[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przytulała wtedy do siebie zwiniętą skórzaną płachtę, w której niegdyś nosiła swego syna.Bardzo cicho i ostrożnie zaczęła mruczeć niskim, monotonnym głosem i kołysać się mimowolnie.W muzyce Zelandoni było coś kojącego, a i własne pomruki działały na znachorkę odprężające.Poczuła się pewnie, jakby wspierały ją głosy zebranych, jakby w każdej chwili mogła liczyć na ich pomoc.W takim nastroju łatwiej było ulec działaniu mocnego wywaru z ziół.Nagle z niemal bolesną wyrazistością odebrała uścisk dłoni siedzących obok ludzi.Ręka młodej akolitki była chłodna, wilgotna i niemal bezwładna.Ayla ścisnęła ją mocniej, ale nie doczekała się reakcji - nawet uchwyt Mejery był jakby nieśmiały, wręcz dziecinny.Tymczasem dłoń po prawej stronie była ciepła, sucha i nieco szorstka, zniszczona pracą.Jondalar mocno trzymał rękę uzdrowicielki, toteż bardzo wyraźnie wyczuwała twardość zamkniętego w dwóch dłoniach kamienia.Było to wrażenie dziwne, ale jednocześnie dające poczucie bezpieczeństwa.Choć nie była w stanie tego zobaczyć, Ayla czuła, że płaska, opalizująca strona bryłki dotyka jej skóry, co oznaczało, że ostry trójkątny grzbiet wbija się w ciało mężczyzny.Koncentrując się na kamieniu, odniosła wrażenie, że jest coraz cieplejszy; że nie tylko osiągnął temperaturę ludzkich ciał, ale nawet j ą przewyższył - jakby stał się ich częścią.a może to one stały się jego częścią? Znachorka przypomniała sobie chłód, który poczuła, wkraczając do podziemnego świata, tym bardziej przenikliwy, im głębiej schodzili w trzewia góry - teraz, gdy siedziała na grubej skórze odziana w ciepłą odzież, wcale nie czuła zimna.Skupiła uwagę na płomieniu kaganka, który kojarzył jej się przyjemnie z ciepłem domowego ogniska.Nie odrywała wzroku od migocącego ognika, a ściślej od kropki żaru w jego środku, zapominając o wszystkich innych sprawach.Śledziła ruchy żółtego światełka i z każdą chwilą była coraz bardziej pewna, że sama je kontroluje.Przyglądając mu się z wielką uwagą, doszła do wniosku, że płomyk nie jest całkiem żółty.Wstrzymała oddech, by choć na chwilę znieruchomiał.Jego wnętrze było prawie kuliste; najjaśniejsza, żółta część otaczała końcówkę knota.Wewnątrz kręgu znajdowało się ciemniejsze miejsce, rozpoczynające się poniżej końca knota i zwężające ku górze w stożek.Poniżej, w dolnej części płomyka, widać było odcienie błękitu.Ayla nigdy dotąd nie wpatrywała się z taką intensywnością w ogień tłuszczowego kaganka.Kiedy znowu zaczęła oddychać, płomyk poruszył się, jakby tańczył w takt niesamowitej muzyki.A gdy tak pełgał ponad lśniącą powierzchnią roztopionego tłuszczu, jego światło odbijało się, dając złudzenie większej jasności.Znachorka nie widziała teraz niczego poza przytulnym blaskiem wypełniającym jej oczy.Czuła się lekka, nieważka i beztroska; wydawało jej się, że jeśli tylko zechce, może popłynąć w powietrzu i zanurzyć się w cieple ognia, że wszystko przyszłoby jej łatwo, bez wysiłku.Uśmiechnęła się, zaśmiała z cicha i spojrzała na Jondalara.Pomyślała o nowym życiu, które wzrastało powoli w jej łonie, i poczuła, że przepełniają miłość.Mężczyzna mógł jedynie odpowiedzieć uśmiechem na emanującą z niej radość.Obserwując go, Ayla czuła się szczęśliwa i kochana.Życie było pełne radości, którą chciała się dzielić.Rozpromieniona, odwróciła się ku Mejerze, która w rewanżu posłała jej niepewny uśmiech.Wreszcie popatrzyła na Zelandoni, by i ją objąć płaszczem swego szczęścia.Jednak jakaś cząstka umysłu donier pozostała trzeźwa i z dystansem przyglądała się temu, co działo się pod wpływem sekretnego wywaru.- Przygotowuję się do wezwania elana Shevonara i skierowania go do świata duchów - odezwała się Pierwsza Wśród Tych Którzy Służą Matce, przerywając swą pieśń.Jej głos był dziwnie daleki, nieobecny.- Kiedy już mu pomożemy, spróbuję odnaleźć elan Thonolana.Jondalar i Ayla będą musieli mi pomóc.Pomyślcie o tym, jak zginął i gdzie spoczywają jego szczątki.W uszach Ayli jej słowa brzmiały jak piękna, głośna i złożona muzyka.Znachorka słyszała dźwięki odbijające się echem od ścian jaskini i splatające się w nową pieśń, sylwetka donier zdawała się zaś wtapiać w otoczenie, jakby wielka kobieta była częścią skalnej groty.Ayla zobaczyła, że Zelandoni zamyka oczy, otwiera je i wpatruje się w przestrzeń, przewraca białkami i znowu zaciska powieki, tym razem na dłużej, pochylając się bezwładnie na siedzisku.Młoda kobieta siedząca obok znachorki trzęsła się gwałtownie.Ayla nie była pewna, czy to skutek lęku, czy tylko emocji.Znowu spojrzała na Jondalara.Mężczyzna zdawał się spoglądać na nią i już chciała pozdrowić go uśmiechem, gdy nagłe zrozumiała, że i on wpatruje się w przestrzeń niewidzącymi oczami, dostrzegając coś jedynie umysłem, nie wzrokiem.Nagle poczuła, że sama znowu znajduje się w Dolinie Koni.Ayla uslyszala dźwięk, który ściąljej krew w żytach i przyspieszył bicie serca: potężny ryk lwa jaskiniowego i przeraźliwy krzyk człowieka.Czuła, że Jondalar jest z nią, a raczej w niej - czuła ból w jego rozoranym przez drapieżnika udzie i wiedziała, kiedy stracił przytomność.Stanęła nieruchomo, czując w skroniach mocne pulsowanie.Minął długi czas, odkąd po raz ostatni słyszała ludzki głos, a jednak wiedziała, że o pomoc wołał człowiek.Wiedziała więcej: to był człowiek jej rasy.Była tak oszołomiona, że nie potrafiła zebrać myśli.Krzyk rozpaczy wciąż dżwięczał w jej uszach.Teraz, kiedy dominująca świadomość Jondalara osłabła, Ayla wyczuwała obecność pozostałych - Zelandoni, dalekiej, lecz potężnej, oraz Mejery, bliższej, lecz słabej.Gdzieś w tle sączyła się muzyka - głosy i flety były ciche, lecz dodawały otuchy, dźwięk bębnów zaś był głęboki i niósł się mocnym echem.Usłyszała ryk lwa jaskiniowego i dostrzegła jego rudawą grzywę.Teraz dopiero dotarło do niej, że Whinney wcale nie okazuje zdenerwowania - i od razu domyśliła się dlaczego.To Maluszek! Whinney, to nasz Maluszek!Mężczyzn było dwóch.Ayla odepchnęła drapieżcę, którego sama wychowała, i przyklęknęła, by zająć się nimi.Była przede wszystkim znachorką, lecz w tej chwili powodowała nią także ciekawość.Wiedziała od razu, że ma przed sobą mężczyzn, choć o ile pamiętała, byli to pierwsi Inni, których widziała.Natychmiast zrozumiała, że dla tego o ciemniejszych włosach nie ma już nadziei.Leżał w nienaturalnej pozycji, ze skręconym karkiem.Ślady kłów na gardle nie pozostawiały wątpliwości, co się stało.I choć Ayla nigdy przedtem nie spotkała tego człowieka, jego śmierć wstrząsnęła nią.Po policzkach spłynęły jej łzy.Nie kochała go przecież, a jednak czuła, że straciła coś niezwykle wartościowego, nim jeszcze zdążyła to poznać.Była zdruzgotana tym, że kiedy wreszcie spotkała ludzi swojej rasy, jeden z nich musiał zginąć.Chciała jakoś uczcić to, że był człowiekiem, upamiętnić miejsce jego spoczynku, ale jedno spojrzenie na drugiego innego uświadomiło jej, że teraz nie będzie miała na to czasu [ Pobierz całość w formacie PDF ]