[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ponieważ wiatr był ledwie wyczuwalny, nie mógł przynieść woni aż z Highgate, a zatem Sartori i jego legiony musieli znajdować się gdzieś w pobliżu.Może o dziesięć przecznic stąd, może tylko o dwie.Może lada chwila wychyną zza rogu Gray's Inn Road.Nie miał czasu do stracenia.Niebezpieczeństwo, przed którym ostrzegała go Jude, mogło w ogóle nie istnieć.Natomiast ten zapach był rzeczywisty, podobnie jak istoty, które go wydzielały.Nie mógł dłużej odwlekać rytuału.Zawrócił i rzucił się biegiem w stronę domu, jakby horda potworów już deptała mu po piętach.Duchy rozproszyły się przed nim, gdy w pełnym pędzie skręcił w Gamut Street.Monday, który rysował coś przy wejściu, upuścił kredę.- Już pora, chłopcze! - krzyknął Gentle.Jednym skokiem przesadził stopnie przy drzwiach.- Przynieś kamienie na górę.- To znaczy, że zaczynamy?- Zaczynamy.Monday wyszczerzył zęby w uśmiechu, wrzasnął triumfalnie i wpadł do domu, mijając w progu Gentle'a, który podziwiał zdobiący drzwi rysunek.Obraz został ledwie naszkicowany, ale prezentował się znakomicie; przedstawiał olbrzymie oko, z którego we wszystkich kierunkach strzelały promienie światła.Gentle wszedł do domu, zadowolony, że takie ogniste spojrzenie powita każdego - wroga czy przyjaciela - kto stanie na progu.Zamknął drzwi na zasuwkę.Kiedy stąd wyjdę, pomyślał, dzieło mojego Ojca będzie już skończone.ROZDZIAŁ 57Jude czekała na plaży.Nie wiedziała, jakie dyskusje i kłótnie toczą się w świątyni Umy Umagammagi, ale procesja wiernych ustała.Fale nie wyrzucały już na brzeg kobiet ani dzieci, a po jakimś czasie wody jeziora uspokoiły się i wygładziły niczym lustro, jakby rządzące nimi siły zajęły się innymi, dalece ważniejszymi sprawami.Nie miała zegarka, więc mogła tylko zgadywać, ile czasu upłynęło, ale pozycja komety na niebie wskazywała, że powinna go mierzyć raczej w godzinach niż w minutach.Nie była pewna, czy boginie rozumieją powagę sytuacji i konieczność pośpiechu.Może wieki niewoli i wygnania tak bardzo je otępiły, że teraz mogły debatować tygodniami, nie zdając sobie sprawy z upływu czasu? Zarzucała sobie, że bardziej ich na to nie uczuliła.W Piątym Dominium dzień mijał nieubłaganie i nawet jeśli udało się przekonać Gentle'a, by odwlekł rozpoczęcie ceremonii, nie mógł czekać w nieskończoność.I trudno było mieć o to do niego pretensję.Przekazała mu tylko krótką wiadomość - i to przez niezbyt godnego zaufania posłańca - żeby zachował ostrożność.To mogło nie wystarczyć, by zgodził się zaryzykować powodzenie Pojednania.W przeciwieństwie do niej nie znał makabrycznych wizji z Pucharu Bostońskiego, toteż na dobrą sprawę nie rozumiał, o co toczy się gra.Kontynuował - jak sama powiedziała - dzieło Ojca; z całą pewnością nie przypuszczał, że może w ten sposób zniszczyć Imajicę.Dwa razy musiała porzucić te ponure rozmyślania - najpierw młoda dziewczyna przyniosła jej coś do jedzenia i picia (za co Jude była jej bardzo wdzięczna), a potem natura upomniała się o swoje prawa i Jude musiała znaleźć jakieś ustronne miejsce.Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się niedorzecznie, kryjąc się z tym oddawaniem wody, ale nawet napatrzywszy się na przeróżne cuda, nie umiała się pozbyć nawyków z Piątego Dominium.Może z czasem nauczy się nie przejmować takimi drobiazgami, ale jeszcze nie teraz.Kiedy wróciła z kryjówki wśród skał, znów rozbrzmiewała przed świątynią pieśń, która dawno ucichła.Zamiast iść na plażę, Jude skierowała się ku wejściu.Przyspieszyła kroku, widząc, jak woda w jeziorze ożywia się i burzy, a fale zaczynają się rozbijać o skały.Boginie najwyraźniej podjęły decyzję.Chciała jak najszybciej ją poznać - to naturalne - ale nie umiała wyzbyć się poczucia, że wraca do świątyni jak oskarżona na salę sądową.Kobietom przed świątynią udzieliła się atmosfera wyczekiwania.Musiały jednak bardzo różnie interpretować swoje przeczucia - jedne się uśmiechały, inne były ponure.- Mam wejść do środka? - spytała.Dziewczyna, która przyniosła jej jedzenie, pokiwała głową.Chyba chciała ją ponaglić, by reszta nie musiała czekać.Jude weszła za wodną kurtynę.Wnętrze świątyni bardzo się zmieniło.Świadomość, że zmysły i intuicja łączą się tu w jedno, była równie silna jak przedtem, ale to, co nimi odbierała, nie wyglądało już tak zachęcająco.Zgasło świetliste origami, zniknęły gdzieś ciała, z których brało początek.Wyglądało na to, że Jude jest jedyną w wieży przedstawicielką świata materialnego, w dodatku wystawioną na działanie światła znacznie mniej delikatnego niż wzrok Umy Umagammagi.Zmrużyła oczy, ale powieki nie radziły sobie z blaskiem, który płonął jej pod czaszką.Przerażał; chciała się cofnąć, ale powstrzymało ją wspomnienie łagodnej bogini, która gdzieś tam wciąż musiała być.- Bogini? - zaryzykowała Jude.- Jesteśmy tutaj - odparła Uma Umagammagi.- Razem: Jokalaylau, Tishalulle i ja.Kiedy bogini wymieniła ich imiona, Jude zaczęła dostrzegać jakieś kształty w oślepiającej poświacie.Nie przypominały wiecznie zmiennych symboli, które widziała wcześniej; zamiast abstrakcyjnych kształtów widziała łagodnie nakreślone ludzkie sylwetki, które unosiły się nad jej głową.Zdziwiła ją ta zmiana.Jeżeli wcześniej mogła dzielić z Umagammagi i Jokalaylau ich prawdziwą naturę, to dlaczego teraz pokazywały jej się pod tak zwyczajnymi postaciami? Nie wróżyło to nic dobrego.Czy boginie odziały się w materię, ponieważ uznały ją za niegodną oglądania ich prawdziwych kształtów? Starała się uchwycić jakieś szczegóły ich wyglądu, lecz albo zawodził ją niedoskonały wzrok, albo boginie nie chciały się jej pokazać.W jej umyśle formowały się tylko ogólne wrażenia - że są nagie, mają świetliste oczy, a ich ciała ociekają wodą.- Widzisz nas? - usłyszała obcy głos, który musiał należeć do Tishalulle.- Oczywiście, ale.nie w pełni.- A nie mówiłam? - odezwała się Uma Umagammagi.- O czym? - zdziwiła się Jude, zanim zrozumiała, że te słowa były skierowane do sióstr bogini.- Jest rzeczywiście niezwykła - przyznała Tishalulle.Jej głos zmieniał się w niezwykły sposób.Kiedy Jude się w niego wsłuchała, postać bogini zarysowała się wyraźniej, jakby z każdą sylabą przybywało szczegółów w obrazie.Miała orientalne rysy i bladą cerę - bez cienia koloru na policzkach, wargach i powiekach.A jednak jej twarz była subtelna.Światło jej oczu podkreślało symetrię i łagodność rysów.Całe ciało Tishalulle pokrywały rysunki, które Jude wzięła z początku za tatuaże.Kiedy przyjrzała się im dokładniej (co uczyniła bez fałszywego wstydu), zrozumiała, że wciąż się poruszają [ Pobierz całość w formacie PDF ]