[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Podniosłem tekturkę i jeszcze raz przeczytałem wydrukowane na niej słowa.Serce napełnił mi lęk.Usiadłem na podłodze.„Pomyśl, Balram.Pomyśl o tym, co zrobił Bawół rodzinie służącego”.Usłyszałem łopot skrzydeł.Na całej stacji na belkach pod dachem siedziały gołębie.Dwa sfrunęły z belki i przyciągnąwszy czerwone pazury do piersi, zaczęły mi powoli zataczać kręgi nad głową.Niedaleko leżała na podłodze kobieta.Pod jej opiętą bluzką rysowały się kształtne, pełne piersi.Chrapała.Przez jasnozielony materiał widziałem wetknięty w dekolt jednorupiowy banknot.Nie miała bagażu.Jedna rupia - to było wszystko, co posiadała.I proszę bardzo - błogo chrapała i cały świat miała w nosie.„Dlaczego moje życie nie może być takie proste?”.Usłyszałem głuche warczenie.Obejrzałem się.Za moimi plecami biegał w kółko czarny pies.Z tyłu na lewym boku miał czerwonawo połyskującą otwartą ranę.Zwijał się i skręcał, bezskutecznie próbując dosięgnąć jej zębami.Oszalały z bólu, atakował ją, tocząc ślinę z pyska i na próżno krążąc jak po wyrysowanym cyrklem kole.Spojrzałem na śpiącą kobietę, na jej falujące piersi.Warczenie za moimi plecami nie ustawało.Tamtej niedzieli poprosiłem pana Ashoka, żeby mi pozwolił pójść do świątyni, i pojechałem do miasta.Najpierw autobusem do Qutubu, a stamtąd taksówką na G.B.Road.To jest, Panie Premierze, słynna delhijska „ulica czerwonych latarni” (jak mówią Anglicy).Godzina tam spędzona powinna mi wypędzić z głowy wszystkie złe myśli.Bo zatrzymywanie nasienia w dolnej części ciała powoduje złe krążenie płynów w górnej.W Ciemności wiemy, że to prawda.Dopiero była piąta, słońce jeszcze świeciło, ale kobiety na mnie czekały, jak czekają na wszystkich mężczyzn, przez cały dzień.Znałem już tę ulicę - wcześniej to Panu wyznałem - ale tym razem było inaczej.Słyszałem je nad sobą, te kobiety - ich szydercze głosy płynące z okratowanych okien - lecz teraz nie potrafiłem na nie spojrzeć.Przed pomalowanymi krzykliwym błękitem drzwiami burdelu siedział w drewnianej budce mężczyzna i robił paan.Na wilgotnych liściach, które wyjmował z miski z wodą, rozsmarowywał nożem korzenną masę.Na niewielkim kwadracie ziemi kulił się niżej drugi i na syczącym niebieskim płomieniu kuchenki gazowej gotował w garnku mleko.- Co ci się stało? Patrz na kobiety!Niski alfons z wielkim nosem pokrytym czerwonymi brodawkami złapał mnie za rękę.- Na pewno cię stać na zagraniczną dziewczynę.WeźNepalkę.Czyż one nie są piękne? Spójrz tylko, synu!Ujął mnie za brodę - pewnie myślał, że jestem wstydliwym prawiczkiem na pierwszej wyprawie w te strony - i zadarł mi głowę do góry.Widoczne zza krat Nepalki były rzeczywiście ładne: miały bardzo jasną skórę i chińskie oczy, które nas, Hindusów, po prostu doprowadzają do szaleństwa.Potrząsnąłem głową i uwolniłem twarz z jego dłoni.- Weź, którą chcesz! Weź wszystkie! Dasz radę, synu!Normalnie to by mi wystarczyło, żeby z bojowym okrzykiem na ustach wpaść do burdelu.Ale czasem to, co w człowieku najbardziej zwierzęce, może być w nim najlepsze.Od pasa w dół nic mi nawet nie drgnęło.„One są jak papugi w klatce.Jedno zwierzę pieprzyłoby drugie”.- Żuj paan - pomoże, jak ci nie chce stanąć! - krzyknął sprzedawca z budki.Potrząsnąłmokrym liściem, aż poczułem na twarzy krople wody.- Napij się gorącego mleka, też pomaga! - krzyknął przycupnięty na ziemi człowieczek gotujący mleko.Spojrzałem w dół.Mleko kipiało i spływało po bokach stalowego garnka.Jego uśmiechnięty właściciel drażnił wrzący płyn łyżką, a on pienił się coraz bardziej i syczał z oburzenia.Uderzyłem sprzedawcę, zepchnąłem go z jego grzędy, zrzuciłem liście na ziemię, przewróciłem miskę.Karła kopnąłem w twarz.Z okien rozległy się wrzaski.Zbiegli się alfonsi.Kopiąc i waląc łokciami, co sił w nogach uciekłem z tej ulicy.G.B.Road leży w Starym Delhi, o którym powinienem powiedzieć kilka słów.Proszę pamiętać, Panie Premierze, że Delhi nie jest stolicą jednego kraju, lecz dwóch - dwojga Indii.W Delhi oba te kraje się zbiegają, Jasność i Ciemność.Gurgaon, gdzie mieszkał pan Ashok, to jasny, nowoczesny kraniec miasta, a to miejsce, Stare Delhi, to kraniec przeciwny.Pełen rzeczy, o których nowoczesny świat całkiem zapomniał - ryksz, starych budynków z kamienia i muzułmanów.Ale w niedziele jest coś jeszcze.Gdy się Pan przepchnie przez zawsze tam obecny tłum, minąwszy po drodze mężczyzn, którzy innym mężczyznom czyszczą uszy, wpychając w nie zardzewiałe żelazne pręty; gdy Pan minie mężczyzn sprzedających rybki zamknięte w zielonych butelkach ze słoną wodą; minie targ tanich butów i targ tanich koszul - dotrze Pan do Darya Ganj, wielkiego bazaru z używanymi książkami.O tym bazarze mógł Pan już słyszeć, bo to jeden z cudów świata [ Pobierz całość w formacie PDF ]