[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.) - pokój i dobro; formuła pozdrowienia franciszkanów.] Czyżby nierozważnie zbliżył się z tą rozpustną i podstępną, nie znaną Mu bliżej niewiastą, która namaściła Jego nogi olejkiem? A nawet jeśli spłodził potomka, czy należało przywiązywać do tego aż tak wielkie znaczenie? I przeciwstawiać Kościołowi katolickiemu, prawowitemu spadkobiercy Mesjasza, wątpliwą linię krwi? Oddawać taką cześć potomstwu zrodzonemu z nierządu, bez świętego sakramentu małżeństwa?Coś jednak nie zgadzało się w moim oskarżycielskim łańcuchu myśli.Skoro mój pan papież jest bez skazy, czy nie powinien taki też być Pan Nasz, Jezus Chrystus? Tymczasem On - On! - obcował z tą z Magdali i za karę my, mnisi i kapłani, nie mamy prawa o czymś takim nawet myśleć, a cóż dopiero wprowadzić pięknie w czyn! To my pokutujemy za grzechy Pana, a nie odwrotnie!Przeszedł mnie dreszcz.Po raz pierwszy złorzeczyłem swojej przeklętej ciekawości, która mnie tutaj przygnała, ponieważ wyraźnie stałem się świadkiem czegoś, co nie było przeznaczone dla oczu i uszu osoby postronnej.I jeśli nawet nie pojąłem wszystkiego z przedziwnego widowiska, które się przede mną rozgrywało, i przypuszczalnie coś tam z gruntu fałszywie zrozumiałem, jedno było dla mnie jasne: dotknąłem rąbka tajemnicy przerastającej umysł prostego franciszkanina.Wiedziałem też, że nie powinienem puścić pary z gęby o tym, co tu zobaczyłem, jeśli nie chcę ucierpieć zarówno na ciele, jak i na duszy.Williamie, rzekłem sobie tkwiąc nadal w zaroślach, przecież teraz mimo woli stałeś się strażnikiem tajemnicy Graala! Ale nawet w tym momencie nie przypuszczałem, że oto istotnie wplątałem się w wielką tajemnicę.Na polanie było cicho.Po prawej i lewej stronie komandora siedzieli zasłużeni rycerze zakonu, za każdym z nich stał młodzieniec z dzbanem w ręku.Wszyscy milczeli, zastygli w bezruchu, nie można było dostrzec najmniejszego drgnienia.Potem Gawin stuknął krótko buławą o stół.Templariusze podnieśli i opróżnili stojące przed nimi puchary.Po następnym uderzeniu buławą odstawili naczynia; młodzi rycerze napełnili je znowu, gdy tymczasem Gawin, który nie pił, odwrócił kartę w księdze i wszyscy ponownie zapadli w owo kontemplacyjne odrętwienie.Nie wiem, jak długo gapiłem się na to nieme widowisko.Z zapatrzenia wyrwały mnie trzy uderzenia.Każdy z rycerzy siedzących przy stole zgasił jedną świecę, stojący za nimi postąpili tak samo, następnie starsi podnieśli się, pocałowali młodych podczaszych w policzki i w usta, Gawin zgasił ostatni płomień i scena pogrążyła się w ciemności.Ostrożnie, wzdrygając się przy każdym trzaśnięciu gałęzi pod stopami, wyślizgnąłem się z lasu i znów podszedłem do wartowników.Tym razem zaprowadzono mnie do Gawina, który siedział na składanym stołku przed namiotem.Długi stół wraz ze świecami i trupią czaszką zniknął.Blask obozowego ogniska sprawiał, że czerwony krzyż na płaszczu komandora błyszczał jak świeża krew.- Cóż to, mniszku, pędzi cię po świecie o tej porze? - spytał z odcieniem zwykłej ironii.- Czy nie wiesz, jak niebezpiecznie jest włóczyć się dzisiejszej nocy po lesie?Serce podeszło mi do gardła.On nic nie wie, nie może wiedzieć, że ja.! Nie doprowadziłem myśli do końca, jednakże diabeł żywiący się każdą winą popchnął mnie do tego, bym zadał pytanie, które uparcie chodziło mi po głowie:- Komu właściwie służy zakon templariuszy?Gawin oznajmił z niewzruszonym spokojem:- Jak sama nazwa wskazuje, ochronie świątyni w Jeruzalem.- To dlatego wielki mistrz rezyduje w Akce! - ośmieliłem się bezczelnie wtrącić.Gawin zagryzł wargi, lecz opanował się i ciągnął dalej:-.i utrzymaniu jedności wśród chrześcijan w Ziemi Świętej.- Tylko tyle? - wpadłem mu znowu w słowo.- I nie macie żadnych tajemnych obrządków? Żadnego skarbu?- Czy Terra Sancta nie jest dla ciebie dostatecznie cenna? - zapytał kpiąco, chociaż wyraźnie zagniewany, ja wszakże drążyłem dalej:- Mam na myśli skarb w skarbie, to co naprawdę jest warte ochrony, zakon stojący nad zakonem, właściwego władcę, wielkiego sternika, o którym się mówi po cichu, i tę Grande Maîtresse, która niedawno.- Gdzieś usłyszał to imię? - warknął.W jego spojrzeniu pojawiła się czujność, prawie złość.- Niech ci już ono więcej nie przejdzie przez usta! - ostrzegł mnie porywczo, a ja przysiągłem to w duchu natychmiast.Już i tak zaszkodziłem sobie nieostrożnym gadaniem.- Nie wszystko, co ktoś niepowołany posłyszy przypadkiem - pouczył mnie potem tak łagodnie, aż ciarki mi przeszły po grzbiecie - można później bezkarnie powtarzać.- Przyglądał mi się długo.- Mnichu - odezwał się wreszcie z uśmiechem - niech ci się nie wydaje, że uniwersytecka katedra czy klęcznik nauczyły cię obcowania z tym, co zdołali pojąć nieliczni.Nawet Ewangelii świętego Jana nie wyłożono wam jak należy, a że istnieją apokryfy, nie macie w ogóle pojęcia! Strzeż się, Williamie! Kusiciel przychodzi w rozmaitej postaci.Zapewne miał rację, bo chyba sam diabeł jeszcze raz mnie podbechtał, gdy w chwilę później Gawin podniósł się i chciał mnie zostawić, a ja chwyciłem go za rękaw.- Co to za dobro - spytałem - które należy ocalić?Komandor odwrócił się ku mnie powoli.- Williamie, nie pytaj i nie szukaj, bo tylko to może być dla ciebie ratunkiem.Jeszcze masz szansę się ustrzec [ Pobierz całość w formacie PDF ]