[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Na razie pochód posuwał się naprzód bez przeszkód, ale wrażenie wielkiego widowiska ulotniło się bez śladu.Nerwowo przełknął ślinę.Poczuł zimny pot na skórze.Odwrócił głowę i utkwił wzrok w wyprostowanych plecach jadących przodem kawalerzystów.O to mu właśnie chodzi, powtarzał sobie.Pamiętaj: dyscyplina! Oficerowie wydali rozkazy.Jeźdźcy sięgnęli po pałki.Wjechali na most nad Szczurzym Kanałem i na chwilę wszystko się uspokoiło.Na czarnej wodzie, w rozświetlanych pochodniami oparach kadzidlanego dymu, kołysały się zakotwiczone przy brzegu pływające domy publiczne.Kupcy i konkubiny dźwigali się z sof i poduszek i machali mu glinianymi płytkami – tabliczkami z błogosławieństwami, które mieli na jego cześć przełamać.Zwrócił jednak uwagę, że przestawali wodzić za nim wzrokiem na długo, zanim znikał im z oczu – jak jeden mąż spoglądali na czekające przy drodze tłumy.I znów wzburzony tłum ogarnął procesję ze wszystkich stron.Kobiety, starcy, chorzy, nawet dzieci – wszyscy krzyczeli, wymachiwali pięściami.Xerius dostrzegł ospowatego draba, który obracał w ustach wyłamany, nadpsuty ząb, by wypluć go w tym samym momencie, gdy mijał go cesarski rydwan.Ząb wpadł pod koła.Ja naprawdę budzę w nich odrazę.Nienawidzą mnie.Mnie!Ale to się zmieni.Kiedy będzie po wszystkim, gdy wszyscy poznają owoce jego starań, będą go czcić tak, jak nie czcili jeszcze żadnego cesarza.Będą wiwatować na widok zniewolonych pogan składających hołd miastu, na widok oślepionych królów wleczonych w łańcuchach przed oblicze władcy.Osłaniając oczy przed blaskiem i patrząc na Ikurei Xeriusa III, zrozumieją, że naprawdę jest Cesarzem-Aspektem, że powstał z popiołów Kyraneas i.Cenei, aby zdobyć świat i zmusić wszystkie narody i plemiona do poddaństwa.Ja im jeszcze pokażę! Przekonają się!Wjechali na olbrzymi plac Cmiralu.Wrzawa sięgnęła zenitu.Zapierała dech w piersiach, oszałamiała siłą dźwięku – i mocą implikacji.Pierwsi kidruhile wstrzymali konie, z przodu zapanowało zamieszanie.Jeden z wierzchowców stanął dęba.Tylna straż natychmiast rozjechała się na boki, osłaniając skrzydła.Żołnierze wymachiwali pałkami, grozili tłumom, bili bez litości, kiedy ktoś za bardzo się zbliżył.Poza wąskim kręgiem pochodni i błyszczących pancerzy cały świat był mrocznym chaosem.Rozwrzeszczana biedota niczym morze rozciągała się aż po stojące po bokach zabudowania świątynne i wznoszące się z przodu gigantyczne bazaltowe kolumny świątyni Xothei.Xerius z taką siłą zaciskał dłonie na przedniej krawędzi rydwanu, że knykcie mu zbielały, a palce zaczęły boleć.Tyle ludzi.I wszyscy powtarzali to jedno imię.Strach.Nudności.Wrażenie spadania.Podburzył ich przeciwko mnie? Czy to zamach?Kidruhile, młócąc pałkami, wyłamali w ciżbie najpierw wąski pasek przestrzeni, potem coraz szerszy klin.Xerius uśmiechnął się od ucha do ucha, aż zgrzytnął zębami z zadowolenia.Oto jak bogowie pokazują swą prawdziwą naturę: przelewając krew śmiertelników! Tłum naparł na kidruhilów, grzmot głosów jeszcze się wzmógł.Kilka koni potknęło się, ludzkie morze pochłonęło błyszczących żołnierzy.Następni zajęli ich miejsce.Pałki uderzały miarowo.Jeźdźcy dobyli mieczy.Woźnica rydwanu ściągnął wodze i zerknął nerwowo na Xeriusa.Śmiesz spoglądać cesarzowi w oczy?!– Jazda! – rozkazał Xerius.– Rozjedź ich! Już!Zaśmiał się, wychylił przez krawędź pojazdu i splunął na gapiów – na tych, którzy mieli czelność wykrzykiwać inne imię, gdy Ikurei Xerius III stał niczym bóg pośród nich.Żałował tylko, że nie może pluć roztopionym złotem.Rydwan powoli sunął naprzód, podskakując na ciałach rannych i zabitych.Xerius czuł w żołądku płomień lęku, ale w głowie miał zamęt; rozkoszował się bliskością śmierci.Gońcy z latarniami znikali jeden po drugim, wciągani przez tłum, tylko kidruhile nieustępliwie przebijali się do przodu, wyrzynali sobie szlak przez tłum.Ich miecze wznosiły się i opadały, wznosiły i opadały, aż Xerius miał wrażenie, że sam karze te nędzne kundle, zadając im ciosy, że osobiście powala je kolejnymi cięciami na ziemię.Śmiejąc się jak szaleniec, cesarz Nansuru przedzierał się przez tłum podwładnych w kierunku majaczącej w półmroku ogromnej świątyni Xothei.Zdziesiątkowana procesja dotarła wreszcie do strzeżonych przez Gwardię Eothijską monumentalnych schodów świątynnych.Ogłuszonego, pogrążonego w przypominającym senny letarg transie Xeriusa wyprowadzono z rydwanu na podwyższony drewniany pomost wiodący do bramy świątyni; cesarz musiał zawsze górować nad zwykłymi ludźmi.Złapał któregoś z kapitanów za ramię, ścisnął boleśnie.– Pchnij gońca do koszar! Mają wyrżnąć tylu, ilu będzie trzeba, żeby ta dzicz się wreszcie zamknęła! W drodze powrotnej koła rydwanu mają się ślizgać we krwi.Dyscyplina.On im pokaże.Ruszył wolno w stronę bramy.Potknął się o rąbek szaty.Serce na ułamek sekundy przestało mu bić z wściekłości, gdy przez ryczący tłum przetoczyła się fala śmiechu.Spojrzał na ten ocean gniewu i ekstatycznej radości, a potem podkasał szatę i niemal biegiem pokonał resztę pomostu.Zamknęły się wokół niego masywne kamienne ściany świątyni.Azyl.Drzwi zatrzasnęły się ze zgrzytem.Nogi się pod nim ugięły.Zdziwił się, czując pod kolanami chłód posadzki.Przyłożył drżącą dłoń do czoła i ze zdumieniem stwierdził, że pot ścieka mu między palcami.Ty głupcze! Co by sobie Conphas pomyślał?Cisza, aż dzwoni w uszach.Mrok.Przestrzeń.Zewsząd dobiegało zaklęte w kamieniu imię.Maithanet.Tysiąc tysięcy głosów – tak mu się wydawało – wypowiadało jak modlitwę imię, które on, Xerius, wymawiał z najwyższą pogardą.Maithanet.Bez-tchu, na drżących nogach przeszedł przez westybul.Przystanął.Paliły się tylko niektóre kandelabry.Na wyblakłych płytkach podłogi kładły się blade kręgi światła.Kolumny grube jak pnie potężnych sosen pięły się w górę i ginęły w mroku.Przeznaczone dla chóru galerie były ledwie widoczne.W porze nabożeństwa w sali kłębił się dym z kadzidła, zacierając kontury świątynnych nisz i przydając światłom aureoli, przez co wierni mogli mieć wrażenie, że znajdują się dosłownie na granicy dwóch światów – teraz jednak świątynia była pusta i przestronna jak wielka jaskinia.Wspomnienie zapachu mirry nie było w stanie zamaskować piwnicznej woni wnętrza.Nie przebiegała tędy żadna granica.Wnętrze było po prostu otuloną martwym kamieniem oazą ciszy i spokoju.Dostrzegł go z daleka, klęczącego w półkolu świętych figur [ Pobierz całość w formacie PDF ]