[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zresztą wcale ci się nie dziwię.Sama mam nadzieję, że mi się dziś przyśni.Fuj.- No a pod twoim domem mgła zawsze jest gęstsza -ciągnęła Vee.- Po zmroku to coś potwornego.- Bardzo ci dziękuję - odparłam, zabierając jej kluczyki.- Czy to moja wina? Poproś mamę, żebyście się przeniosły trochę bliżej.Powiedz, że otworzyli nowy klub o nazwie „cywilizacja" i najwyższy czas, żebyście się do niego zapisały.- Pewnie mam podjechać tu jutro przed szkołą?- Najlepiej o wpół do ósmej.Stawiam śniadanie.- Oby było dobre.- Bądź miła dla mojego maleństwa.- Poklepała deskę rozdzielczą.- Tylko nie za miła.Niech sobie nie pomyśli, że gdzieś może mu być lepiej.W drodze do domu pozwoliłam myślom powędrować na chwilę w stronę Patcha.Vee ma rację - jestw nim coś niesamowicie ponętnego.I niesamowicie strasznego.Im dłużej o nim myślałam, tymbardziej byłam przekonana, że ma w sobie coś.złego.O tym, że lubi się ze mną przekomarzać,wiedziałam od początku, ale czym innym było drażnienie się ze mną w klasie, a zupełnie czymś innym to, że - by mnie wpienić - najwyraźniej specjalnie polazł za mną aż do biblioteki.Zapewne nikt nie zadałby sobie tyle trudu, no chyba że miałby ważny powód.W połowie drogi do domu z unoszących się w powietrzu mizernych chmur spadł deszcz.Skupiona naprzemian na jezdni i kontrolkach przy kierownicy, usiłowałam znaleźć włącznik wycieraczek.Nad głową zamrugały mi lampy uliczne.Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zbiera się na burzę.Przy tej bliskości oceanu pogoda zmienia się bez przerwy i w każdej chwili zwykła ulewa może przejść w powódź z piorunami.Dodałam gazu.Oświetlenie ulicy znów zamigotało.Po szyi przeszły mi ciarki i włoski na ramionach stanęły dęba.Mój szósty zmysł znalazł się w stanie najwyższej czujności.Przez głowę przemknęła mi myśl, że może ktoś mnie śledzi.W lusterku wstecznym nie widziałam żadnych świateł.Przede mną też nikt nie jechał.Byłam zupełnie sama, co nie napawało mnie zbytnim optymizmem.Przyspieszyłam dosiedemdziesięciu pięciu.23Gdy w końcu włączyłam wycieraczki, okazało się, że przy największej prędkości nie radzą sobie zwalącym w szybę deszczem.Na skrzyżowaniu zapaliło się żółte światło.Hamując, sprawdziłam, czydroga jest wolna, i ruszyłam naprzód.Zanim do mnie dotarło, że na maskę wpada jakiś ciemny kształt, usłyszałam uderzenie.Krzyknęłam, wciskając hamulec.Sylwetka grzmotnęła o szybę z przeraźliwym hukiem.Odruchowo z całych sił skręciłam kierownicę w prawo.Autem zarzuciło tak mocno, że wpadło w ruchwirowy.Postać sturlała się i zniknęła pod maską.Wstrzymując oddech, ścisnęłam rękami kierownicę, aż mi pobielały kostki.Zdjęłam nogi z pedałów.Samochód szarpnął i zamarł.Kilka metrów dalej siedział skulony facet i obserwował mnie.Wcale nie wyglądał.na rannego.Był cały ubrany na czarno i zlewał się z ciemnością, więc niewiele mogłam dojrzeć.Starając sięrozróżnić jego rysy, dopiero po chwili spostrzegłam, że miał na twarzy kominiarkę.Wstał z ziemi i zbliżył się do samochodu.Naparł rękami na okno od strony kierowcy.Nasz wzrokpołączył się przez otwory w kominiarce.Jego oczy zabłysły złowrogo.Znowu walnął w okno, aż zadrżała szyba między nami.Włączyłam stacyjkę, próbując równocześnie wrzucić pierwszy bieg, wcisnąć pedał gazu i zwolnićsprzęgło.Roz ruszałam silnik, ale auto znów szarpnęło i padło.Kiedy ponownie uruchamiałam silnik, usłyszałam okropny metaliczny trzask.Przerażona zobaczyłam,jak drzwiczki pomału się wyginają.Facet.wyrywał je z zawiasów.Wrzuciłam jedynkę.Stopy ześlizgiwały się z pedałów.Pilnik zaryczał, a wskaźnik obrotów na minutę przesunął się na czerwone pole.W eksplozji szkła nieznajomy przebił okno pięścią na wylot.Na oślep wymacał moje ramię i wpił się w nie palcami.Wrzasnęłam ochryple, wcisnęłam pedał gazu i zwolniłam sprzęgło.Dodge ruszył zpiskiem opon.Trzymając mnie za ramię, facet zaczął biec przy aucie, ale szybko się poddał.Pędzona adrenaliną, pomknęłam naprzód.Sprawdziłam w lusterku, czy tamten mnie nie goni iprzekręciłam je na bok.Musiałam zacisnąć wargi, żeby się nie rozryczeć.ROZDZIAŁ 4Pędząc Hawthorne Lane, minęłam dom, zawróciłam, na skróty wjechałam w Beech i skierowałam siędo śródmieścia.Wystukałam numer Vee.-Coś się wydarzyło.ja.on.no i.znikąd.Auto.- Przerywa.Co?Wytarłam nos grzbietem dłoni.Cała się trzęsłam.- Pojawił się znikąd.-Kto?- On.- starałam się ogarnąć myśli i zmienić je w słowa.- Wyskoczył mi na maskę!!!-O kurde.Kurdekurdekurde.Potrąciłaś jelenia? Nic się nie stało? Może to był Bambi? - Vee narazjęknęła i zawyła.- A co z dodge'em?Otworzyłam usta, ale mi się wcięła.- Nieważne.Mam ubezpieczenie.Tylko powiedz, że moje maleństwo nie jest upaćkane szczątkamijelenia.Tak czy nie?Cokolwiek chciałam jej zdradzić, zlewało się z nocą.Mylił wyprzedzały sensy o dwa kroki.Jeleń.Może jednak udałoby mi się wcisnąć Vee, że potrąciłam jelenia.Chciałam się jej zwierzyć, ale z drugiej strony nie miałam zamiaru wyjść na rąbniętą [ Pobierz całość w formacie PDF ]