkami i kolekcjami pierścionków na wszystkich palcach.W tym otoczeniu King wyglądał jak olbrzym, który przez omyłkę trafił na bal trolli.Pomyślał: ależ cwaniak z tego Davisa! To po to tak starannie opracował mój dzisiejszy kostium.Każdy musi mnie od razu zauważyć.I rzeczywiście spostrzegli go; nieruchomieli na moment, rozstępowali się na boki robiąc mu przejście, odprowadzali go zdziwionymi spojrzeniami.A on szedł przed siebie urzeczywistniając to, co zawierał scenariusz: „King toruje sobie drogę przez roztańczony tłum.Szuka w nim dziewczyny, z którą chciałby spędzić wieczór”.Zobaczył ją wreszcie.Tańczyła samotnie i zdawała się zupełnie nie zwracać uwagi na pląsający wokół niej krąg adoratorów.Bez wątpienia żadna z kobiet w namiocie nie dorównywała jej urodą.I żadna nie miała na sobie aż tak mieniącego się stroju.- Podobasz mi się - powiedział King stając przed nią.Nie przestając tańczyć podniosła na niego wzrok.Przez dłuższą chwilę przyglądała mu się otwarcie i wyzywająco.- Ty też mi się podobasz - odparła w końcu.Przyjął to wyznanie bez zdziwienia, uśmiechnął się tylko zwycięsko.Wziął dziewczynę za rękę i pociągnął za sobą.Kilka kroków dzieliło ich od grzechoczącej zasłony, gdy nagle zamknęła przejście grupa tancerzy.King zdążył naliczyć siedmiu, ale był pewien, że za ich plecami kryją’ się dalsi.Pomyślał: zawsze to samo.Gdy wszyscy naraz rzucili się na niego, nie zacisnął nawet pięści.Boks wydał mu się bronią zbyt ciężką w walce z takimi przeciwnikami.Odsuwał ich tylko od siebie, odpychał, odrzucał.Powiewając luźnymi szatami, gubiąc korale i kwiaty odskakiwali w tył.Padając wtapiali się w tło.Miękka zręczność ich ruchów i lejące się nieustannie z reflektorów strugi barwnego światła nadawały całej tej scenie teatralną umowność, upodabniały ją do pantomimicznego spektaklu.A wzmocniona niewidzialną ręką muzyka zagłuszała każdy okrzyk i każdy odgłos uderzenia.Wreszcie atakujący ustąpili.King i dziewczyna wydostali się przed namiot.Tutaj też nikt ich nie gonił.- Pojedziemy do mnie? - spytała.Skinął głową i wskazał swój motocykl, ale zaprotestowała gwałtownie.- Pojedziemy moim wozem - powiedziała.- Zobaczysz, jak prowadzę.Wsiedli do kabrioletu stanowiącego doskonale zachowany oryginał albo udaną replikę jednej z tych wspaniałych maszyn, które kiedyś ścigały się na pierwszych torach i przemierzały trasy gwiaździstych zlotów; tak wyglądały - Clenety, Sceptrey, Auburny.Pod fantastycznie długą maską krył się potężny, wielocylindrowy silnik, na opływowych, przypominających muszle winniczka błotnikach piętrzyły się reflektory, a klakson miał kształt złotej, zakończonej gumową gruszką trąbki.- Ile to wyciąga? - spytał King.- Zobaczysz - odparła uśmiechając się tajemniczo.Zapaliła silnik, ale jeszcze nie zamierzała ruszać.Z wyrazem skupienia na twarzy szukała czegoś w torebce.Po chwili wyciągnęła z niej niewielkie, srebrne puzderko i nacisnąwszy niewidoczną sprężynę wysypała na dłoń cztery białe, maleńkie pastylki.Jedną natychmiast połknęła sama, a trzy podsunęła Kingowi.- Co to jest? - spytał.- Zobaczysz - odpowiedziała tak samo jak przedtem.Pastylki rozpuściły się, gdy tylko położył je na języku.Nie miały żadnego smaku.Ale ich działanie poczuł już po kilku sekundach.Najpierw zmieniły się barwy; wszystkie nabrały nieopisanej intensywności, zalśniły zimnym, metalicznym blaskiem, wprawiły w ruch martwe dotąd powierzchnie.Jak zmarszczona wiatrem tafla wody zakołysała się ściana namiotu, zielone płomyki zapełgały po koronach drzew, a niebo poczęło razić oczy ostrymi szpileczkami gwiazd.Zaraz potem zbuntowały się kształty; długi przód samochodu wyciągnął się jeszcze bardziej, wyostrzył w dziób rakiety, kierownica wiła się jak wąż gryzący własny ogon, fotele stały się głębsze [ Pobierz całość w formacie PDF ]