[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zeszła z podjazdu i zbliżyła się do domku.Była niespokojna.Czy jest tam jakaś służba? Co sobie pomyślą o kobiecie, która spyta o pana Butlera? Na szczęście nie musiała tego robić.Zanim zdążyła podejść do niskiego, kamiennego murku z drewnianą furtką, za którym widniał ładny, pełen kwiatów ogródek, drzwi domu się otworzyły i Sydnam Butler stanął na progu.Anne zatrzymała się na ścieżce.– Ciekaw byłem, czy pani przyjdzie – powiedział, otwierając przed nią furtkę, a potem zamykając ją starannie.– Zaproszenie było z mojej strony pewnym zuchwalstwem, skoro jest tu pani gościem.A rano widziałem panią z synem i z Morgan.Może.– Ależ ja chciałam przyjść.– A ja chciałem, żeby pani przyszła.– Uśmiechnął się blado.Poczuła się nagle zmieszana, jakby rzeczywiście chodziło o schadzkę.Jak żałosne wrażenie zrobiliby na przygodnym obserwatorze! Miała nadzieję, że żaden sługa nie zerka na nich zza zasłony.Wyglądają chyba na równie onieśmielonych, jak chłopak i dziewczyna, gdy po raz pierwszy uścisną sobie ręce.– Widziała już pani dolinę?Zaprzeczyła ruchem głowy.– Tylko park wokół pałacu, urwisko i plażę.– Nie jest to wprawdzie najodpowiedniejsza pora roku na jej zwiedzanie – odparł, wskazując, w którym kierunku pójdą.– Wiosną żonkile i dzwonki, których pełno wtedy w lesie, czynią z niej prawdziwie magiczny świat, a jesienią ma się wielobarwny dach nad głową i równie barwny dywan pod stopami.Ale w dolinie zawsze jest pięknie, nawet zimą.Teraz wszystko się tam zieleni.Spostrzeże pani na pewno, ile różnych odcieni ma zieleń, a także to, że drzewa i trawy mogą w lecie radować oko również i bez kwiatów.Istotnie w pobliżu rezydencji była dolina.Kiedy minęli zagajnik, pełen z rzadka rozsianych drzew i krzewów, grunt zaczął się obniżać i wyrósł przed nimi gęsty las.Zeszli po długim, stromym zboczu, porośniętym kępami suchych traw i zrytym przez grube korzenie drzew.Wreszcie stanęli na samym dole, tuż obok krętego strumienia, zmierzającego ku morzu.Samego morza nie było widać z tego miejsca, lecz Anne czuła jego woń.Czuła też zapach drzew i ciepło letniego powietrza, a gałęzie nad głową osłaniały ją od żaru słońca.Po chwili ogarnął ją tak wielki spokój, jakby znalazła się o całe mile od miejsca, gdzie przebywali ledwie kilka minut temu.– Jak tu pięknie – powiedziała, wspierając się o pień i przechylając na bok głowę.Usłyszała nad sobą skrzek mewy.– Walia jest przepiękną krainą – oświadczył.– Różni się ogromnie od Anglii.Można tu znaleźć spokój i piękno.A jeśli nie słyszała pani Walijczyka grającego na harfie ani tutejszych chórów, nie wie pani, co muzyka może uczynić z ludzką duszą.Tudor Rhys, pastor w tutejszym kościele, uczy mnie języka walijskiego.Idzie mi to powoli i opornie.Jest bardzo zawiły.– Widzę, że zakochał się pan w Walii.– Pragnę spędzić w niej resztę życia, choć niekoniecznie w Glandwr.Człowiekowi potrzeba własnego miejsca.Domu.– Myśli pan o takim miejscu jak to?– Tak.Przez chwilę sądziła, że powie coś więcej, lecz nie zrobił tego.Odwrócił się i widziała teraz tylko nietkniętą bliznami połowę jego ciała.Może uznał ten temat za zbyt osobisty? W końcu była obcą osobą.Poczuła zazdrość.Przecież kobiecie też potrzeba takiego miejsca.– Jeśli pójdziemy wzdłuż strumienia, przejdziemy przez most, po którym musiała pani wcześniej przejechać, a potem trafimy na niewielką plażę, która podczas odpływu łączy się z tą większą, którą pani już zna? Chce ją pani zobaczyć?– Chętnie – odparła i poszła za nim.– Tak, przypominam sobie teraz ten most.Pamiętam, że pomyślałam, iż znajduje się on w pięknej, zalesionej dolinie.I właśnie tu jestem!Przez minutę czy dwie milczeli obydwoje.Cieszyła się, że ta cisza nie stanowi dla nich ciężaru, lecz w końcu ją przerwała.– Dziękuję, że poświęcił pan dziś rano tak dużo czasu Davidowi.Pańskie uwagi wiele dla niego znaczyły.– Jak na dziewięciolatka ma zaskakująco wiele wyobraźni i niemałą zręczność w posługiwaniu się pędzlem.Trzeba go zachęcać do malowania.Ale nie muszę chyba tego pani mówić.– Malował pan?Od razu zrozumiała, że nie należało o to pytać.Zesztywniał cały, ale było już za późno.Odpowiedział dopiero po chwili.– Kiedyś tak, lecz teraz już nie – odparł zwięźle.– Urodziłem się praworęczny, panno Jewell.Ponownie zapadło milczenie, ale już nie tak miłe, jak przedtem.Najwyraźniej wdarła się w jego prywatny świat i sprawiła mu ból, jeśli Morgan mówiła prawdę o jego talencie.Był praworęczny, ale nie miał już prawej ręki.Nie mógł więcej malować.Zatrzymał się nagle i oparł o drzewo plecami.Ona również stanęła, tuż przy brzegu strumienia, i spojrzała na niego ostrożnie.Patrzył gdzieś ponad jej głowę, na przeciwległe zbocze.– Przepraszam.Nie powinnam była o to pytać.Proszę mi wybaczyć.Jego wzrok spoczął teraz na niej.– W tym cały problem, panno Jewell.Ludzie unikają w rozmowie ze mną wielu tematów.Zwłaszcza ci, których najbardziej lubię, boją się rozmawiać ze mną o czymkolwiek prócz pogody i polityki.A nawet mówiąc o polityce, wolą nie nawiązywać do zdarzeń, które mają coś wspólnego z niedawnymi wojnami.Każdy się boi, że mnie urazi.Skoro część mego ciała uległa nieodwracalnemu zniszczeniu, widzą we mnie kogoś przewrażliwionego.– A nie jest pan taki?Uśmiechnął się smutno.– A pani? – odwzajemnił się pytaniem.– Przecież ma pani nieślubne dziecko.Na ogół nie mówiono o tym tak otwarcie w jej obecności.– Nie odpowiedział pan na moje pytanie.Zatrzymała się, żeby podnieść kilka kamyków i wrzuciła jeden do wody.– Przekonałem się, że człowiek jest odporną istotą, panno Jewell.Sądziłem, że nie przeżyję.Kiedy zrozumiałem, że stanie się inaczej, zapragnąłem żyć długo.Mogłem litować się nad sobą i wymuszać współczucie na innych, ale wolałem, żeby moje życie potoczyło się inaczej.Zwróciłem się w zupełnie innym kierunku i odniosłem pewien sukces.Aż do dzisiejszego ranka unikałem wszystkiego, co wiązało się z malarstwem.Prośba Morgan, żebym spojrzał na jej pracę, była prawdziwą udręką.Już sam zapach farb.No cóż, zdołałem to jakoś przetrwać, a wracając do domu, byłem nawet z siebie dumny.Kiedy tu przybyłem, doprowadziłem do porządku wszystkie księgi rejestrów i napisałem kilka listów, które trzeba było napisać.Życie toczy się dalej.Myślę, że rozumie to pani doskonale.– I przez większość tego czasu był pan szczęśliwy?– Szczęśliwy? Przez większość czasu? Szczęście zawsze jest czymś ulotnym, choć tak wielu z nas uparcie i niemądrze wierzy, że można być szczęśliwym przez całe życie.Zdarzają mi się szczęśliwe chwile, jak innym ludziom.Może nauczyłem się ich doświadczać w sposób, który umykałby innym.W tej chwili czuję ciepło lata, widzę drzewa i wodę, słyszę mewę nad głową.Czuję też coś nowego, bo dziś mam towarzystwo, podczas gdy zwykle przychodzę tu sam.I w tej chwili jestem szczęśliwy.Odwróciła głowę, bo łzy cisnęły się jej do oczu [ Pobierz całość w formacie PDF ]