[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Apartamenty są trzy — po lewej dwa miejsca piętrowe z umywalką, po prawej stronie dwa miejsca na płask, ale bez umywalki, na wprost największe pomieszczenie — dwa tapczany tworzące łoże małżeńskie, stolik na aluminiowych nogach, foteliki, książki na półkach i wszędzie okropny dywan, który się gniecie, ilekroć po nim przejść.W każdym pomieszczeniu przynajmniej jeden wentylator i lampki nocne przy wezgłowiach.Jest jeszcze miejsce na łazienkę, oczywiście w małym wymiarze.To wszystko tereny mojego sprzątania.A tereny codziennego mycia to pokład i nadbudówki.Zaczynam od dachu nawigacyjnej.Najpierw woda wężem, potem proszek mydlany i szczotka, potem woda, na końcu miotła ze sznurków gąbczastych, którą zamiata się wodę i wyżyma się jak ścierkę.Wytrzeć trzeba do sucha.Teraz można przejść niżej, na dach mesy.Wszystko to samo, dodatkowo trzeba wypucować specjalną pastą wszystkie chromowane i niklowane okucia.Na pokładzie najwięcej kłopotu sprawiają relingi, drewniane poręcze, które ciągną się od dziobu do rufy.Trzeba je dobrze wycierać, bo zbierające się kropelki wody na dolnej powierzchni tworzą brudne zacieki.Na to zwraca mi uwagę milioner.Przyszedł koło południa.Goście, którym rano powiedziałem dzień dobry, poszli na spacer, master przeszedł się po pokładzie, dotknął ręką okuć, zajrzał pod daszek nawigacyjnej, gdzie co rano można znaleźć subtelne pajęczynki, i stanął przy mnie.— Well, jakiej płacy oczekujesz?— It's up to you — to znaczy: niech pan sam decyduje.Dla milionera nie powinno to stanowić problemu.Ale milioner nie byłby milionerem, gdyby wyrzucał pieniądze.Ponawia pytanie.Moja odpowiedź jest taka sama, a nuż podałbym jakąś nieprzyzwoicie wysoką sumę.— Najniższa płaca, jaką otrzymują pracownicy fizyczni — zaczyna ostrożnie — wynosi dolara za godzinę.Nie musisz pracować więcej niż pięć godzin dziennie, aby uwinąć się z robotą.Odpowiada ci to? — i szybko dodaje: — Spanie masz na jachcie i możesz korzystać z kuchni, tylko jedzenie będziesz musiał sobie kupować.Zgodziłem się natychmiast, nie lubię tego rodzaju targów, a mojemu milionerowi sprawiłem wyraźną przyjemność.Przez pierwszy tydzień pracuję do późnego popołudnia z przerwą na obiad, z gorliwością godną honoru marynarki wojennej.Zawsze jednak coś jeszcze zostaje do zrobienia.Jacht lśni, a państwo Hahn wystawiają mi korzystną opinię u mojego pracodawcy.On sam, ile razy wpadnie na jacht, zastaje mnie przy jakiejś robocie.Przychodzi w określonych godzinach, najczęściej koło południa.Dużo czasu zabierają mu interesy, wiele godzin spędza na placu budowy nowego domu nad Caloosahachi.Druga wizytacja wypada zwykle koło godziny czwartej.Przychodzi wtedy karmić kaczki, które już dawno przestały być dzikie.W nawigacyjnej leży torba pełna ziaren kukurydzy.Najpierw gwiżdże, potem sypie pełną garścią, a jego ukochane „ducks” z wielkim szumem zlatują się ze wszystkich zakątków basenu jachtowego.Mój milioner ma konkurencję.Mr Miller, właściciel sąsiedniego jachtu, do którego najpierw zawędrowałem, ma to samo hobby.Zawarliśmy znajomość, bo co rano mówimy sobie hallo, poza tym on musi robić to samo co ja, myć pokład.Tylko robi to oczywiście o wiele krócej i zaoszczędza pięć dolarów dziennie.Państwo Hahn nudzą się.Zwiedzili już okoliczne miasteczka, które właściwie znają z zeszłorocznej wizyty, odwiedzają Mr Donnera w domku, który jest własnością jego żony.Mr Donner rewizytuje ich na własnym jachcie, wypijają po szklaneczce i nudzą się dalej.Mr Donner obiecał im, że wypłyniemy w rejs po Zatoce Meksykańskiej, ale business is business, a jak ktoś się zajmuje interesami, nie ma czasu na przyjemności.Mnie szef zapowiedział, że popłyniemy dookoła Key West i na północ do Nowego Jorku.Oczywiście po uporządkowaniu interesów.Na razie wybieramy się na wycieczkę niedzielną w górę Caloosahachi.Dobre i to.W nawigacyjnej po obu stronach koła sterowego znajdują się manetki „gazu” oddzielnie dla każdego diesla.Na ścianie po lewej wisi sonar, sonda ultradźwiękowa.Od dawna kręciłem wszystkimi możliwymi przyrządami, teraz kapitan pozwala poprowadzić.Z wielkich rozlewisk rzeka zmniejsza się w brudny, ale głęboki nurt.Po obu stronach gąszcz pełen krzyku ptactwa, rzeka kręci łagodnymi łukami.Tędy można dopłynąć do dużego jeziora Okeechobee, ale to zbyt daleko jak na niedzielny spacerek.Wracamy prosto w słońce.Już trzy godziny siedzę za kółkiem, w nawigacyjnej robi się gorąco i sennie.Towarzystwo wygrzewa się w fotelikach na rufie, pewnie coś popijają.Od wody idzie taki blask, że muszę mrużyć oczy.Najchętniej zamknąłbym całkiem.Manewr dojścia do nabrzeża przeprowadza sam mistrz, trochę za nerwowo.Burta ociera się o obijacze.Będę musiał jutro zamalować.Znowu porządkowanie jachtu, czyli klar — nałożyć pokrowce na foteliki, zmyć pokład, wymyć szklanki.W kuchni na wierzchu pozostawiono dwie butelki — jedna z ginem, druga z whisky.Pewnie chcą się przekonać, czy się skuszę.Państwo Hahn chyba się znowu nudzą.Ona siadła na kanapce z robótką, on z książką, a robią to dzień w dzień.Wprawdzie ja też powtarzam swoje czynności każdego dnia, ale urozmaicam to sobie.Raz wyczyszczę kuchnię, drugi raz odkurzę dywany.Gdybym chciał zrobić to wszystko, co do mnie należy, w ciągu jednego dnia, harowałbym do późnej nocy.Hahnowie wyjeżdżają.Mają tego wszystkiego dość.Przyjechali, żeby się rozerwać, czekali na jakiś dłuższy rejsik i nic.Dwa tygodnie na Florydzie wystarczą na przyjemną opaleniznę.Pomogłem wynieść ich manatki.Pan Hahn sięgnął ręką z przyzwyczajenia do kieszeni, ale w porę sobie przypomniał, że pan Donner prosił, żeby mi nie dawać napiwków.Za to otrzymuję wynagrodzenie.Postój jachtu trwa.Znalazłem dwóch przyjaciół.Jeden nazywa się Somerset Maugham, drugi ma na imię Bili.Pierwszego znalazłem w kapitańskiej biblioteczce, gdzie teraz bezkarnie buszuję po wyjeździe gości, drugiego spotkałem w Exhibition Hali, wielkiej sali, gdzie odbywają się zawsze jakieś imprezy.Tym razem stojąc przy wejściu patrzyłem na „square dances”, narodowe tańce amerykańskie.Skrzypeczki ciągną rytmiczną melodię, pianino akompaniuje, a pary maszerują wkoło wyimaginowanych czworoboków o boku około dziesięciu stóp.Na początku każdej figury pary stoją na środku boków.Figur jest tysiące, przechodzenie tak i tak, tędy i tamtędy.Żeby nie pokręcić, co po czym następuje, trzeba uważnie słuchać „callera”, który śpiewnie wykrzykuje — promenadę, allemande left.Słowa padają w rytm melodii, którą rzępolą skrzypeczki.Czworoboki z par, których jest kilkadziesiąt, załamują się, krzyżują, zawsze w obrębie własnego „sąuare”.Klasyczny „square dance” tańczy się w odpowiednich strojach, przeważnie w kowbojskich na znak, że taniec ten wywę-drował spod strzechy stodoły i karczmy [ Pobierz całość w formacie PDF ]