[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Potem wsadzimy w usta kamyki i będziemy ssać.To pomaga.– Na jak długo?– Do licha, Alan, musimy się przedostawać od jednego strumyka do drugiego!Duval powrócił, uśmiechnął się blado do kolegów, mruknął niemrawy żart o swym żołądku, popił wody z tykwy podsuniętej przez Shannona i ułożył się do snu.Zapanowało milczenie.Po chwili Tanner zachrapał donośnie, zawtórował mu Alcock, cieniej i z pogwizdywaniem przez nos.Peterowi kleiły się oczy i już drzemał, gdy nagle Alcock poderwał się z wrzaskiem na nogi.– Żmija! Żmija.kraut! Ugryzła mnie! Boże Wszechmocny, ratuj!Zerwali się z legowiska.Ogarnęła ich zaraźliwa panika.Z ust Australijczyka wyrwał się przerażony okrzyk:– Mnie też ugryzła!W tym momencie Peter poczuł bolesne, palące ukąszenie, po nim drugie i trzecie.W nogę, w bark, w plecy.Nie panując dłużej nad sobą, tracąc resztki zdrowego rozsądku, rzucili się po omacku ku ścieżce, potrącali się wzajemnie, popychali, potykali na korzeniach, uderzali o gałęzie.Gdy Shannona ugryzło coś po raz czwarty, teraz w przedramię, automatycznie uderzył się drugą ręką i wyczuł pod palcami niewielki, twardy kształt.Zgniótł go i nagle się uspokoił, a nawet roześmiał.– Wszystko w porządku, chłopcy – zawołał trzęsącym się jeszcze z podniecenia głosem.– To tylko mrówki.Zwykłe mrówki!– By Jove! – zawołał Tanner i dosadnie zaklął przez zęby.– Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bałem!Powrócili do legowiska, ale nikt nie chciał się położyć na ziemi.Peter, nie zapominający o chorym Duvalu, zaczął w ciemnościach wymacywać tykwy z wodą, porzucone w czasie panicznej ucieczki.Natrafił wreszcie na jedną i wydał cichy okrzyk przerażenia.Tykwa była otwarta i.pusta.Druga tykwa była również próżna, w trzeciej znajdowało się tylko trochę płynu.– Alan – wyrzekł półgłosem do McNeilla.– Tak.W paru słowach Shannon powiedział mu o nowym nieszczęściu.McNeill przez długą chwilę nie odpowiadał, potrafił jednak zdobyć się na normalny, zrównoważony ton:– Jeszcze jedna strata.Miałeś rację, Peter, musimy odszukać jakiś strumyk.Resztka wody będzie wyłącznie dla Duvala.Teraz pomyślmy o spaniu.Peter, starając się zapomnieć o nieszczęsnych tykwach, długo namyślał się nad wynalezieniem innego miejsca, w końcu przypomniał sobie o drzewach.Zaproponował, by wdrapać się na któreś z nich, znaleźć jakieś rozgałęzienie, ulokować się możliwie wygodnie i przymocować dla bezpieczeństwa lianami.– Małpę chcesz ze mnie zrobić? – zżymał się Tanner, który na wiadomość o stracie wody popadł w zgryźliwy nastrój.– Przeklęta Sumatra! Co za licho nas tutaj zaniosło?! Wolałem naszą dziurawą łajbę.– I rekiny? – podsunął cicho McNeill.Australijczyk wyrzucił z siebie soczyste przekleństwo, w którym dał wyraz swego stosunku do wojny, Japończyków, Sumatry i wszelkich insektów.– Z drzew pospadamy jak zgniłe gruszki – wyrzekał.– A na ziemi zagryzą nas mrówki, skorpiony, pająki, i te przeklęte krauty, czy jak się wabią.Obrzydliwy kraj, wredny klimat, obmierzły los!Peter w ciemności odszukał pękate drzewo, wydźwignął się i ulokował u nasady gałęzi o półmetrowej grubości.Przyciągnął włochatą lianę i owinął kilkakrotnie dokoła ciała.Kora drzewa była miękka, gąbczasta, pokrywał ją mech, przy dotknięciu i oparciu dawała miłe uczucie chłodu.Odwiązał się i ześliznął na ziemię.– Henri, to twoje gniazdko – oznajmił i z pomocą Tannera i McNeilla ulokował Francuza w drzewnym legowisku, po czym wespół z kolegami wyszukał innego rozgałęzienia konarów.Przymocowali się, starali się zasnąć.Ale nocne życie dżungli dopiero się rozpoczynało.Ze wszystkich stron dochodziły przedziwne odgłosy.Jakieś szmery, tupot nóg, stąpanie, pełzanie, przeciągłe, nieomal ludzkie krzyki małp.Dżungla oddychała własnym, niezrozumiałym dla nie wtajemniczonych życiem.Ludzie, nie znający jej, czuli się przeraźliwie obco.Byli niepożądanymi intruzami, którzy każdy nieopatrzny krok, każde nierozważne i nieostrożne posunięcie przypłacić mogli życiem.Rozdział 17„To jest tak bezsensowne, że zakrawa na tragifarsę – rozmyślał Peter następnego dnia, gdy na czele grupki brudnych obszarpańców wlókł się wzdłuż ścieżyny ciągnącej się nieprzerwanym sznureczkiem na południe, ku niewidocznym górom.– Przemieniliśmy się w stwory niewiele różniące się od zwierząt i zachowujące się jak zwierzęta.Los rzucił nas w ten gąszcz, a jego małpia złośliwość zebrała do kupy osobników najzupełniej w gruncie rzeczy sobie obcych.Kim, do licha, jesteśmy? Australijski major o chorobliwej tęsknocie za pistoletem.Międzynarodowy mieszaniec o zagadkowej przeszłości.Angielski fanatyk z niedorozwiniętym umysłem.Francuski obieżyświat i ja, pół Brytyjczyk, pół Eurazyjczyk.Co nas właściwie łączy? Nasze zainteresowania są w tej chwili jednakowe, bo sprowadzają się do najprymitywniejszych potrzeb.Jeść, pić, utrzymać się przy życiu.Ale czy w odmiennych warunkach miałbym o czym rozmawiać z Tannerem lub Alcockiem? Czy obchodziłyby mnie tajemnice McNeilla lub upodobania Duvala?”W tym momencie przerwał się tok jego myśli.Na zielonkawym, niewysokim krzewie, tuż obok ścieżyny, zauważył wiszące, włochate, okrągłe orzeszki.– Chodźcie tutaj prędzej – zawołał.– Wyśmienite żarcie!– Co to za świństwo? – spytał niedowierzająco Tanner.– Rambutan (mal.– czerwony, włochaty z zewnątrz, mięsisty wewnątrz gatunek orzecha, rosnącego na Archipelagu Malajskim) – odparł jednym słowem Peter.– Hę? Mów po ludzku!– Rambutan.Jadalne, smaczne, pożywne, nie trujące.Poczęli rozłupywać i gryźć orzechy, które istotnie okazały się smaczne i aromatyczne.Australijczyk, zerwawszy ostatni rambutan, rozejrzał się dokoła i znalazł w pobliżu krzaki z jakimiś jagodami.Były ciemne i soczyste.Urwał kilka, przyniósł Peterowi [ Pobierz całość w formacie PDF ]