[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wracaj ze wszystkimi do domu.Amelia wyrwała rękę z jego uścisku.- Abigail i Laura nie przejdą nawet stu metrów w tych swoich gorsetach i pantofelkach.Jestem dwa razy silniejsza od nich, wiesz o tym doskonale.A poza tym, jeśli jest ranna albo.- urwała, po czym rzekła stanowczo: - W tych lasach można ją znaleźć tylko na piechotę, a potrzebujesz do poszukiwań więcej ludzi.Nie dała mu szansy na odpowiedź.Minęła go i znalazła się wśród drzew.Jeff miał prawdopodobnie rację - dziewczynki szukało wystarczająco wielu ludzi, a mężczyźni, gdy tylko dotrą do domu, natychmiast wrócą konno i przeszukają teren znacznie dokładniej, niż ona była w stanie zrobić to na piechotę.Jej natura nie pozwalała jednak stać bezczynnie, gdy inni działali.Musiała pomóc.W tej chwili jedyną szansą, by zapomnieć o szarpiącym jej duszę bólu, było działanie.Musiała skupić się na czymś innym niż rozpacz, która ogarniała ją, ilekroć spojrzała w oczy Jeffa.Szarpnęła suknią, zaczepioną o kolce jakiegoś krzewu.Co kilka kroków zatrzymywała się i wołała zbłąkane dziecko.Pokonała zaledwie kilkanaście metrów, gdy zrobiło się tak ciemno, że z pewnością nie dostrzegłaby małej Pearle, lecz brnęła dalej przed siebie, wołając jeszcze głośniej w nadziei, że dziecko ją usłyszy i odpowie.Wśród drzew zawodził wiatr, gałęzie łamały się i spadały na ziemię.Nagły poryw zerwał jej z głowy kapelusz; widziała, jak toczy się i znika w gąszczu, lecz nawet nie próbowała go odzyskać.Drgnęła słysząc bliski grzmot pioruna.O ileż bardziej przestraszona musi być mała dziewczynka! Amelia przedzierała się naprzód, rozgarniała nisko zwisające gałęzie, palcami odsuwała włosy z twarzy i nieustannie wołała Pearle.Nagle nad głową usłyszała huk przypominający rozbijającą się o brzeg wielką falę.Stanęła i przerażona spojrzała w górę.Było już tak ciemno, że nie widziała nawet gnących się pod naporem wiatru wierzchołków drzew, lecz docierające przez wichurę trzaski i szum pozwoliły jej domyślić się, że spadł deszcz.Przyłożyła zwinięte dłonie do ust i z całej siły wykrzyczała imię dziewczynki, lecz sama z trudem usłyszała swój głos.Ryk wiatru i szum deszczu przycichły nagle, jakby burza postanowiła złapać drugi oddech.Amelia otworzyła usta do krzyku, gdy nagle usłyszała trzask, a zaraz potem drugi.Te odgłosy były zbyt ostre, by uznać je za grom, zbyt wyraźne, by wydała je spadająca gałąź.To strzały.Mężczyźni znaleźli zaginione dziecko.Ulga spowodowana odnalezieniem Pearle nie trwała jednak długo.Amelia ruszyła ścieżką w kierunku, z którego przyszła, gdy nagle powietrze rozdarł przeraźliwy trzask.Z przerażeniem patrzyła, jak czubek nagiego, dawno uschłego drzewa wygina się i spada łamiąc gałęzie, jak z hukiem, od którego zadrżała ziemia, pada niespełna sześć metrów od niej, wyrywając sadzonki i młode sosenki.Zdławiła okrzyk przerażenia i ruszyła ścieżką w kierunku, w którym spodziewała się znaleźć dom.Wkrótce zabłądziła.Zaraz potem deszcz przedarł się przez zasłonę gałęzi i spadł na nią srebrzystą kaskadą.W jednej chwili przemokła do suchej nitki.Wiatr szarpał jej ubraniem, na każde dwa kroki do przodu cofał ją o jeden, zakrywał włosami oczy, ciskał w twarz kłujące igły sosen i lepkie, mokre liście.Hałas był tak ogłuszający, że nie słyszała już trzasku łamanych gałęzi.Widziała jedynie, jak spadają przed nią lub wprost na nią.Grom narastał z niskim pomrukiem, by w końcu wybuchnąć z ogłuszającym trzaskiem.A błyskawice.Ich zygzaki łączyły niebo z ziemią w oślepiających, następujących raz za razem wybuchach.Po każdej serii takich jaskrawych błysków gorące powietrze aż pachniało wyładowaniami elektrycznymi.Potem przerwa i - najzupełniej nieoczekiwanie - kolejna seria.Biegła, potykała się, przewracała i wstawała, szlochała, dławiła się deszczem wypełniającym jej usta.Niczego nie była już w stanie usłyszeć, niczego zobaczyć, lecz nie ustawała, próbując uciec przed burzą.Głośno wzywała Jeffa, tak silnego, że przy nim czułaby się bezpieczna, tak pewnego siebie, że pod jego opieką przestałaby się bać, Jeffa, który nigdy nie będzie należał do niej, bowiem historia wydała wyrok, historia zmusi do odejścia tego mężczyznę, którego potrzebowała bardziej niż wszystkiego w życiu.Oddychając płytko i nierówno, wytarła mokre oczy, po czym rozejrzała się, rozpaczliwie próbując ustalić, gdzie właściwie jest.Zacinający deszcz oślepiał ją jednak, widziała tylko zielone i brązowe, poruszające się chaotycznie cienie.Zrobiła jeszcze parę kroków, lecz potknęła się o obalony pień, padając wyciągnęła rękę i znalazła oparcie.To Jeff!Krzyczał coś do niej, huk burzy zagłuszał jednak jego słowa.Woda spływała mu z kapelusza, zalewała twarz - najpiękniejszą, jaką kiedykolwiek widziała.Złapała go za mokre klapy kurtki i przytuliła twarz do jego piersi.Mogłaby stać tak wiecznie, bezpieczna w jego ramionach, lecz Jeff odwrócił ją i pochylił się, krzycząc w jej ucho coś, czego nie usłyszała.Objął ją mocno i poprowadził przed siebie.Nie wiedziała, jak długo tak szli [ Pobierz całość w formacie PDF ]