[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- O Boże! - jęknął Terence.- Jak myślisz, co powinniśmy zrobić? - zagadnęła Jane Bedale.Sam pokręcił głową.- Będzie nam odrobinę lepiej w tej piaszczystej zatoczce.Tam przynajmniej będzie można posiedzieć do czasu przypływu i mieć dostęp do sieci z rybami.Wyciągniemy je i w ten sposób zdobędziemy jakieś pożywienie.- Ale jak je ugotujemy? - zapytał Terence.- Nie ma drewna na ognisko.- Na wodzie unoszą się szczątki rozbitych łodzi, na pewno ich wystarczy.Ale potrzebujemy zapałek.Czy ktoś ma zapałki?Przeszukanie kieszeni nie dało rezultatu.Sam miał jednak pudełko cienkich cygar oraz złotą zapalniczkę.Próbował ją uruchomić, ale odmówiła posłuszeństwa.- Kamień jest jeszcze mokry - stwierdził.- A do zbiorniczka z benzyną przedostała się zapewne słona woda.Niech trochę przeschnie; może będzie działać za godzinę czy dwie.Postanowili przenieść się na piaszczystą plażę.Ożywieni świadomością, że muszą coś zrobić, wyruszyli w drogę.Wszyscy dorośli, oprócz oczywiścieJane, a także dwie starsze dziewczynki nieśli dzieci.Panna Bedale trzymała jednego berbecia zdrową ręką, reszta zaś gramoliła się za nimi.Zamiast iść skrajem wysepki, pokonali jej najwyższą część, gdyż zajęło im to mniej czasu, a ponadto dawało szansę rozejrzenia się ze szczytu.Nie dostrzegli jednak żadnego statku, okrętu czy łodzi.Po drodze zatrzymywali się nad kałużami z deszczówką, by nabrać w ręce trochę wody.Malutkie dzieci poili z cygarniczkiSama.Na małej plaży od strony wschodniej znaleźli cień.Piasek zalewała już woda, co oznaczało konieczność siedzenia wśród skał, ale najmniejsze berbecie miały jeszcze w miarę wygodne miejsca.Zapalniczka Sama została rozebrana na części i poddana suszeniu, a tymczasem Gwen i Tammy udały się do sieci rybackich, których obecność sygnalizowały długie paliki wbite w dno morskie.Gwen i Tammy zeskoczyły, żeby obejrzeć połów.Do sieci wpadło mnóstwo ryb, lecz część z nich wyjadły inne ryby.Wyplątały z sieci sześć największych, żeby zabrać je ze sobą.Kiedy dowlokły się z powrotem na brzeg, przypływ całkowicie zalał plażę.Starsze dzieci zebrały drewno.Za pomocą wysuszonej koperty z kieszeniTerence’a oraz kilku wiórków wykrzesały ogień w osłoniętym miejscu między skałami.Ostrożnie ustawiły nad smużką dymu większe drewienka.Ku ich radości szybko zajęły się ogniem.- Nie pozwólcie, żeby zgasł - zarządził Sam.- Dopóki nie wydostaniemy się z tej skały, tylko dzięki ogniowi będziemy mogli ogrzewać się nocą, gotować jedzenie i dać sygnał przepływającemu statkowi.Upiekli ryby, trzymając je nad ogniskiem na patyku.Mimo że niektóre były nie dopieczone, czuli taki głód, że smakowały im wybornie.Najwięcej kłopotów przysporzyło im niemowlę.Nie mieli mu do zaoferowania nic oprócz wody.Na pokładzie „Dimestore” przechowywali mleko w puszkach i w nocy karmili małą dwukrotnie, ale teraz była głodna, a jej czarne oczy napełniły się łzami.Nadciągnęły chmury, powiał monsun i zaczął padać ulewny deszcz.Próbowali schronić się między skałami, ale nie na wiele to się zdało.Wprawdzie później ogrzało ich słońce, ale wkrótce miała zapaść noc.Sam zaproponował, żeby zebrać szczątki rozbitego sampana na brzegu i sklecić jakieś schronienie.- Jeżeli w nocy spadnie deszcz i wszyscy znowu przemokniemy, zachorujemy na zapalenie płuc.- Ale jak zamierzasz przeciągnąć sampana przez skały? - powątpiewałTerence.- Jest ciężki.- Wyłowimy jego kawałki, które pływają przy brzegu, no nie?- Czy to nie jest odrobinę ryzykowne? Jeżeli morze zmyje nas w głąb lądu, możemy się roztrzaskać o skały.- Pójdę z tobą - oświadczyła Tammy, zrywając się z ziemi.- Nie, ty zostań z dziećmi.- Dzieciom nic się nie stanie.- Nie idź, Tammy - błagał Petie.- Zabijesz się, tak jak moja mamusia.- Nie zabiję się, Petie.Odchodzę na odległość zaledwie paru jardów.- Ja pójdę - powiedział Terence, wzdychając ze złością.- Ty zostań zPetiem, ja pójdę.Dwóch mężczyzn udało się na skały.Wydawało się, że minęło bardzo dużo czasu.Słońce zaczęło już znikać za linią widnokręgu na zachodzie, kiedy wreszcie można było dojrzeć ich głowy unoszące się około kilkunastu jardów od brzegu.Gwen zerwała się na nogi i ruszyła pośpiesznie w ich kierunku, a za nią pobiegła Tammy i dwie dziewczynki, Selina i Liu.Mężczyźni holowali duży szczątek sampana za pomocą liny, która służyła niegdyś do jego cumowania.Kobiety chwyciły ów kawałek za brzeg, zaczęły go dźwigać i ciągnąć, straciły równowagę na piasku, wpadły do wody, ale wypłynęły na powierzchnię i nadal holowały swoją zdobycz.Cała grupa sprowadziła wykrzywiony wrak na brzeg, podtrzymując go w taki sposób, by nie zawadzał o ostre skały i nie uległ zupełnemu rozbiciu.Potem przez dziesięć minut wszyscy ciężko sapali, próbując odzyskać normalny oddech.Następnie wspólnym wysiłkiem dźwignęli drewniany wrak i ponieśli go dalej.Kiedy już doszli do celu, przerzucili wrak łodzi między dwiema największymi skałami, tworząc w ten sposób prowizoryczne schronienie.Mieściło się tam pięć osób.Pannę Bedale ulokowano w najzaciszniejszym miejscu.Zdrowym ramieniem przytulała do siebie maleństwo.Obok niej usiadły Tammy i Gwen, każda z nich trzymała na kolanach dziecko.Przy Tammy znalazł się Petie, który objął ją ramieniem.Zarówno Selina, jak i Liu opiekowały się mniejszymi dziećmi, a reszta stłoczyła się między prowizoryczną budką i ogniskiem.Terence i Sam wyciągnęli się przy ognisku.Obaj mieli stertę szczap, żeby je podrzucać do ognia w nocy.Szybko nastał zmierzch.Ludzie przywarli do siebie ze strachu.Wysoko ponad ich głowami przelatywały bombowce, które kierowały się w stronęSingapuru.Niemowlę przestało głośno płakać, ale kwiliło teraz z głodu żałośnie.Tej nocy słyszeli samoloty dwukrotnie.O świcie pojawił się patrol myśliwców, być może tych samych, które zbombardowały „Dimestore”.Poleciał dalej, nie zauważywszy rozbitków na skalistej wysepce.Skończył się przypływ, plaża była czysta.Zeszli na dół, żeby się umyć, wyciągnąć ryby z sieci i położyć się wygodnie na piasku.Selina wraz z innym dzieckiem nazbierała drewna.Terence przyrządził rybę.Wszyscy usiedli na piasku w promieniach wczesnego słońca i zjedli pierwszy posiłek tego dnia [ Pobierz całość w formacie PDF ]