[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Podeszwa jej prawego botka odkleiła się w najmniejstosownym momencie, a ona nie miała pieniędzy na szewca.O nowych trzewikach mogła tylko pomarzyć.Pomyślała, żechyba prędzej osiwieje, niż kupi sobie buty.Znów będzie musiała prosić Ilię Antonowicza, żeby sprzedałjej „na krechę"kawałek skóry.Kozak prowadził kramik z artykułami metalowymi, który Rosjanie z dzielnicy traktowali jak jaskinię Ali Baby.Można tam było kupić gwoździe i guziki do ubrań,otwieracze do konserw i korki do butelek.W licznych szufladach Ilia trzymał wszystko, co „zawsze się może do czegoś przydać".I rzeczywiście, jego uboga klientela znajdowała dlatych przedmiotów różne sprytne zastosowania.Nawet gdyproszono go o coś całkiem niedorzecznego, odpowiadał zadowolony: „Ani we francuskim, ani w rosyjskim nie ma słowa n i e m o ż l i w e ".Było to zresztą jedno z niewielu zdań, które wypowiadałpoprawną francuszczyzną, grasejując.Mijając sklepik, dziewczyna zerknęła na wystawę.Jej długi u Ilii zaczynały osiągać wysokość rosyjskich długów we Francji.Kiedy, do diabła, będzie miała pieniądze, żeby je uregulować?Ku jej wielkiej rozpaczy sytuacja finansowa Ossolinówjeszcze się pogorszyła.Teraz zdarzało jej się pożyczać odjednych, żeby oddać drugim, a wszystkie rachunki zapisywała w małym, czarnym kajeciku.Niestety, wsparcie rosyjskiego Czerwonego Krzyża i stowarzyszeń charytatywnych -takich, jak komitet Zemgor - które doradzały uchodźcom,gdzie mają szukać pomocy prawnej lub materialnej i stypendiów dla uczniów, nie wystarczało do wyżywienia rodziny.A przecież po przyjeździe do Paryża Ksenia miała nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży.Przez te wszystkie lata tułaczki, gdy samotność stawała się nie do zniesienia, gdy chłód wdzierał się do ich namiotu na Lemnos, a szorstkie koce stawały się beznadziejnie wilgotne, cały czas marzyła o tym mieście.Marzyła o nim także później, podczas letnich nocypod śródziemnomorskim niebem nakrapianym gwiazdami,111gdy koszula kleiła jej się do ciała, a powietrze kładło sięmartwym ciężarem na udach i brzuchu.A także wtedy, napokładzie greckiego parowca, którym przypłynęli do Marsylii pewnego bezlitosnego grudniowego dnia, gdy wiał silny wiatr, i zeszli na ląd z resztą przemarzniętych pasażerów, którzy przez osiem dni morskiej podróży nie mieli nic ciepłego w ustach.Marzyła o Paryżu gorączkowo, żarliwie i rozpaczliwie.Musiała przecież w coś wierzyć, pocieszać się nadzieją na lepsze jutro, powtarzać sobie, że wkrótce trochę odpocznie, położy się i zaśnie.Po prostu zaśnie.Rzeczywistość była jak mocny policzek.Żywność i mieszkania w stolicy okazały się bardzo drogie.Zaraz po przyjeździe musiała sprzedać za bezcen ostatnie klejnoty matki.Gdy wyjmowała z kieszeni starannie owinięte w chusteczkę kolczyki ze szmaragdami i diamentami, prezent od Katarzyny Wielkiej dla ich przodka, który w XVIII wieku pomógł jejw zajęciu Krymu, nie mogła opanować drżenia palców.Wróciły obrazy z dzieciństwa, wspomnienia o rodzinnym mieście, o rycerzu z brązu i dumnych kamiennych lwach, o mieście pełnym przesady, wprawiającym ludzi w stan egzaltacjii szaleństwa, i zdawało jej się, że słyszy ponury trzask kry naNewie.Z namaszczeniem położyła kolczyki na suknie przedjubilerem i poczuła się podle, jakby brukała pamięć swojegoojca.Komplet był przeznaczony dla Cyryla, który pewnegodnia miał go dać swojemu pierworodnemu synowi, a ten swojemu, i tak aż do końca świata.Teraz ta tradycja obracała się w proch i pył.Jubiler starannie obejrzał kolczyki przez małą lupę przymocowaną do monokla.Palce miał grube, usiane czarnymi włoskami, a w jeden z nich wrzynała się obrączka.„Nie mogę zaproponować wiele, panienko.Wie pani, że rynek jest przesycony" - oświadczył z udawanym smutkiem.Rzeczywiście, trudno było zliczyć diademy, naszyjniki, pierścionki i bransolety, które imigranci upłynniali, żeby przeżyć.Znosili poniżenia w lombardach, gdy handlarze uznawali ich klejnoty112za „niższej jakości złoto".I zawsze słyszeli tę samą śpiewkę:teraz nikogo nie interesują rubiny i szmaragdy, zapotrzebowanie jest na rżnięte diamenty i na brylanty - a i tu zwracano uwagę na proporcje cięć.Jubiler był panem i władcą, KseniaFiodorowna mogła się jedynie podporządkować.Gdy znalazła się na placu Vendôme, tak skromnym i prowincjonalnym w porównaniu z miejscami, w których dorastała, poczuła zawroty głowy.Straciła ojczyznę i punkt odniesienia.Miała wrażenie, że stawia czoło wichurze z pustymi rękoma, ogołocona z własnej prawdy i wszystkiego, w cowierzyła.Każdy musiał uczyć się siebie od nowa.Niektórzyrobili to z odwagą, inni żyli z dnia na dzień, zmęczeni własnąegzystencją, która czasem przypominała karę boską.Byli teżtacy, którzy nie potrafili znieść tego wewnętrznego rozdarciamiędzy duszą a ciałem.Dla nich jedynym wyjściem było samobójstwo.Uchodźcy skupili się w kilku dzielnicach miasta.Ulica, naktórej osiedli Ossolinowie, miała całkowicie rosyjski charakter: szyldy wypisane cyrylicą, sklepik spożywczy pachnący kiszonymi ogórkami i wędzoną rybą, przechodnie o rumianych policzkach i głosy dochodzące na ulicę z półotwartych okien.Ludzie przychodzili do stołówki w godzinach jejprzerw, żeby podgrzać własne posiłki.W nędznych klitkachi trzeciorzędnych hotelikach dzielili się łóżkami: jedni chodzili do pracy na noc, drudzy - na rano [ Pobierz całość w formacie PDF ]