[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Ale upłynęło już kilka miesięcy! - powiedziała ze śmiechem.- Ale w czasopismach ciągle są zamieszczane reklamy papierosów!- To spisek.No dobrze, zapal sobie.Wrzuciłem do automatu pieniądze, zawahałem się przy wyborze, w końcu wybrałem arkę z łagodnym filtrem.Wcale nie chciało mi się palić, lecz pewne sytuacje wymagają szampana, a inne papierosa.Jest przecież ten tradycyjny ostatni papieros przed plutonem egzekucyjnym.Zapaliłem.No to za raka płuc.Smakował tak dobrze, jak pamiętałem, chociaż miał delikatny zastarzały posmak, jakbym usta miał pełne starych petów.Trzecie zaciągnięcie smakowało dziwnie.Straciłem ostrość widzenia, a potem wszystko nagle się uspokoiło.Pulsowało mi głośno w gardle.- Jak smakuje?- To dziwne, jestem przymulony - powiedziałem.Przymulony! Nie słyszałem tego słowa od piętnastu lat.W szkole średniej paliliśmy, żeby się przymulić, zaznać tego pseudoupicia się powodowanego kurczeniem się naczyń włosowatych w mózgu.Przymulenie przestało pojawiać się po pierwszych kilku razach, ale większość z nas nadal paliła.Zgasiłem papierosa.Kelnerka niosła już nasze lody.Gorąco i zimno, słodycz i goryczka; nic tak nie smakuje, jak lody z gorącym karmelem.Umrzeć, nie posmakowawszy ich raz jeszcze, byłoby strasznym błędem.Dla Leslie było to jednak coś więcej, symbol bogatego życia.Obserwowanie, jak je te lody, było przyjemniejsze niż jedzenie ich samemu.Poza tym.Zgasiłem papierosa, żeby poczuć smak lodów.Teraz, zamiast rozkoszować się nimi, czekałem na irlandzką kawę.Za mało czasu.Pucharek Leslie był pusty.Wydała z siebie teatralne westchnienie:- Aaach! - I poklepała się po brzuchu.Jakiś klient przy jednym ze stolików zaczął szaleć.Zauważyłem go już, kiedy wchodził.Był to szczupły typ naukowca z baczkami i okularami w metalowych oprawkach.Cały czas kręcił się, żeby popatrzeć na Księżyc.Podobnie jak inni, siedzący przy pozostałych stolikach, wydawał się podekscytowany tym rzadkim i przepięknym zjawiskiem.I nagle do niego dotarło.Zobaczyłem, jak zmienia mu się twarz, wyrażając najpierw podejrzliwość, potem niedowierzanie, a wreszcie przerażenie.Przerażenie i bezradność.- Chodźmy - powiedziałem do Leslie.Rzuciłem na kontuar kilka ćwierćdolarówek i wstałem.- Nie chcesz skończyć?- Nie.Mamy do zrobienia jeszcze kilka rzeczy.Co powiesz na irlandzką kawę?- I „różową damę” dla mnie? Och, popatrz! - Odwróciła się.Naukowiec właśnie wchodził na stolik.Chwycił równowagę, rozłożył szeroko ręce i ryknął:- Wyjrzyjcie przez okna!- Proszę zejść! - zawołała kelnerka, szarpiąc go energicznie za nogawkę spodni.- Nadchodzi koniec świata! Daleko po drugiej stronie oceanu śmierć i ogień piekielny.My jednak byliśmy już za drzwiami, śmiejąc się w biegu.Leslie wydyszała:- Być może.uciekliśmy.przed zamieszkami religijnymi!Pomyślałem o dysze, którą zostawiłem pod serwetką.Teraz już nikomu nie sprawi przyjemności.W restauracji jakiś prorok wykrzykiwał swoje posłannictwo zagłady do wszystkich, którzy chcieli go słuchać.Siwowłosa kobieta o lśniących oczach znajdzie pieniądze i pomyśli: oni też wiedzieli.Budynki nie dopuszczały księżycowego światła na parking Czerwonej Stodoły.Światła uliczne i pośredni blask Księżyca były prawie tego samego koloru.Wydawało się, że noc jest tylko trochę jaśniejsza niż zwykle.Nie rozumiałem, dlaczego Leslie nagle zatrzymała się na podjeździe.Podążyłem jednak za jej wzrokiem prosto w górę, gdzie tuż poniżej zenitu bardzo jasno świeciła jakaś gwiazda.- Ładna - powiedziałem.W Czerwonej Stodole nie było okien.Na ciemne drewno i spokojnie bawiących się klientów padało nikłe sztuczne światło, o wiele słabsze od dziwacznego blasku panującego na zewnątrz.Wydawało się, że nikt nie zdaje sobie sprawy, iż dzisiejsza noc różni się od innych.Niewielki wtorkowy tłumek skupiał się głównie przy barze z pianinem.Jakiś klient trzymał mikrofon i łamiącym się, słabym głosem śpiewał na wpół znajomą piosenkę, a uśmiechnięty czarny pianista grał ckliwy podkład.Zamówiłem dwie irlandzkie kawy i „różową damę”.Na pytające spojrzenie Leslie tylko się tajemniczo uśmiechnąłem.Jakże zwykłe Czerwona Stodoła sprawiała wrażenie.Panowała w niej swobodna i przyjemna atmosfera.Trzymaliśmy się za ręce, uśmiechałem się i bałem się odezwać.Jeśli zniszczę czar, jeśli powiem coś niewłaściwego.Przyniesiono nam drinki.Podniosłem kieliszek z irlandzką kawą.Cukier, irlandzka whisky i mocna, czarna kawa z gęstą bitą śmietaną [ Pobierz całość w formacie PDF ]