[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Teraz tak.i tak.tak.aajaj!Upuścił nóż.Chłopcy podskoczyli.– Co się stało? – spytała Carlee.– Co zrobiłeś?.Nie dokończyła pytania, bo wszystko było jasne.Wbrew zasadom, których uczył chłopców, Dave pociągnął nóż do siebie i skaleczył się w rękę.– Mocno? – spytała Carlee blednąc.Dave ściskał dłoń drugą ręką, a krew przelewała się między palcami.– Przynieś apteczkę! – krzyknął Dave.Carlee wpatrywała się w dłoń męża.Czerwona krew spływała po jego ramieniu i kapała na ziemię, tworząc kałużę w powietrzu unosiła się słodkawa woń.Carlee poczuła, że robi jej się niedobrze.Oparła się o ziemię, ale nadal nie mogła oderwać wzroku od Dave’a.Patrzyła na jego ręce umazane krwią.Nagle zobaczyła coś innego.Była.gdzie indziej.Stała przed oknem i zaglądała do wnętrza jakiegoś budynku.Widziała kobietę opartą o ścianę w rogu.Kobieta była cała zakrwawiona.Krew tryskała na jej ubranie, ścianę i podłogę.– Carlee, pomożesz mi czy nie?Głos męża dochodził z bardzo daleka, jakby nierealny.Prawdziwe było to, co widziała.Ta biedna kobieta przyparta do ściany.Krzyczała głośno, rozpaczliwie.Coś uderzyło ją ponownie, tym razem w szyję.Przeraźliwy krzyk zamarł i zamienił się w rzężenie.Krew bluznęła fontanną, zalała całe pomieszczenie.Słodkawa woń wypełniła powietrze.Carlee krzyknęła.– Co się z tobą dzieje? Straszysz dzieci!Zamknęła oczy.Zakrwawiona kobieta rozpłynęła się.Carlee otworzyła oczy i ujrzała nad sobą pochylonego Dave’a.Leżała na ziemi na wznak.Dave nadal trzymał się za dłoń, lecz krew już nie płynęła.– Nic ci nie jest?– Chyba nie.– Carlee zwilżyła językiem wargi.Zaschło jej w gardle.– Nie wiem, co mi się stało.Dave zmarszczył czoło.– Przyniosę apteczkę.– Poczekaj.Odszedł.Wrócił po chwili z dłonią owiniętą gazą.– To nic poważnego – powiedział.– Rana krwawiła mocno, ale to tylko powierzchowne zacięcie.– Usiadł koło żony.– Powiedz, co się stało?To jest coś poważnego, pomyślała Carlee.Nie otwierała oczu.Wszędzie jest krew.– Słyszysz mnie, Carlee?– Trzeba jej pomóc – powiedziała głośno Carlee.– Trzeba pomóc tej biednej kobiecie.– Carlee? – Dave ujął żonę za ramiona.– O czym ty mówisz?Carlee potrząsnęła głową i spojrzała na męża.Nie wiedziała, jak zacząć.– Co się stało?– To.to chyba widok krwi.– Zachowywałaś się, jakbyś była w transie.Carlee spostrzegła, że chłopcy stoją obok z zatroskanym wyrazem twarzy.– Nie martwcie się, nic mi nie jest.Naprawdę.Tylko.– Obejrzała dłoń Dave’a.– Szybko się zagoi.– Wiem.Chodzi o ciebie.Mówiłaś coś o krwi i.kobiecie.Naprawdę? Carlee nie pamiętała, co mówiła.Ale wiedziała, że Dave nie kłamie i rzeczywiście coś widziała.Zamknęła oczy i usiłowała sobie przypomnieć.Na próżno.Obraz zniknął.– Coś mi się zdawało – powiedziała uspokajająco.– To pewnie z głodu.– Poklepała chłopców po plecach.– Chyba czas zjeść kolację.Jakieś propozycje?– Bo ja wiem – odezwał się Gavin.– Pewnie znowu fasolka?Carlee roześmiała się.Poszli do namiotu.Przygotowując kolację, starała się rozwiać zły nastrój.Czuła, że Dave ją obserwuje.Wiedział, że coś się stało.Coś poważnego.Dlatego się martwił.Carlee pomyślała, że to całkiem naturalne, że mąż się o nią martwi.To, co się stało, było bardzo dziwne.To było inne niż wszystko, co.pamiętała.Rozdział 11Wieżowiec banku Oklahoma Tower, najwyższy budynek w Tulsie, w świetle zachodzącego słońca rzucał długi cień na centrum miasta.Ben starał się trzymać w tym cieniu, wcale jednak nie było mu przez to chłodniej.Zstępując z chodnika, poczuł wiszącą w powietrzu wilgoć.Jak w piekarniku, pomyślał.Usłyszał głośny płacz już na ulicy.Rzucił się pędem i po chwili otworzył drzwi.Joey leżał na biurku Jonesa, wkładając w krzyk całą siłę swoich maleńkich płuc.Twarz mu się zarumieniła, a z nosa ciekło.Jones stał nad dzieckiem, zatykając sobie uszy.– Nie wiem, co robić! – wrzasnął wysokim tonem, niewiele się różniącym od głosu Joeya.– Próbowałem wszystkiego.Brałem go na ręce, a potem kładłem.Mówiłem i nie mówiłem.Kołysałem i podrzucałem do góry!Złapał Bena za klapy marynarki.– Próbowałem mu nawet śpiewać, a ja nie śpiewam, Bóg mi świadkiem.Zdaje mi się, że mam to nawet zagwarantowane w umowie a teraz musiałem przypomnieć sobie idiotyczne pioseneczki, i na nic! Nie wiem, co mam robić!– A więc jak sobie radzisz z opieką nad dzieckiem?Jones patrzył na Bena osłupiałym wzrokiem.– Ten twój siostrzeniec doprowadzi mnie do szaleństwa.– Przykro mi to słyszeć.– Ben musiał przekrzykiwać płacz dziecka.– Co jest z nim nie tak?– Gdybym to wiedział.Pytam go od godziny, ale nie odpowiada.Lewe oko Jonesa drgnęło.Wszystko wskazywało na to, że jest bliski załamania nerwowego.– On ma dopiero siedem miesięcy, Jones.Jeszcze nie umie mówić.– A nie mógłby chociaż od czasu do czasu skinąć głową?W tym momencie do biura weszła Christina obładowana papierami.Obaj mężczyźni spojrzeli na nią z nadzieją.– Wielkie nieba! Coście zrobili temu biednemu dziecku?– Podejrzewam, że chodzi raczej o to, czego nie zrobiliśmy – mruknął Ben.Christina rzuciła akta na biurko.– No i co tak stoisz? Podnieś go [ Pobierz całość w formacie PDF ]