[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tuż przedtem nabyłam sobie sławetną platynową perukę, opisaną w Całym zdaniu nieboszczyka.Razem ze mną pętał się po ogrodzie Alicji niejaki Jacuś, poniekąd kumpel Marcina, występujący dla odmiany w Upiornym legacie pod imieniem Maciusia.Do Jacusia należał malinowy nocnik, przewożony przeze mnie wtedy, kiedy mi pociąg w Berlinie uciekł i Jacuś, a nie kto inny, posiadał pięćdziesiąt dolarów w jednym kawałku i określał banknot mianem półgłówka.Przy tych gałęziach i ognisku u Alicji zażartował sobie beztrosko.— O rany, włosy ci się spaliły! — krzyknął zgrozą w jakimś momencie.Zważywszy cenę peruki, zgorzałam.Przemogła bezwład, jak oszalała popędziłam do lustra.Jacuś dostał ataku śmiechu, słowo daję, że Alicja była przy tym i też chichotała.I teraz twierdzi, że nic nie pamięta i żadnych gałęzi nie paliłam…! No nie, nie raz, twierdziła tak osiem lat temu.Dla ścisłości nic nie spaliłam, peruka była w porządku, Jacuś sobie zrobił dowcip, a w ogóle nie miał pojęcia, że coś na mojej głowie wcale nie jest włosami, tylko peruką.Alicja także twierdzi, że nie piszę prawdy, tylko tworzę nowy tekst, imaginacje i fikcję.Jeśli nawet ma rację, to w nader nikłym procencie, niektóre rzeczy mogę trochę źle pamiętać, ale to, co mi wytknęła, nie stanowi nawet jednej dwudziestej.Na szczęście znalazłam własne listy, wysyłane z Danii, dat w nich co prawda nie ma, nigdy nie piszę dat, ale informacje dodatkowe pozwalają osadzić wydarzenia w czasie.Komunikat, na przykład, że Boże Narodzenie ma być za tydzień, bez wątpienia o czymś świadczy.Ponadto upiera się, że nie mogłam zeżreć migdała, bo pani von Rosen w ogóle go nie wetknęła w krem przez zwyczajne roztargnienie.Protestuję.Co jak co, ale w końcu wiem, co gryzę.Przystąpię wreszcie do tych obiecanych wyjaśnień, dotyczących mojego antysemityzmu.Otóż nabyłam sobie kiedyś Biblię, pełny tekst, przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem i poczułam się wstrząśnięta.Wyraźnie z niej wynika, że Mojżesz, przed wyprowadzeniem Żydów z Egiptu, polecił im w przeddzień exodusu pożyczyć od egipskich przyjaciół i znajomych wszystkie srebrne i złote naczynia.Prostoduszni Egipcjanie pożyczyli, po czym Żydzi razem z tymi naczyniami opuścili kraj.Nic dziwnego, że goniono ich tak zawzięcie… No i to było nieładne.Żeby od wrogów, to jeszcze, ale od przyjaciół…? Takich rzeczy przyzwoity człowiek nie robi!Później zaś któreś plemię poprosiło ich o informacje o Jehowie, chciałoby bowiem również tego Jehowę czcić, wielbić i znaleźć się pod jego opieką.Żydzi odmówili stanowczo.O nie, rzekli, żadne takie! Jehowa jest tylko dla nas!”Ale od plemienia czegoś tam chcieli.Też nieładnie.Oburzenie wyzwoliło we mnie antysemityzm, trzeba mieć wstrętny charakter, żeby wywijać takie numery.Podobnych kwiatków znalazłam tam więcej, chociaż i te by wystarczyły, po czym ugruntowałam się w poglądzie.Między nami mówiąc, praktycznego znaczenia to raczej nie ma…Skoro już i tak machnęłam ręką na kolejność uzupełnień, wetknę tu następne.Niby drobiazg, też zajmuje czas i trwa przez całe lata, więc jedno, kiedy o tym napiszę.Mój nowy szmergiel miał początek w Zgierzu.Zostałam tam zaproszona na spotkanie autorskie a razem ze mną pojechała Teresa, która akurat w Polsce i chciała zobaczyć Zgierz.Proszę bar jechałam samochodem, mogłam ją zabrać.Zatrzymała mnie na skrzyżowaniu ulic przed wejściem do Domu Kultury.— Słuchaj, czy możesz mi powiedzieć, co to jest — spytała podejrzliwie, wskazując rzeźbę po przekątnej.Przyjrzałam się.— Robotnik, zmagający się z ustrojem — odparłam stanowczo po bardzo krótkim namyśle.Teresa zrobiła zdjęcie i zapisała tekst.Weszłam do środka.W Domu Kultury urządzona była akurat wystawa rękodzieła artystycznego.Składały się na nią głównie kilimy, tkane w rozmaity sposób, barda piękne, zasadniczo wykonane przez dzieci i młodzież.Zainteresowały mnie ogromnie, rozmawiałam na ten temat także po spotkaniu, w oko wpadło mi coś prześlicznego kolorystycznie, leżącego na półce.Spytałam, co to jest.— Ach, to takie resztki — powiedziała pobłażliwie kierowniczka i dała mi to w prezencie.Co najmniej przez kilka miesięcy, jeśli nie dłużej, patrzyłam na to i z dnia na dzień rosła we mniej chęć wykorzystania owej śliczności.Leżało w przezroczystej foliowej torbie na regale akurat naprzeciwko mojego tapczana i codziennie o poranku mój wzrok padał na te złotości, oranże, czerwienie i brązy, końcu nie wytrzymałam.Znalazłam w domu kawałek szmaty, był to szczątek albo jakiegoś worka, albo siennika, luźno tkany.Wpadło mi w ręce szydełko i możliwe, że to szydełko zdopingowało mnie ostatecznie [ Pobierz całość w formacie PDF ]