[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Rahe-das nie miał pewności, czy wzrok go nie myli, kiedy dostrzegł przed sobą, tuż przy załomie, blednącą iskierkę.Zaraz buchnął tam płomień i jaskinię rozjaśniło światło pochodni.Ziz-tta stal bez ruchu, w jego zaciśniętej pięści gasło z wolna ostrze garnaga.Rahe-das zsunął się na ziemię.Wypuścił z rąk drżące jeszcze smocze serce.– Witaj w klanie Diie – usłyszał głos starego mistrza.*Jestem Diie.Nie czuję wagi tego faktu, jakby nic się nie stało.Spadł ze mnie ciężar obowiązków Geue, mogę teraz przebiegać jaskinie bez obawy, iż następny xinx zmusi mnie do walki.Teraz zależy to ode mnie.I tylko to liczy się dzisiaj, choć zanim zaplątałem się w główny nurt przeznaczenia, byłbym pewnie dumny i cieszyłbym się z pieśni, które zaśpiewają o mnie, z podwójnej igły tiris, ze wszystkich splendorów, które otaczają mój nowy klan.Leży przede mną smocze ucho, trzecie w zaszczytnej kolekcji, symbol mojego zwycięstwa.A ja widzę w nim połeć cuchnącej skóry bez znaczenia – ot, jeszcze jeden totem Zabójcy.Niedługo nie będą liczyły się wcale, zniknie sens ich posiadania.Jedynie w bajkach będą pojawiać się nieustraszeni straceńcy, co dla ich zdobycia oddawali życie.Znak Drogi do Oll-hirr… Jaki mały z perspektywy prawdziwej drogi! Dziś o tym wiem, a wiedzę tę posiadłem w topieli smoczej krwi, w miazdze jego trzewi.Czy to ogromny, przytłaczający strach przed śmiercią, który zmusza do panicznej ucieczki z dusznego wnętrza, świadomość bezsensu tej wałki, wywołana trwogą o życie, odsuwająca precz wszelkie ideały i mityczne piękno pojedynków, olśniły mnie zrozumieniem? Czy przeżywa to każdy Diie?Teraz przede mną wędrówka w nieznane.Czyż może być coś bardziej nieznanego od wyprawy w legendarną prawie przeszłość? O tyle rzeczy pytam, nie wiedząc, kogo? Bogów, czy siebie…?*Patrzyli na miasto z góry, znad pionowej ściany, do której nisko w dole przykleiły się mury warownego grodu.Od wschodu opływały je wody Karii, na północ i południe biegły płaskie cyple, usiane domkami podzamcza.Szczyt murów wieńczył ostrokół z grubych pni, na przemian krótkich i długich, co przypominało olbrzymi, rzadki grzebień.Wewnątrz od trzech bram ciągnęły się uliczki, zabudowane z obu stron podłużnymi barakami.Na ich podwórzach widać było zagrody dla zwierząt, stajnie, obory i magazyny.Uliczki zbiegały się na placu przed murowanym gmachem, którego tylna ściana przylegała do skały.Zabudowania były typowe, Rahe-das wielokrotnie widywał takie w miastach valów.– Nie ma tu żadnych śladów po eneikach – Ziz-tta myślał o tym samym.– Zburzyli gród Virlinnów, zanim postawili swój – potwierdził jego spostrzeżenie.– Czy możemy tam zejść, nie wzbudzając podejrzeń? – Ceran zmierzył wzrokiem przestrzeń pod nimi.– Kupcy Irgów bywają tu czasem, Karią można dopłynąć do granicy Związku.Nie zdziwi Agrenów nasze przybycie, nie zwracają uwagi na eneików.Musimy tylko unikać patroli straży granicznej, niekiedy sprawdzają glejty.– Tam jest szczelina, którą można opuścić się pod północną bramę.Pójdziemy teraz?– Odpocznijmy do jutra.Czuję w kościach ostatnie dni.Istotnie, końcowy etap wędrówki wyczerpał siły eneików do cna.Trzy doby wspinali się stromą duklą, przystając tylko dla wyrównania oddechu.Na całej trasie nie znaleźli ani jednego miejsca, gdzie można by przycupnąć i zdrzemnąć się na chwilę.Żywność skończyła się dziesięć dni przed końcem drogi, irmana zabili i zjedli.Zresztą stromizna i tak zmusiłaby ich do tego, żadne zwierzę nie zdołałoby wspiąć się ostro nachylonym kominem.Teraz leżeli, żuli ostatnie skrawki nadpsutego mięsa i spoglądali na błyskające w dole światła.Zmierzchało.Napięcie, które towarzyszyło im podczas marszu jaskiniami, minęło.Odpoczywali.Pozwalali myślom błądzić swobodnie i leniwie.Byli bezpieczni, tutaj mógłby dostać się tylko ptak, a ptaków się nie bali.Znużenie przytłaczało ciała miękkim ciężarem, oczy zamykały się same.Zanim niebo zupełnie zgranatowiało, spali już kamiennym snem.Obudzili się mokrzy od rosy.Poniżej, nad miastem, wisiała mgła.Wykorzystali tę sposobność i niezauważeni zeszli pod mury.Zatrzymali się w lichej karczmie w pobliżu bramy.Po oszacowaniu zawartości mieszków uznali, że zapas cynowych sztabek pozwala na solidne śniadanie oraz garniec tirakii.Zaspany karczmarz przyjął zamówienie i niespiesznie poszedł na zaplecze, a oni usadowili się w ciemnym rogu sali, umilając czas oczekiwania obserwacją pierwszych gości.Nie było ich wielu.Pora była wczesna, gród i podzamcze dopiero się budziły.Ledwie dwóch oberwańców w przeciwległym kącie raczyło się napitkiem.Kolejno przechylali dzban, zignorowawszy czarki przyniesione przez gospodarza.Biesiadę rozpoczęli pewnie już wczoraj, bowiem obaj mieli dobrze w czubie.Bełkotliwie o czymś rozprawiali, przekrzykiwali się nawzajem i wyraźnie nie bardzo już rozumieli, o czym mówią.– Oto zwycięscy valowie – z pogardą rzekł Ziz-tta.Rahe-das uciszył go gestem [ Pobierz całość w formacie PDF ]