[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–Na co jeszcze czekasz? Przyprowadź ich! – rozkazał.– Najwyższy czas, aby mojeręce zabrały się do robienia księgi… której nie wolno mi skończyć.Niech złapią introligatora,a nie Sójkę.Nie zauważą różnicy.A ja odeślę Sójkę do lochu i sprawię słowami Orfeusza, byzasnął głęboko.Smolipaluch chuchnął w ciemność i zamiast klatki z płaczącą dziewczynką ukazał się znak, który Mo odcisnął już na okładkach tylu książek: głowa jednorożca.–Jak chcesz – powiedział cicho.– Ale jeśli ty zostaniesz na powrót introligatorem, to jaka rola mnie przypadnie?–Zbawcy mojej córki – odparł Mo.– Opiekuna mojej żony.Resa szuka Pustej Księgi.Pomóż jej znaleźć tę księgę i przynieś mi ją.„Żebym mógł wpisać zakończenie” – dodał w duchu.Trzy słowa, nic więcej.I nagle przyszła mu do głowy myśl, która wywołała uśmiech na jego twarzy.Orfeusz nic nie napisał o Resie, ani jednego słowa, które by ją wiązało.O kim jeszcze zapomniał?Rozdział 68 WróciłKimkolwiek jesteś, choćbyś była bardzo samotna, świat ofiarowuje się twojej wyobraźni, wola do ciebie jak dzikie gęsi, cierpko, pobudzająco, coraz to oznajmiając, gdzie jest twoje miejsce w rodzinie ziemskich rzeczy.Mary Oliver, Dzikie gęsiRoksana znów śpiewała.Śpiewała dla dzieci, którym strach przed Szczapą nie pozwalał usnąć.Prawdą było to, co Meggie zawsze słyszała o jej głosie.Zasłuchało się drzewo, ptaki w gałęziach, zwierzęta mieszkające pośród korzeni i gwiazdy na ciemnym niebie.W głosie Roksany było tyle kojącej pociechy, choć śpiewała o smutnych rzeczach, a każde słowo wibrowało tęsknotą za Smolipaluchem.Jak słodko jest słuchać takich pieśni, gdy samemu ma się serce pełne tęsknoty.Tęsknoty za spokojnym snem i beztroskimi dniami, za bezpiecznym oparciem dla stóp i pełnym żołądkiem, za uliczkami Ombry, za matkami… i ojcami.Meggie siedziała wysoko w górze przed gniazdem, w którym Fenoglio oddawał się pisaniu, i nie wiedziała, o kogo ma się bardziej martwić: o Fenoglia i Czarnego Księcia, o Far ida, który wraz z Baptystą ruszył śladem olbrzyma, czy o Dorię, który mimo zakazu zbójców znowu zlazł z drzewa i zagłębił się w las, by sprawdzić, czy Szczapa naprawdę odszedł.Starała się nie myśleć o rodzicach, gdy wtem Roksana zaśpiewała jej ulubioną pieśń o Sójce.Opowiadała ona o tym, jak to wraz z córką był uwięziony w Mrocznym Zamku.Inne pieśni mówiły o jego bohaterskich czynach, ale tylko ta jedna ukazywała go jako ojca, a Meggie tęskniła za ojcem.Wyobraziła sobie, że kładzie głowę na jego ramieniu i zasypuje go pytaniami: „Myślisz, że olbrzym zaniesie Fenoglia swoim dzieciom, Mo? Myślisz, że rozdepcze Farida i Baptystę, gdy będą próbowali uwolnić Czarnego Księcia? Myślisz, że można kochać dwóch chłopców naraz? Czy widziałeś Resę? A co słychać u ciebie, Mo? Co z tobą…?”.Nie dalej jak wczoraj jedno z dzieci spytało Elinor: „Czy Sójka już zabił Zmijogłowego? Czy przyjdzie nas uratować przed Szczapą?”.„Oczywiście!” – odpowiedziała bez namysłu Elinor, rzucając Meggie spłoszone spojrzenie.Oczywiście…–Chłopak jeszcze nie wrócił – usłyszała pod sobą głos Po-stracha Elfów.– Czy mam zejść i go poszukać?–Po co? – odparł przytłumionym głosem Kuternoga.– Wróci, jak tylko będzie mógł.A jeśli nie wróci, to znaczy, że go złapali.Jestem pewien, że gdzieś tam są na dole.Mam nadzieję, że Baptysta będzie miał się przed nimi na baczności.–Jak może mieć się na baczności? – roześmiał się drwiąco Postrach Elfów.– Za plecami ma olbrzyma, przed sobą Szczapę, a Czarny Książę najpewniej nie żyje.Wkrótce zaśpiewamy naszą ostatnią pieśń, ale nie będzie ona brzmiała tak pięknie jak pieśni Roksany.Meggie ukryła twarz w dłoniach.„Nie myśl, Meggie.Po prostu o niczym nie myśl.Słuchaj śpiewu Roksany i wyobrażaj sobie, że wszyscy wrócili szczęśliwie: Mo, Resa, Fenoglio, Czarny Książę, Farid… i Doria.Co Szczapa robi z więźniami? Nie, Meggie, nie myśl, nie pytaj…”.Z dołu dobiegły ją głosy.Pochyliła się, próbując dojrzeć cokolwiek w ciemności.Czy to Baptysta wrócił? Zobaczyła ogień, maleńki płomyk, lecz dający światło.O, Fenoglio! A obok Czarny Książę na noszach.–Farid? – zawołała.–Cicho! – syknął Postrach Elfów i Meggie zakryła sobie usta dłonią.Zbójcy spuścili liny i siatkę, by za ich pomocą wciągnąć rannego księcia.–Szybko, Baptysto! Nadchodzą!Jakże inaczej brzmiał głos Roksany, kiedy nie śpiewała.Między drzewami parskały konie, gałęzie łamały się z trzaskiem pod ciężkimiżołnierskimi butami.Zbójcy spuścili więcej lin, kilku z nich poczęło zsuwać się po pniu.Z ciemności nadleciały strzały, spośród drzew niczym srebrne żuki wyroili się żołnierze.„Zobaczycie, że tylko czekają na powrót Baptysty z Księciem!” – powiedział Doria.Dlatego odszedł i nie wrócił.Farid rozpalił większy ogień.Wraz z Baptystą zasłonili Czarnego Księcia.Obok nich niedźwiedź prostował się groźnie.–Co jest? Co się znowu dzieje? – Elinor z potarganymi włosami uklękła obok Meggie.–Chyba naprawdę usnęłam! To nie do wiary!Meggie nie odpowiedziała.Co robić? Wspięła się aż do rozgałęzienia drzewa, gdzie klęczała Roksana z innymi kobietami.Tylko dwóch zbójców było przy nich.Wszyscy inni złazili po pniu, lecz pień był tak potwornie wysoki, a z dołu leciały strzały, niczym deszcz, który odwrócił kierunek lotu.Dwaj zbójcy, trafieni strzałą, z krzykiem runęli w dół, kobiety zatykały dzieciom uszy i oczy.–Gdzie on jest? – wołała Elinor, wychylając się niebezpiecznie, aż Roksana złapała jąza kołnierz.– Gdzie on jest? – wrzeszczała.– Gadajcie! Czy ten stary dureń jeszcze żyje?Fenoglio spojrzał w górę, jakby usłyszał jej wołanie.Pobrużdżona twarz wyrażała paniczny łęk.Wokół niego szalała walka.Jakiś zabity padł u jego stóp i pisarz porwał jego miecz [ Pobierz całość w formacie PDF ]