[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.I wciąż bym był, nawet gdybym zmienił robotę.Przy następnej okazji już nie mógłbym odmówić, a to mogłoby mnie zaprowadzić z powrotem do paki.Cholera.Muszę to zrobić.Nie ma innej możliwości.Ten zbiegły krupier musi być albo cholernym ryzykantem, albo zwyczajnym głupkiem.Obstawiam drugą opcję.Może dzięki temu uda mi się załatwić całą sprawę, zanim Paulo skuma, co robię i dla kogo pracuję.Bo wiem, że będę miał kłopoty, jak się zorientuje.Dopijam piwo i odsuwam krzesło.Kopertę chowam do kieszeni kurtki.W sumie od razu mogę wziąć się do roboty.Im szybciej skończę, tym szybciej będę mógł wrócić do normalności.Wyciągnąłem papierosa.Drzwi pubu otwierają się.Paulo.Patrzę na niego.Idzie prosto w moją stronę.Cholera.- Cal - mówi.- Masz ochotę na jednego? Spoglądam na zegarek.- Trochę wcześnie jak na ciebie, co?- Sądząc po zapachu, ty już zacząłeś.Zamawia przy barze dwa piwa.Patrzy na swoje oczami człowieka, który za bardzo lubi pić.Paulo nie powinien pić, w każdym razie gdyby jego lekarz miał coś do powiedzenia.Ale wizyta Mo wprawiła go w procentowy nastrój.W klubie Paula dzieje się dużo dobrego, tylko że cały ten interes jest niepewny.Jemu się kalkuluje, bo coś wspólnego z tym wszystkim ma pewnie fakt, że sam siedział.Nieważne, za jak otwartych mają się ludzie - wystarczy, że wspomnisz o chorobie umysłowej albo o więzieniu, a zaczynają się rozglądać za najbliższym wyjściem.A Paulowi przytrafiło się i jedno, i drugie.Jedno doprowadziło do drugiego.Kiedyś walczył.Zaczął jako amator, kiedy miał szesnaście lat, przeszedł na zawodowstwo jako dwudziestolatek, ale nigdy nie wyrósł ponad przeciętną.Z tego, co mówili niektórzy starsi goście, miał na ringu przebłyski geniuszu i był w stanie zainkasować całkiem pokaźną porcję ciosów.Wspominali przy tej okazji Jake’a La Mottę z jego żelazną szczęką.Chłop jak przysłowiowy dąb.Problem w tym, że Paulo Gray miał coś nie tak z głową.Czasami tracił kontakt z rzeczywistością i się odsłaniał.Siadał w szatni i gapił się w ścianę.Mówią że pewnej nocy trzeba było aż dwóch chłopa, żeby go stamtąd wyciągnąć.To nie była kwestia lęku, tylko przygnębienia.Po tym nikt już nie chciał go wystawić do żadnej walki.Zaczął pić.I skończył z gołymi rękami jako gość przesiadujący w pubie na Cheetham Hill.Paulo mówi, że nie pamięta nic z tych czasów, a ja nie naciskam.I tak ma dość powodów do zmartwień.Musi sobie radzić z gówniarzami na bakier z prawem, którzy walą do niego drzwiami i oknami.No i musi brać leki.Normalnie już by mnie tu nie było, ale to on płaci.Wracamy do stolika i mija chwila, zanim zaczyna pić.A nawet wtedy jest to tylko łyk.Posmakował i patrzy na mnie.- Przyszedł dziś rano jeden nowy - mówi.- Przypomina mi ciebie.- Przystojniak, prawda? $- Chłopak jest pełen gniewu.Próbował wdać się w bójkę poza ringiem.Musiałem go nauczyć dobrych manier.- Spuściłeś mu manto, co?- Znasz moje metody.Tak, znam.Paulo jest surowy, ale sprawiedliwy.Jesteś jego kumplem - zostałeś wybrany.Będzie trwał przy tobie na dobre i na złe.A Bóg jeden wie, że ostatnio bywało głodno i chłodno.- Czego chciał Mo?- Żebym się spotkał z Tiernanem.- I?- I się spotkałem.- I?- Kurde, Paulo.Chciał pogadać.Chciał, żebym coś dla niego zrobił.- Serce zaczyna mi walić, a ząb boleć.- Odmówiłem.Paulo spogląda na mnie błękitnymi oczami.Powieka mu ani drgnie.- Co to miało być?- A czy to ma znaczenie?- Racja.Nie chcę wiedzieć.A ty mu odmówiłeś.- Tak.- Dobry chłopak.- W końcu pozwala sobie na mrugnięcie i całą uwagę przenosi na piwo.Bierze porządnego łyka.- Nie powinienem pić.Doktor mi zabronił.Jedno piwo to wszystko, powiedział.- Czyli nie ma problemu.- Tak, bo wiem, kiedy powiedzieć: dość.- Paulo patrzy na mnie.- Samodyscyplina.Jest ciężko.Ale warto.Nic nie odpowiadam.Tylko kiwam głową ze zrozumieniem.Jestem zbyt zajęty rozmyślaniem o Stokesie.8A® owiłem do Rossiego, patrząc we wsteczne lusterko.Wyciągnął się na tylnym siedzeniu novy Baza, głowę oparł o okno.Strasznie to wkurzało Baza, ale mógł najwyżej zajęczeć:- Zabieraj nogi z mojego siedzenia, jełopie.Rossie zamachał do Baza, a potem starannie wytarł adidasy w tylne siedzenie.Baz spojrzał na niego z wściekłością.- Znasz Innesa? - spytałem Rossiego.- Słyszałem nazwisko - odpowiedział.- Znasz jego brata.- Ćpuna?- O dupku mowa.- Był wtedy z nami na robocie - wtrącił Baz.- Nie widziałem go ostatnio.- Wylądował w Edynburgu.Innes mówi, że jest na odwyku.Baz się roześmiał.- I co w tym, kurde, śmiesznego?- Że ćpun jedzie do Edynburga na odwyk? Chryste, człowieku, to właśnie jest zabawne.- Phi.- Nie skumałem.Obaj byli pieprzonymi Szkociakami, stamtąd przyjechali.Dlaczego cholerny ćpun nie mógł wrócić do domu?Baz wjechał na ulicę Columbo.Columbo należał do starej gwardii z centrum miasta.Nieważne, jak by się stali bogaci, nigdy się stąd nie wyniosą [ Pobierz całość w formacie PDF ]