[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Robert zgarnął na swój talerz trochę jarzyn.Podał Michaelowi potrawkę i ten nałożył sobie obfitą porcję.Dzięki wychowaniu, jakie odebrał – i kilku miesiącom umartwiania – nie miał nic przeciwko niewyszukanym daniom.–Jeśli zaczniemy rozmowę teraz, nie skończymy jeść do północy i wszystko wystygnie – powiedziała pani Dopso.– A więc… ummm… omińmy główny punkt programu i napełnijmy najpierw nasze brzuszki.Potem… tak.– Uśmiechnęła się i dając przykład wsunęła w usta widelec ze skromną ilością potrawki.Do końca posiłku wymieniali tylko niewymuszone uprzejmości.Michael czuł się trochę zaniepokojony.Zachowanie pani Dopso i jej syna było nienaganne, ale zarazem tajemnicze i to nie dawało mu spokoju; sprawiali takie wrażenie, jakby wiedzieli coś, co mogło się mu bardzo przydać.Robert posprzątał ze stołu i przyniósł butelkę wina.Kiedy wyciągnął rękę z butelką, żeby pokazać ją Michaelowi, pani Dopso przygryzła dolną wargę.Etykieta była podobna do tej, którą znalazł w nowo otwartej piwnicy.Zegar słoneczny z podwójnym cieniem wskazówki, róża i czerwone winogrona, zawiłe liternictwo.–To nasza ostatnia butelka.Pomyśleliśmy sobie, że otworzymy ją dziś wieczór – powiedział Robert.– Pan Waltiri dał ją w prezencie mojemu ojcu blisko pięćdziesiąt lat temu.Być może słyszałeś nawet o dżentelmenie, który podarował ją panu Waltiriemu.Michael uniósł brwi.–Nazywał się David Clarkham.Był przyjacielem pana Waltirego, chociaż, o ile wiem, poróżnili się przed moim przyjściem na świat.–Tak, kochanie, rok albo dwa przed twoim urodzeniem – przytaknęła pani Dopso.–Mój ojciec spotkał kilka razy pana Clarkhama i był pod jego wielkim wrażeniem.Pan Clarkham był koneserem wina.Miał skłonności do rozprawiania o niezwykłych rocznikach.Przeważnie win niemieckich.O wielu z nich mój ojciec nawet nie słyszał, a sam był niezłym znawcą.–Ale to wszystko – wtrąciła złowrogo pani Dopso – było dawno i nieprawda.–Właśnie że nie.Ojciec wypił ostatnio jedną z tych butelek piętnaście lat temu i ocenił smak wina jako wcale niezły, jeśli nie niezwykły.–Pamiętasz, co powiedział? – spytała pani Dopso.–Tak.„Trochę nie z tego świata, z najniezwyklejszym posmakiem."Oczekiwali na jakąś reakcję Michaela.–Znalazłem dziś kilka podobnych butelek – powiedział Michael.–Wspaniale! A więc to nie ostatnia.Zauważ, że nie ma żadnej wzmianki o tym, jakie to wino.Najwyraźniej czerwone, ale z jakiej odmiany winorośli?Michael potrząsnął głową.–Zmierzamy do tego, że frapuje nas ten dom.Mieszkamy po sąsiedzku od bardzo dawna.–Pewnego poranka, bardzo wcześnie – powiedziała pani Dopso z twarzą rozpromienioną nagle w blasku świec – wstałam z łóżka i spojrzałam nad murkiem z żużlowych pustaków.Ranek był mglisty i nie miałam pewności, czy wzrok mnie nie myli.Mąż był w podróży służbowej, a więc zawołałam Roberta, biedne, zaspane dziecko, żeby potwierdził albo zaprzeczył.–Potwierdziłem – powiedział Robert.– Była ósma rano.–Dom był całkowicie pokryty ptakami – wyrzuciła z siebie jednym tchem pani Dopso.– Wielkimi ciemnymi ptakami o czerwonych piersiach i koniuszkach skrzydeł.Kosy i drozdy wielkości kruków.–Mama chce powiedzieć, że wyglądały jak kosy i drozdy, ale były duże jak kruki.–I wróble.Rozpoznałam też inne ptaki.Pokryły sobą cały dach i przysiadły rzędem wzdłuż ściany.Żaden z nich nie wydał głosu.–Rozumiesz, jak u Hitchcocka – zażartował z uśmiechem Robert.– Napędziły mi porządnego stracha.–A kiedy mgła się podniosła, odleciały.Ale to nie wszystko.Widzieliśmy czasami, jak pan Waltiri i Golda, droga Golda, odjeżdżają spod domu samochodem, poprzednikiem tego, którym ty teraz jeździsz, takim dziwnie wyglądającym, i po ich odjeździe, kiedy w domu nie mogło nikogo być…–Słyszeliśmy, jak ktoś gra na fortepianie – dokończył z przejęciem Robert pochylając się do przodu.–Grał przepięknie, wspaniałą muzykę.Robert odkorkował butelkę i rozlał wino do kryształowych kieliszków.Michael skosztował ciemnego, czerwonawobursztynowego płynu.Nigdy nie smakował niczego podobnego.To wykraczało całkowicie poza jego doświadczenie w kwestii win, które, przyznać trzeba, nie było zbyt rozległe.Po przełknięciu w ustach pozostawał łagodny i złożony, utrzymujący się przez długie chwile bukiet, w którym język odkrywał, jeden po drugim, coraz to nowe posmaki.Ta gama smaków urywała się nagle pozostawiając po sobie czystą próżnię.Pociągnął jeszcze łyczek.Pani Dopso zamknęła oczy i uczyniła to samo.–Tak samo cudowne, jak je pamiętam – skomentowała.– Za mojego drogiego męża.– Wznieśli toast za człowieka, którego imienia Michael nie znał.–Tak sobie myślę, że być może jedyną osobą, która nie zdawała sobie sprawy, że coś się dzieje – powiedziała pani Dopso – była Golda.Arno chronił ją zawzięcie.Nic nie mogło się przydarzyć jego kochanej Goldzie, kiedy on był w pobliżu.Ale wiesz… kiedy odszedł, zmarł, sprawy zaczęły ją przytłaczać.Stres [ Pobierz całość w formacie PDF ]