[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- De Valery! - wykrzyknął i wziął Marka w ramiona.- Roger de Clare! Co tutaj robisz? - zapytał zdziwiony Ryszard.Jednak Roger de Clare nie zwrócił uwagi na monarchę, tylko spojrzał prosto w oczy Markowi.- Szukałem cię, przyjacielu.- No i w końcu znalazłeś.Ale skąd te poszukiwania? I jak dowiedziałeś się, gdzie można mnie znaleźć?- Powiedział mi wielki mistrz templariuszy, Giles Amaury.Przypłynąłem tu wczoraj i czekałem na wasz statek.Mark poczuł mrowienie na karku.Coś go niepokoiło w tonie, jakim to powiedział.A w dodatku wyraz jego twarzy.Czyżby chciał mu powiedzieć coś istotnego? Tylko co?- Ale dlaczego? Dlaczego? - powtórzył nieco ostrzej.Roger położył dłoń na jego barku.- Mam dla ciebie wieści.- Wskazał gestem, by przeszli nieco dalej, gdzie nikt ich nie będzie słyszał.- Jakie wieści? - Mark zdradzał coraz większe oznaki niepokoju.Nie podobał mu się ton głosu przyjaciela.De Clare milczał przez chwilę, a jego szczere brązowe oczy patrzyły ponuro.- O twoim bracie.Instynkt podpowiadał mu, że nie powinien tego słuchać.Że musi raczej zatkać uszy i uciec od Rogera.Zbyt wiele złych rzeczy wydarzyło się ostatnio w jego życiu i wiedział, że nie może się teraz spodziewać niczego dobrego.- Henry jest we Francji, w Ascalon, u boku Filipa - powiedział ostrożnie.- Już nie - rzekł łagodnie przyjaciel.- Ależ mówię ci, że walczy po stronie Filipa.Roger zawahał się, a potem pokręcił głową.- Nie, przyjacielu.- Kłamiesz!- Chciałbym, żeby tak było, ale doskonale wiesz, że nie potrafię kłamać.Mark pokręcił głową.Nie mógł uwierzyć własnym uszom.- Pochowano go w Ascalon - dodał przyciszonym głosem Roger.- Na chrześcijańskim cmentarzu.Mark zacisnął pięści w bezsilnym gniewie.Nie wiedział, co ma teraz zrobić.Poczuł się osamotniony i zmęczony.- Ale to nie wszystko - podjął Roger.- Mam też inne informacje, jeśli zechcesz ich wysłuchać.- Nie, nie chcę już słuchać! Dosyć, jak na jeden dzień! - Odszedł chwiejnie i spojrzał w stronę północy.Gdzieś tam znajdował się grób jego brata.Kątem oka zauważył, że Roger podszedł do Ryszarda i zaczął z nim rozmawiać przyciszonym głosem.Po chwili obaj wsiedli na konie i podjechali do niego.- Mamy tu blisko gospodę z miejscami do spania - powiedział król.- Zatrzymamy się tam na noc.Mark skinął głową.Ręce i nogi miał ciężkie.Nie mógł się ruszyć z miejsca.Chciał zasnąć i więcej się nie obudzić.Czuł się znużony, jakby dopiero teraz dały o sobie znać trudy podróży.Coś przygniatało go do ziemi.Wszystko wokół wydawało mu się szare, niemal kamienne.Służący podszedł i wsunął swoją małą dłoń w jego rękę.- Musisz jeść, panie.Cichy głos rozległ się tuż koło jego ucha, ale Mark nie mógł podnieść powiek.- Nie.- Obrócił się na bok na wąskim łóżku.- Koniecznie - powtórzyła Soraya.- Inaczej nie będziesz miał siły!- Czy to ty teraz wydajesz rozkazy? - spytał zmęczonym głosem.- Nie zapominaj, że jesteś tylko służącym.- To prawda, panie, ale jeżeli umrzesz z głodu, to przestanę nim być.- Nie umrę.Potrzebują mnie w Szkocji.- Mam tutaj dojrzałe melony, panie.Podarował mi je pewien kupiec na tutejszym targu.Mark otworzył oczy i spojrzał na nią uważnie.Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.- A czy zdawał sobie sprawę ze swojej hojności?- Nie wiem, panie.Nie zdążyłem spytać.Teraz najważniejsze jest to, żebyś jadł.- Może później.- Nie, teraz - nalegała Soraya.Mark rozejrzał się po pobielanej izbie.- Czy.czy ten zakonnik jest gdzieś tutaj?- Zajmuje sąsiedni pokój - odparła Soraya.- Twój przyjaciel, panie, je z nim wieczerzę.Mark westchnął.Roger zapewne wkrótce rozpozna króla.Cała armia krzyżowców dowie się o tym, że Ryszard Lwie Serce ją opuścił.Bał się nawet myśleć, co potem nastąpi.Starał się też nie myśleć o bracie, ale nie na wiele się to zdało.Wciąż go widział oczami duszy.Wspominał, jak Henry pokazywał mu, jak należy trzymać miecz lub lancę.Jak uczył go sztuki wojennej.Jak jeździli razem na targ.Nie mógł pogodzić się z tym, że już nie zobaczy brata.- Pamiętam, jak wykradaliśmy ciastka z kuchni - zaczął mówić, nie patrząc na Sorayę.- I różne psoty, których ofiarą padali nasi rówieśnicy.- Czy to nie było złe, panie?- Złe? Nie.Wszyscy chłopcy tak się bawią.Henry był świetny w wymyślaniu takich żartów.- Urwał na chwilę.- Był świetny we wszystkim.Soraya spojrzała na niego z zainteresowaniem.- Opowiedz mi o nim więcej - poprosiła.- Więcej? Długo by opowiadać.Henry potrafił okiełznać każdego konia, szepcząc mu coś do ucha.A także zwabić każdą służącą, gdy chciał, by mu napełniła kielich winem.Boże, to straszne, że tak dokładnie to wszystko pamiętam!Odwrócił się twarzą do ściany.Znowu opanował go potworny żal, który gniótł mu pierś niczym zmora.W tym momencie ktoś cicho zapukał do drzwi.Soraya spojrzała na pana, a potem podeszła, by je otworzyć.Zupełnie nie spodziewała się tego, co miało za chwilę nastąpić.Rozdział jedenastyW drzwiach stała niezwykle piękna dziewczyna, w wieku Sorai.Miała na sobie wzorzystą jedwabną suknię z krótkim rękawem i żółtą pelerynę lamowaną czerwonym brokatem [ Pobierz całość w formacie PDF ]