[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–Otwórz oczy – kazała.Posłuchał, uśmiechając się na to polecenie.To już za wiele dla niego – spotkać jej wzrok.Za wiele dla niej – spotkać jego wzrok.Ich pakt został zerwany, rozdzielili się, aż szpara Lori obejmowała samą główkę członka – tak śliską, że mógł z niej wypaść – a potem połączyli się w ostatnim uścisku.Rozkosz kazała jej krzyczeć, ale zdusił ten wrzask swoim językiem, zamykając wspólną erupcją wewnątrz ich ust.Niżej było inaczej.Po tylu miesiącach postu wypuścił potop, który spłynął po jej udach, zimniejszy niż jego czoło czy pocałunki.Narcyz wyprowadził ich ze świata kochanków.Otworzył drzwi.Patrzył bez zażenowania.–Skończyliście? – chciał powiedzieć.Boone wytarł swoje wargi o usta Lori, rozprowadzając ich ślinę po policzkach.–Na razie – powiedział, wpatrując się w nią.–Możemy zatem iść? – spytał.–Zaraz.Wszędzie.–Do Midian – padła natychmiast odpowiedź.–A więc do Midian.Kochankowie oderwali się od siebie.Lori poprawiła bieliznę.Boone usiłował schować członka, wciąż napiętego, do rozporka.–Tam się zebrał cały tłum – powiedział Narcyz.– Jak do diabła mamy przez to przejść?–Oni są wszyscy tacy sami – stwierdził Boone – wszyscy się boją.Lori, odwrócona plecami do Boone’a poczuła, jak zmienia się powietrze wokół niej.Jakiś cień wpełzał na ściany z lewej i prawej, kładł się na jej plecach, całował jej kark, grzbiet, pośladki i ciało pomiędzy nimi.To była ciemność Boone’a.Był w niej powierzchnią i oddechem tej ciemności.Nawet Narcyz okazywał napięcie.–Święte gówno – wymamrotał, a potem szeroko otworzył drzwi, aby wpuścić noc.5Motłoch chciał igrzysk.Jedni przynieśli z samochodów pistolety i strzelby; inni, podróżujący z linami w ciężarówkach, ćwiczyli pętanie; ci bez sznurów i broni podnosili kamienie.Aby znaleźć potwierdzenie dla swych działań, nie musieli patrzeć dalej niż na rozbryzgane szczątki stopy Cormacka na podłodze posterunku.Przywódcy grupy – samozwańcy z naturalnej selekcji (mieli donośniejsze głosy i skuteczniejszą broń) – deptali właśnie po czerwonym podłożu, gdy ich uwagę przyciągnęły odgłosy z sąsiedztwa cel.Ktoś z tyłu tłumu zaczął krzyczeć:–Zastrzelić tych bękartów!To nie na cieniu Boone’a skupiły się oczy zgłodniałych celu przywódców.To Narcyz.Jego zmasakrowana twarz wywołała okrzyk niesmaku gawiedzi i żądania, by z nim skończyć.–Zastrzelić skurwysyna!–Prosto w serce!Przywódcy nie wahali się.Trzech z nich wystrzeliło.Jeden trafił, a kula dosięgła ramienia Narcyza i przeszyła ją na wylot.Tłum zakrzyknął radośnie.Ośmieleni tą pierwszą raną, napływali na posterunek coraz liczniej.Ci z tyłu chcieli zobaczyć, jak leci krew, ci z przodu zdawali się niemal ślepi na fakt, że ich cel nie broczył ani kroplą.I nie upadł, to już zauważyli.I teraz jeden czy drugi chciał to naprawić, wypalając w Narcyza z woleja.Większość strzałów chybiła, ale nie wszystkie.Gdy trzecia kula osiągnęła cel, wstrząsnął jednak pokojem ryk furii bestii; rozbił lampę na biurku, a z sufitu posypał się pył.Słysząc go, jeden czy dwóch z tych, co właśnie przekraczali próg zmieniło zamiar.Nagle nie dbali o to, co mogą pomyśleć inni i rzucili się z powrotem na dwór.Na ulicach było jeszcze jasno i ciepło, więc osłabiło to trochę wrażenie strasznego chłodu, jaki przebiegł po grzbietach wszystkich tych, co słyszeli ten wrzask.Ale dla tych na czele motłochu nie było odwrotu.Drzwi zamknęły się.Mogli tylko stać w miejscu i wymierzyć broń, kiedy z ciemności na zapleczu posterunku wyłonił się ten, który krzyczał.Ktoś był świadkiem zajść w Sweetgrass Inn tego ranka i poznał mężczyznę zbliżającego się teraz do nich.To zabójca, widział, jak go aresztowano.Znał też jego nazwisko.–To on! – zaczął wołać.– To Boone!Człowiek, który jako pierwszy oddał strzał do Narcyza, wycelował strzelbę.–Skończyć z nimi! – wrzasnął ktoś.Człowiek wystrzelił.Do Boone’a strzelano już wcześniej, nie tylko raz.Ta mała kulka, która przeszyła mu pierś i zawadziła o serce, to nic.Zaśmiał się tylko i szedł dalej, czując, że zaczyna się zmieniać, gdy wydycha powietrze.Zmieniał się w ciecz [ Pobierz całość w formacie PDF ]