[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Na wpół ukryty pod korzeniem drzewa leżał jej stoper.Marcus podniósł go, zobaczył pęknięty pasek i rozbite szkiełko.Ogarnięty paniką rozejrzał się wokoło,szukając innych śladów.Ale nie znalazł żadnych.A przynajmniej ich nie rozpoznał.Tak, zauważyłdrewniany palik wbity w ziemię, ale nie zdawał sobie sprawy, że ma jakieś znaczenie.Dopiero kilka godzinpóźniej policyjni technicy mieli stwierdzić, że jest to część wnyków i że na ziemi zakrzepło kilka kropelkrwi Lyn.Ale po samej Lyn nie było ani śladu.Rozdział 8W poszukiwaniach pomagało prawie całe miasteczko.Kiedy indziej i w innych okolicznościach ludziepomyśleliby pewnie, że Lyn Metcalf po prostu uciekła.O tak, byli dobrym małżeństwem, szczęśliwym - takapanowała opinia.Ale nigdy nic nie wiadomo.Ponieważ jednak zaginęła zaraz po zabójstwie innej kobiety,jej zniknięcie natychmiast nabrało złowieszczych cech.Policja skoncentrowała się głównie na lesie iścieżkach, którymi biegała, i każdy, kto tylko mógł chodzie, chciał pomóc ją znaleźć.Był piękny letni wieczór.Słońce stało tuż nad horyzontem, jaskółki tańczyły swój podniebny taniec iwszędzie czuło się niemal świąteczny nastrój, rzadkie w Manham poczucie solidarności, jedności izdecydowania.Ale nie sposób było zapomnieć, po co tam przyszli.Co więcej, musieli też pogodzić się zinną, jakże gorzką i trudną do przełknięcia prawdą.Ten, kto to zrobił, był jednym z nich.Nie mogli już dłużej zrzucać winy na kogoś z zewnątrz.Już nie.To, że obydwie kobiety pochodziły zManham, nie było zwykłym przypadkiem, a już na pewno nie zbiegiem okoliczności.Nikt nie wierzył, żebyktoś obcy mógł zostać tu po zabójstwie Sally Palmer albo wrócić, żeby zabić ponownie.Co oznaczało, żeten, kto zadźgał Sally i zastawił sidła na Lyn, musiał być jednym z nich.Owszem, istniałoprawdopodobieństwo, że zrobił to ktoś z sąsiedniej wioski, ale nasuwało się pytanie, dlaczego akurat tutaj? Idlaczego aż dwa razy? Znacznie bardziej prawdopodobna była druga możliwość.Bardziej prawdopodobna io wiele bardziej przerażająca.Znaliśmy nie tylko te dwie kobiety.Znaliśmy również bestię, która je zabiła.Świadomość ta powoli zapuszczała korzenie, gdy wyruszaliśmy na poszukiwania.I chociaż jeszcze nierozkwitła, puszczała już pierwsze pędy.Widać to było choćby po tym, jak ludzie na siebie patrzyli.Wszyscysłyszeli o mordercach, którzy uczestniczyli w poszukiwaniach.O tym, że publicznie wyrażali odrazę iwspółczucie, że wylewali krokodyle łzy, mając na rękach ledwie zaschniętą krew ofiary i serce ropiejące odjej ostatnich krzyków i błagań.Dlatego chociaż rozgarniając trawę i zaglądając za każdy krzak, mieszkańcyManham okazywali wielką solidarność, zaczynała lęgnąć się wśród nich podejrzliwość.Przyłączyłem się do nich zaraz po dyżurze.Głównym ośrodkiem koordynacyjnym była policyjnaprzyczepa na brzegu lasu, niedaleko miejsca, gdzie Marcus Metcalf znalazł stoper żony; ponieważ las rósł naskraju miasteczka, samochody musiały pokonać kilkaset metrów przez żywopłoty i chaszcze.Niektórzytrafili tam przypadkowo, ale większość przyciągnęło niezwykłe jak na Manham poruszenie.Było kilkureporterów, ale tylko z prasy lokalnej.Ci z krajowej niczego jeszcze nie zwęszyli, a może po prostu uznali,że morderstwo i uprowadzenie to nie news.Już niebawem miało się to zmienić, ale na razie robiliśmy swoje,korzystając ze względnej anonimowości.Żeby lepiej skoordynować akcję poszukiwawczą, rozstawiono stół.Była to w sumie świetna okazja dowykreowania pozytywnego wizerunku policji: wystarczyło dać ludziom poczucie, że robią cośpożytecznego, i dopilnować, żeby ochotnicy nie wchodzili w paradę zawodowcom.Przybyli licznie, aleManham leżało w tak dzikiej okolicy, że nie sposób było dokładnie jej przeczesać.Mogła wessać wszystkichjak gąbka, nie zdradzając swych tajemnic.Zobaczyłem Marcusa Metcalfa.Stał w grupie mężczyzn, jednak trochę na uboczu.Miał nieco bezkształtnąposturę robotnika fizycznego, mocno opaloną twarz, która w normalnych okolicznościach byłaby przyjemnai wesoła, i gęste, jasne włosy.Ale teraz był przybity, blady i wymizerowany.Tuż obok niego stał pastorScarsdale, któremu wreszcie trafiła się sytuacja pasująca do surowości bijącej z jego oblicza.Zastanawiałemsię, czy nie podejść do Marcusa i… I co? Przekazać mu wyrazy ubolewania? Złożyć kondolencje?Powstrzymała mnie pustota cisnących się na usta słów, wspomnienie niezręcznych wypowiedzi prawieobcych mi ludzi.Dlatego zostawiłem go pod troskliwą opieką pastora i podszedłem do stołu.Decyzji tej miałem potem bardzo żałować.Spędziłem kilka kompletnie bezproduktywnych godzin na brodzeniu po bagnistych łąkach.W mojejgrupie był między innymi Rupert Sutton, który skorzystał widocznie z okazji, żeby uciec od swojejapodyktycznej matki.Chociaż szliśmy powoli, omijając grząskie oczka, wielki, gruby i zasapany z trudem zanami nadążał.Ale nadążał.Raz potknął się i upadł na kolana.Gdy pomagałem mu wstać, doszedł mniezwierzęcy zapach jego potu.- Niech to szlag - wydyszał zażenowany i zaczerwienił się, patrząc na warstwę błota, która pokrywała mudłonie jak rękawiczki.Miał zaskakująco cienki, niemal dziewczęcy głos.- Niech to szlag - powtórzył,wściekle mrugając.Ludzie prawie się do siebie nie odzywali.Kiedy gęstniejący mrok uniemożliwił dalsze poszukiwania,postanowiliśmy zawrócić.Atmosfera była ponura, tak jak ciemniejący krajobraz.Wiedziałem, że wielu z naswpadnie do Owieczki, łaknąc bardziej towarzystwa niż alkoholu.Niewiele brakowało i pojechałbym prostodo domu.Ale nie chciałem być sam, podobnie jak niemal wszyscy pozostali tego wieczoru.Zaparkowałemprzed pubem i wszedłem do środka.Nie licząc kościoła, pub Pod Czarną Owieczką był najstarszym domem w miasteczku i jako jeden znielicznych już budynków w Manham miał kryty słomą dach.Wszędzie indziej, a już na pewno w bardziejuczęszczanych okolicach Broads, doprowadzono by go do stanu cukierkowatej szacowności, ale ponieważbywali tam tylko miejscowi, pub powoli popadał w ruinę i nikt nie próbował temu zapobiec.Słoma gniła,niepomalowane ściany były brudne i popękane.Tego wieczoru interes szedł pełną parą, chociaż atmosfera zdecydowanie nie sprzyjała.Rozmowy byłyprzyciszone, pozdrowienia smutne i poważne.Gdy stanąłem przy ladzie, właściciel pubu pytająco zadarłpodbródek.Był ślepy na jedno oko, a powlekające je bielmo upodabniało go do starzejącego się labradora.- Małe jasne, Jack.- Brał pan udział w poszukiwaniach? - spytał, stawiając przede mną szklankę.Gdy kiwnąłem głowąodsunął pieniądze.- Na koszt firmy.Zdążyłem wypić tylko jeden łyk, gdy poczułem na ramieniu czyjąś ciężką rękę.- Wiedziałem, że dzisiaj wpadniesz.Tuż obok mnie jak spod ziemi wyrósł prawdziwy wielkolud.Rozmawiając z nim, musiałem zadzieraćgłowę.- Cześć, Ben.Ben Anders miał ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu i szerokie na metr bary.Był strażnikiemw rezerwacie przyrody Hickling Broad i od urodzenia mieszkał w Manham.Rzadko się widywaliśmy, alebardzo go lubiłem.Był miłym kompanem, dobrze się z nim gadało i milczało.Miał sympatyczny, niemalrozmarzony uśmiech na kościstej twarzy, która wyglądała tak, jakby najpierw ją zmięto, a potemniedokładnie wygładzono.Mocno opalony miał oczy niezwykle jasne i zielone.Zazwyczaj tryskały humo-rem, ale tego wieczoru były smutne.Podparł się łokciem i mruknął:- Kiepska sprawa.- Kiepska.- Widziałem ją dwa dni temu.Beztroska i wesolutka jak skowronek [ Pobierz całość w formacie PDF ]