[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W każdym razie, kiedy sprowadzisz to do jednej osoby pragnącej jednego, magia przychodzi sama.Potem najtrudniejszą rzeczą jest zapanowanie nad nią.Z niewielką magią łatwo sobie poradzić, Przez ułamek sekundy obejmujesz głową Królestwo i ona tam jest; co chcesz, żeby się stało, staje się.Królestwo płynie dla ciebie.To prawie automatyczne, jak chodzenie.Ale wielka magia… to bardzo skomplikowane.Mam dalej tłumaczyć?Michael skinął głową.W ustach mu trochę zaschło.Eleuth leżała na kobiercu wpatrując się weń swoimi wielkimi oczyma; proste włosy spływały jej na ramiona i wiły po jednej piersi.Sidhowa część Mieszańca wie instynktownie, że każdy świat jest po prostu pieśnią dodawań i odbierań.Żeby uprawiać wielką magię, trzeba dostroić się całkowicie do świata – dodając, kiedy ten świat dodaje, odbierając, kiedy odbiera.Możliwe staje się wtedy odwrócenie tej pieśni i dostrojenie świata do siebie, przynajmniej na kilka chwil.Świat jest tylko jedną długą, trudną pieśnią.Różnica pomiędzy Królestwem a twoim domem rodzinnym, to po prostu różnica między jedną pieśnią a drugą.Zamknęła oczy i zanuciła.– Toh kelih ondulya, med nad ondulya trasn spaan nat kod.–Co to znaczy?–To znaczy mniej więcej „Wszystko to fale, a nic nie faluje, gdziekolwiek spojrzeć".Michael gwizdnął cicho i potrząsnął głową.I ty to wszystko czujesz?–Kiedy mi się uda – odparła.– Teraz usiądź dalej, na samym brzeżku kobierca.Przez jakiś czas nie będę mogła z tobą rozmawiać, bo nie będę słyszała, jak dosię-mówisz.Rozumiesz? – Tak.– Nie był pewien, czy rozumie.Stanęła pośrodku koca i wyciągnęła przed siebie ręce, a potem, jak gdyby gimnastykując się w zwolnionym tempie, rozsunęła je na boki, tak że wskazywały na przeciwległe sobie rogi kobierca.Michael spojrzał na narożnik po swojej lewej ręce i zobaczył wir ciemności, maleńki jak paznokieć kciuka, zdający się wwiercać przez dywan w podłogę.Kobierzec naprężył się pod jego kolanami jak żywy.Opuściła ręce wzdłuż tułowia i zamknęła oczy zadzierając w górę brodę.Palce jej dłoni wyprostowały się.Na mgnienie oka, z każdego rogu kobierca wzniosły się rozjarzone kolumny, które przeniknęły przez strop, jakby go tam wcale nie było, i zniknęły w jeszcze większym mroku, wysoko w górze.Wyciągnęła ręce przed siebie zaciskając dłonie w pięści i obróciła się na pięcie.Oczy jej zabłysły w momencie, gdy mrugnął, a kiedy powieki miał zamknięte, w izbie zapanowała taka jasność, że prześwitywała nawet przez skórę.Uklękła przed nim, wyciągnęła zaciśniętą pięść i rozprostowała palce.Pośrodku jej dłoni leżał mały żuczek podobny do skarabeusza, ale w kolorze soczystej, metalicznej zieleni, z aksamitnie zielonymi łuskami osłaniającymi skrzydełka.–Ale ładny – wyrwało się Michaelowi.Nie bardzo wiedział, czy ma się zachwycać, czy nie.–To była chłodna noc z niebem zasnutym chmurami i pełnym światła – odezwała się.– Była tam jakaś droga, twarda i czarna, z białymi liniami i złotymi kropkami, a po obu jej stronach trawa uwięziona w kamieniu i drzewa w tej trawie.– Wskazała na żuka.– To było… tam.Zabrałam więc to ze sobą.Michael zamrugał powiekami.– Ja…–Przyniosłam to dla ciebie z twojego domu – ciągnęła Eleuth.– Mieszkasz w bardzo dziwnym miejscu.Żuczek podpełzł centymetr po jej dłoni, zatrzymał się i przewrócił na grzbiet.Przebierał jeszcze przez chwilę łapkami, a potem znieruchomiał.Eleuth przyjrzała mu się uważnie i szturchnęła palcem.Na jej palcu połyskiwały kropelki wody, jak gdyby…Jak gdyby szukała czegoś po omacku w mokrej trawie.– Nie żyje? – spytał Michael.W oczach Eleuth zakręciły się łzy.– Chyba tak.Tyle jeszcze muszę się nauczyć.Kiedy wrócił na swój pagórek, było już ciemno i bardzo zimno.Okna chaty Żurawic płonęły jasnym blaskiem.Między chatami, stojąc na jednej nodze, czekała na niego Spart.Kiwnęła na niego palcem, opuściła nogę i ruszyła wielkimi krokami w stronę jego domku.Poszedł za nią.Dała mu znak, żeby odciągnął zasłonę,i uczynił to.Pstryknęła palcami i litery wiersza napisanego na ziemi rozjarzyły się.– Skąd to się tu wzięło?–Jestem poetą – odparł zły za jej wścibstwo.– Piszę wiersze.Nie ma tutaj papieru, a więc piszę na ziemi.–Tak, ale skąd się to wzięło? Skąd mam wiedzieć? To poezja.–Czy wiesz, jak stary jest ten wiersz? – spytała pokazując na kilka ostatnich linijek.– W swojej kaskaryjskiej wersji? Michael pokręcił głową.– Przed chwilą go napisałem.–Niebezpiecznie pisać takie rzeczy.Twoje konszachty z Mieszanką czynią cię bardzo interesującym uczniem.– Odeszła jak dwunożna pajęczyca na swych długich kończynach.–To mój wiersz – zawołał za nią.Usłyszał za plecami jakieś szmery i obejrzawszy się ujrzał Nare zaglądającą przez drzwi w ciemności zalegające wnętrze domku.Poruszała bezgłośnie ustami wpatrując się w świecące gryzmoły.– To Kaeli Tonna odezwała się wreszcie głośno i uśmiechnęła do Michaela.Wyprostowała się i odeszła w ślad za Spart.Chociaż niebo było bezchmurne, w powietrzu wisiał zapach kurzu i elektryczności.Michael leżał drżąc na macie z sitowia.Wspomniał przez chwilę Eleuth i to, co zrobiła, a potem zaczął myśleć o Helenie.Ciekaw był, co teraz porabia Helena i kiedy znowu ją zobaczy… zastanawiał się też, czy Helena kiedykolwiek będzie tak namiętna jak Eleuth.(To co zrobiła Eleuth…)To było chyba więcej, niżby śmiał się spodziewać.Rozdział dwudziesty pierwszyMichael widział kilka razy, jak Żurawice trenują Biriego, rozmawiali jednak po kaskaryjsku, więc nie mógł dobrze zrozumieć, co się dzieje.Wznowiły też ćwiczenia z Michaelem i po upływie kilku dni, z nadejściem większych chłodów, Nare poświęciła wreszcie cały dzień na nauczenie go hyloki czyli czerpania-ciepła-ze-środka.Zaczynał dopiero pojmować, o co w tym chodzi, kiedy zostawiła go i przez cały tydzień wszystkie trzy koncentrowały się od świtu do zmierzchu na Birim.Pewnego szczególnie chłodnego poranka Michael wyszedł ze swego szałasu i pośrodku pagórka ujrzał Biriego z Żurawicami.Otaczały go kołem trzymając się za ręce, oczy miały zamknięte, a twarze zwrócone w górę, ku zimnemu, niebieskiemu niebu.Wokół nich leniwymi, powolnymi płatkami padał śnieg.Michael usiadł po turecku na ziemi przed drzwiami swojego szałasu.Grupka ta po prostu stała przez kilka godzin nic nie robiąc.Michael pisał wiersze na twardniejącej ziemi, zmazywał je i co chwila zerkał spod oka w tamtą stronę, żeby sprawdzić, czy coś się nie zmieniło.Usiłował przywołać z powrotem wrażenie wewnętrznego, oderwanego głosu, ale mu się to nie udawało.W końcu stojący między Żurawicami Biri osunął się na ziemię, a one cofając się rozerwały krąg i przykucnęły nad nim niczym drapieżne ptaszyska, z szeroko otwartymi oczyma i mocno zaciśniętymi ustami.Potem odeszły do swojej chaty zostawiając Biriego tam, gdzie leżał.Michael zbliżył się do niego, pochylił i dotknął dłonią jego czoła.Nic ci nie jest?–Odejdź – jęknął Biri mocno zaciskając powieki.–Chciałem tylko zapytać – powiedział Michael.Od strony chaty nadbiegała Spart wymachując rękami.–Odejdź! – zaskrzeczała.– Zostaw go! Wynoś się stąd!–Znaczy się, na zawsze? – spytał urażony uchylając się przed odpędzającymi go rękami.–Wróć o zmierzchu [ Pobierz całość w formacie PDF ]