[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Teraz jednak już mu to nie wystarczało.Chciał nie tylko nie sprzedać tanio swojej skóry.Chciał tę walkę wygrać.Musiał ją wygrać.Nie wydawało mu się to już niemożliwe.Lionel siedział twarzą do niego w przeciwległym rogu i spoglądał nań jednym okiem, bo drugie, zapuchnięte, było ledwie widoczne.Ciężko dyszał.I wreszcie, przynajmniej raz, zawarł w spojrzeniu całkiem jawną nienawiść.– Czas zaczynać, panowie.Runda piąta – oznajmił Jackson.– Boks.Łatwiej, naturalnie, było sobie powiedzieć, że trzeba wygrać, niż rzeczywiście wygrać.W dziewiątej rundzie markiz wreszcie wyczuł, że nie tylko może wygrać, ale i wygra.Lionel słaniał się na nogach.Opuścił gardę, więc Hartley natychmiast skarcił go lewą ręką i poprawił prawą nogą.Jedno oko Lionela było widoczne już tylko przez cieniutką szparkę w opuchliźnie.Drugie też było przymknięte.Nos sprawiał wrażenie złamanego.Hartleyowi jednak kończyły się siły.Ciągnął tę walkę czystą siłą woli i determinacją.Pomagało mu też wyobrażenie Samanthy, które raz po raz nasuwało mu się przed oczy.W sali panowała teraz cisza, chociaż poza pechowym panem Smithersem chyba nikt z kibiców nie wyszedł.– Myśl o niej, Carew.Myśl o niej – powtarzał uparcie lord Francis po dziewiątej rundzie, tak samo zresztą jak po ósmej i poprzednich.Wyciskał Hartleyowi nad piersią wodę z gąbki.– Myśl o niej, do diabła, i nie waż się mu popuścić.Kneller kocha Samanthę, pomyślał ospale Hartley.Dobrze o tym wiedział.Ale Kneller był człowiekiem honoru.Należało wobec tego pomścić ją za nich obu.– Musisz go załatwić w tej rundzie – powiedział książę, nie ustając w gorliwym wachlowaniu.– Kończysz się.W jedenastej padniesz.Dziesiąta runda jest twoja.Naprzód.Oprócz tych dwóch w narożniku naprzeciwko nie ma tu człowieka, który nie trzymałby za ciebie kciuków.Teraz, Hartley.Potrzebował jeszcze dwóch i pół minuty.W końcu jednak Lionel zachwiał się na miękkich nogach, opuścił ramiona wzdłuż ciała i popatrzył w jego stronę z dziką nienawiścią, choć trudno było powiedzieć, czy naprawdę go widzi.Upadłby sam i stracił przytomność, jeszcze zanim dotknąłby desek.I nawet w tej chwili Hartleya kusiło, by okazać mu odrobinę wspaniałomyślności.Nagle przypomniało mu się jednak, jak miał sześć lat.Ożyły potworny ból i wyobrażenie matki, nie mogącej znieść widoku cierpiącego dziecka.Potem zobaczył Samanthę, która prosi, by ją pocałował, i mówi mu, że go kocha.W tamtej chwili wierzyła w swoje słowa, bo przeraził ją Lionel, który znów pojawił się w jej życiu sześć lat po tym, jak doszczętnie je zatruł.Hartley zebrał ostatki sił i uderzył prawą nogą.Ostatni cios, podobnie jak pierwszy, wylądował czysto na podbródku, odrzucił głowę przeciwnika do tyłu, a jego samego powalił.Lionel jeszcze jęknął i znieruchomiał.I wtedy wybuchł zgiełk.Ogłuszający hałas.Ludzie mówili coś do niego, śmiali się, klepali go po plecach, zanim Bridge nie ryknął pełnym głosem, żeby zachowali odległość, a Kneller nie sklął ich, żeby się cofnęli i dali Carewowi odetchnąć.Zagroził nawet, że sam puści w ruch pięści i zrobi mu miejsce.– Świetnie, chłopcze – pochwalił go Jackson, którego głos dobiegał z góry, ktoś bowiem posadził Hartleya w narożniku na stołku.– Czuję się w obowiązku powiedzieć, że jesteś chyba najzdolniejszym uczniem, jakiego kiedykolwiek miałem.Gdybyś jeszcze pamiętał o tym, żeby wyżej trzymać prawą, to nie miałbyś teraz kotleta z twarzy.Ile razy ci o tym mówiłem? Ale cóż, są na świecie tacy ludzie, którzy sami się proszą o bicie.Wicehrabia Birchley gromko wołał, żeby ktoś przyniósł wody i przez cały czas wachlował Lionela, który leżał na ringu brzuchem do ziemi.Nikt jednak nie zwracał na niego uwagi.– Idź mu pomóc – powiedział Hartley do księcia, nie ryzykując wstania.Nogi miał jak z gumy.Zanim Bridgwater podniósł się z narożnika, przesłał Hartleyowi wymowne spojrzenie, którego ten jednak nie pochwycił.Lionel wciąż leżał na deskach i pojękiwał, bo powoli odzyskiwał przytomność.Birchley ostrożnie zwilżył mu twarz gąbką, korzystając z tego, że książę Bridgwater zastąpił go w wachlowaniu ręcznikiem twarzy leżącego.Tymczasem Hartley wreszcie wstał z pomocą lorda Knellera i sztywno wykuśtykał z sali.Musiał się przebrać i wrócić do domu.Nie było mowy o utrzymaniu walki w tajemnicy przed Samantha, na co wcześniej miał nadzieję.Pomyślał o tym z prawdziwym żalem.Nie sądził, żeby zmyślona historyjka o zderzeniu z drzwiami zabrzmiała dla niej przekonująco.Trudno, może Samantha będzie zadowolona, że ją pomścił.Może nawet będzie z niego dumna.Wydała naprawdę fortunę, a przynajmniej o wiele więcej, niż zdarzyło jej się kiedykolwiek wydać jednego dnia.Ani przez chwilę nie miała jednak wyrzutów sumienia.Gdyby Hartley zabrał ją do domu od razu, tak jak prosiła, nie przepuściłaby nawet pensa.Nie miał prawa narzekać.Zresztą Hartley nie był taki.Nie umiała sobie wyobrazić, by narzekał z jakiegokolwiek powodu.Sam zresztą powiedział jej, żeby kupiła coś ładnego dla ciotki Aggy i dla siebie.Jako dobra żona naturalnie go usłuchała.Ciotce kupiła misternie rzeźbiony wachlarz z kości słoniowej, śmiejąc się z jej protestów, że jest za stara na taki bibelot.Dołożyła do tego rękawiczki z koźlej skóry, bo przez całą wiosnę ciotka powtarzała, że musi sobie kupić nowe.Dla Hartleya wyszukała tabakierkę, chociaż nigdy nie widziała, żeby zażywał tabakę.Ale drobiazg był urokliwy i nie mogła mu się oprzeć, bo srebrne wieczko było wysadzane szafirami.Przyszło jej więc do głowy, że da mu spóźniony prezent ślubny, za który zresztą Hartley miał sam zapłacić.Będą mieli swoje „coś niebieskiego", zamiast tamtego okropieństwa.Nawet nie spytała Hartleya, czy zatrzymał broszkę, czy oddał ją Lionelowi.Nie chciała tego wiedzieć.Omal nie zapomniała o sobie, ale w porę wróciła jej pamięć, więc zdążyła jeszcze kupić parę jedwabnych pończoch i nowy kapelusik, tak obwieszony wstążkami i kwiatami, że sprawiała w nim wrażenie, jakby nie miała szyi.Ale był lekki jak piórko, wyglądał efektownie i bardzo [ Pobierz całość w formacie PDF ]