[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Najpierw Mary, potem Jimmy, i to jednego dnia.Cholerna Janine.To przeznią nakłoniłam Jimmy'ego do pośpiechu.Zjadła lekkie śniadanie: smażone na parze jajka z grzanką.I znów, sączącswoją kawę, pomyślała tęsknie, jak dobrze byłoby zapalić papierosa.W ho-telu nie było żadnej maszyny z papierosami — to byłoby nie na miejscu.Ale na molo stał taki automat i, co w dzisiejszych dzikich czasach wyjąt-kowe, nikt go jeszcze nie zniszczył.Długi spacer pozwoli jej zapomnieć o wszystkim.Przeszła tego dnia całemile, wędrując po plaży przy brzegu wzburzonego morza.Potem wróciłado hotelu, powiedzieć kierownikowi, że w sobotę, za dwa dni, wyprowadzisię, i żeby jej przyszykował rachunek.W tym momencie fakt, iż udało jejsię wreszcie podjąć decyzję o powrocie, pocieszył ją.Gdy tego wieczoru szykowała się do wyjścia na seans, rozległo się pukaniedo drzwi.Agatha rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, co moż-na by wykorzystać jako broń, stwierdziła, że ma paranoję, i otworzyładrzwi.Zaraz się cofnęła, gdy za drzwiami zobaczyła Jennifer.— Przyszłam przeprosić — Jennifer wycedziła przez zęby.— Zrobiłaś totylko po to, by pomóc Mary.Musiała się dowiedzieć.— Już w porządku — odpowiedziała Agatha, uspokojona.— Cieszysz sięna to wyjście na seans?— Niespecjalnie.Ale chętnie zdemaskuję jej oszustwa.— Myślałam, że ufałaś w lekarstwa od jej matki!— Medycyna ludowa ma wiele zalet.Ale jeśli chodzi o wróżby i seanse, tow te bzdury nigdy nie uwierzę.— Ja też nie — odpowiedziała Agatha, która nie zamierzała przyznać sięJennifer, że dała sobie wróżyć z ręki.— Ale właśnie dlatego myślę, że mo-TLRże być zabawnie.Wiesz, zobaczyć, jakie zastosuje sztuczki.Daisy chybawierzy w te seanse.— Przez chwilę wierzyła, ale w końcu uznała Francie za szarlatankę.— Jak to się stało, że doszła do takiego wniosku? Ciekawe.Przecież samamnie najpierw wysłała do Francie.— Może ufała tym jej płynom.Lepiej pójdę się przyszykować.W co sięubierzesz?— Nie chce mi się dzisiaj stroić — powiedziała Agatha.— Zrobiło się paskudnie zimno.Szkoda, że nie mam już swojego futra.— Wielu ludzi nie podoba się noszenie futer — ostrzegła Jennifer.— Jeślikupisz sobie nowe, może spotkać cię to samo.— Masz rację — odpowiedziała Agatha z żalem.— Wkrótce będzie się nas kamienować w restauracjach za jedzenie mięsa,a wszystkie zwierzęta zostaną wybite i zostawią nam tylko przykładowesztuki w zoo.— Samuel Butler powiedział, że gdyby tego typu argument pociągnąć lo-gicznie dalej, to można powiedzieć, że skończymy, jedząc humanitarnieuśmiercaną kapustę.— Kto to jest Samuel Butler? Jakaś pierdoła w tym naszym troskliwymrządzie?— Filozof z epoki królowej Wiktorii.— Aha — powiedziała niepewnie Agatha.Nie cierpiała, gdy obnażano jejokropne braki w oczytaniu.— Zrobisz, jak chcesz — to powiedziawszy, Jennifer wyciągnęła ku niejdłoń.— Nie masz do mnie żalu?— Skąd — rzekła Agatha, gdy jej prawicę miażdżyła dłoń Jennifer w nie-TLRmalże męskim uścisku.Gdy już Jennifer wyszła, a Agatha skończyła się ubierać, zadzwonił telefon.Pobiegła odebrać.— Jimmy? — spytała.— Nie, tu mówi Harry — zatrzeszczał głos staruszka.— Jesteśmy gotowi do wyjścia.Pułkownik zamówił dwie taksówki.Jest zazimno na spacer.— Zaraz zejdę — odpowiedziała Agatha.Odłożyła słuchawkę.Jimmymógł przynajmniej zadzwonić.Taksówki ruszyły.Agatha zastanawiała się, co wydarzyło się między Maryi Jennifer, że obie na powrót się ze sobą zrosły.Mary wyglądała nauśmiechniętą i z Jennifer sprawiały wrażenie najlepszych przyjaciółek.Cóż— pomyślała Agatha — pewnie Mary jest za stara, by zmienić tak dawneprzyzwyczajenie.Do chaty wpuścił ich mąż Janine.Zapełnili mały korytarzyk, zdejmującpłaszcze i kapelusze.Następnie zaprowadził ich do pokoju na tyłach domu.Był jasno oświetlony i stał tam tylko okrągły stół nakryty czarnym aksami-tem.Usiedli wokół stołu.— To dopiero ekscytujące! — odezwał się pułkownik.— Jeśli coś będzietu wyglądało na ektoplazmę, to pewnie dymek od Agathy cichcem popala-jącej papierosa.Wszyscy się zaśmiali oprócz Agathy, która odrzekła:— Nie paliłam od wieków.Jestem wyleczona.Pokój zapełniły dziwne odgłosy.TLR— A to co takiego? — zapytał Harry.— Wieloryby — powiedziała Daisy.— To nagranie odgłosów wydawa-nych przez wieloryby.Można je kupić w tych sklepach z ezoteryką.Mary zaśmiała się nerwowo:— Nigdy nie znałam żadnego wieloryba.— Widziałem kiedyś delfiny występujące w parku na Florydzie — powie-dział pułkownik.— Czorty są chytre.Czy wiecie.Przerwał, albowiem w tym momencie Janine weszła do pokoju.Odzianabyła w długą muślinową suknię, bardzo prostą, z długimi, ciasnymi ręka-wami i kołnierzem opinającym szyję.Agatha przyjrzała jej się uważnie.Jakmoże robić taki seans, zgodzić się na taki seans, skoro jej matka tak nie-dawno zmarła? A jednak — pomyślała Agatha, przyjrzawszy się jej z bli-ska — spod ciężkiego makijażu widać było czerwone i przemęczone oczykogoś, kto ostatnio dużo płakał.— Zaczynamy? — zapytała, siadając.— Proszę złapać się za ręce i taktrzymać.Nie wolno przerywać kręgu.Zgasły światła na suficie.Teraz tylko niebieskawe światełko oświedałotwarz Janine, a reflektory wydobywały z mroku jedynie złączone dłoniewokół stołu, twarze pozostawiając w ciemności.Agatha siedziała między Daisy i pułkownikiem.Nastąpiła cisza.Głosy wielorybów ucichły.Janine usiadła i podniosła gło-wę do góry.Następnie zamknęła oczy i powiedziała monotonnym głosem:— Kto tam?I wtedy odezwał się męski głos:TLR— Halo, Aguś?Agatha zesztywniała.— To ja, twój mąż, Jimmy Raisin.Po skórze Agathy przeszły ciarki.Głos Jimmy'ego był mieszanką cockneyai irlandzkiego akcentu, zupełnie jak ten.Myślała przyspieszonym trybem.Jasne, że o jego morderstwie napisały wszystkie gazety.Opisano też jegożyciorys.— Czekam na ciebie, Aguś — powiedział.— To już niedługo.— Czy mogę go o coś spytać? — zadała pytanie Agatha.Janine siedziała z zamkniętymi oczyma.Toteż Agatha zapytała:— Czy pamiętasz nasze wspólne wakacje w Wyckhadden, Jimmy? To dla-tego wróciłam.— I stąd wiedziałem, gdzie cię szukać! — odpowiedział jej radosny głos.Agatha się uspokoiła.Nigdy nie byli z Jimmym w Wyckhadden.— To ciekawe — rzekła — bo my nigdy.— Ktoś inny chce wejść — zaintonowała Janine.Nastąpiło przeciągłe milczenie [ Pobierz całość w formacie PDF ]