[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Do widzenia.- Powiesił słuchawkę.- Niestety - oznajmił Maddenowi.- Wybrał się na golfa, ale nikt nie wie dokąd.- Dureń! - zaklął Madden.- Czemu nie pilnuje swoich interesów?!- Panie Madden! - zaczął z godnością Eden.- Golf! Golf! Golf! - pienił się Madden.- Więcej ludzi zmarnował ten przeklęty golf niż whisky.Gdybym ja się zabawiał na polach golfowych, nie byłbym dziś tym, czym jestem.Gdyby pański ojciec miał więcej oleju w głowie.- Mam wrażenie, że nasłuchałem się już dość pańskich impertynencji - powiedział Eden wstając.Madden zmienił nagle ton.- Proszę mi wybaczyć - powiedział - ale sam pan musi przyznać bezstronnie, że taki sposób załatwiania’ transakcji jest irytujący.Chciałbym, żeby naszyjnik został wysłany jeszcze dzisiaj.- No, przecież dzień dopiero się zaczął - zauważył Eden - niewykluczone, że zostanie dziś wysłany.- Mam nadzieję - zmarszczył brwi Madden.- Nie jestem przyzwyczajony do takiego zwlekania.Wyszedł z pokoju, gniewnie kiwając głową.Bob spoglądał za nim w zamyśleniu.Żeby Madden, posiadacz wielu milionów dolarów, przywiązywał tak niesłychaną wagę do jakiegoś naszyjnika.to wydało mu się dziwne.Może ojciec, bądź co bądź niemłody już i oddalony od nowojorskich rynków, popełnił jakiś horrendalny błąd w wycenie naszyjnika? Może jest on wart o wiele więcej i Madden chce wykorzystać tę omyłkę, zanim jubiler się zorientuje? To prawda, że ojciec dał słowo i nie wycofa się już z transakcji, ale może Madden tego właśnie się obawia?Młodzieniec nie mając nic do roboty wyszedł na patio.Chłodny nocny wiatr ucichł i oto przed oczyma Boba rozciągała się pustynia z opowiadań i piosenek, rozprażona w upalnym słońcu.Na piaszczystym podwórku koło kuchni dreptały dorodne kuraki i wyniosłe indyki, oddzielone siatką od grządek dojrzewających pięknych truskawek.Na nagich gałęziach topoli widać już było wyraźne pączki, zapowiedź przyszłego cienia.Ciekawe - pomyślał Bob - że tutaj, na tej zupełnej pustyni, wszystko rośnie tak bujnie.Przeszedł się kawałek.W pewnej odległości od domu znajdował się wielki zbiornik do połowy wypełniony wodą: jaki to musi być miły widok w upalne sierpniowe popołudnie! Wracając zatrzymał się przy papudze, siedzącej ponuro na swojej żerdce.- Hu-la-ma - zagadnął udając Chińczyka.Tony uniósł głowę i głośno odpowiedział:- Sung-kai-jat-bo.- No właśnie, wielka szkoda! - żartował Bob.- Gi fung-lo-hop - dodał ptak ciszej.- Może, ale ja słyszałem co innego - zakończył rozmowę Bob i rozbawiony wrócił do siebie.Zastanawiał się, co robi Charlie Chan.Widocznie uznał, że lepiej zastosować się do rozkazu Thorna i naprawdę nie zbliżać się do papugi, tym bardziej, że z okna pokoju sekretarza widać ją doskonale.Parę minut przed dwunastą usłyszał dźwięk klaksonu.Przyjechał Will Holley.Bob wstał i otworzył mu drzwi.- Witam - zaprosił uśmiechniętego dziennikarza.- Madden biedzi się właśnie z Thornem nad wywiadem dla pana, proszę tymczasem usiąść.- I podszedłszy bardzo blisko dodał cicho: - Niech pan pamięta, że nie przywiozłem pereł.Moja transakcja z Maddenem ciągle jeszcze nie jest zakończona.Holley spojrzał na niego z zainteresowaniem.- Co pan mówi? A wczoraj wieczorem wydawało mi się, że jest w porządku.Czy z tego wynika.- Opowiem panu wszystko szczegółowo później.Niewykluczone, że będę dzisiaj po południu w mieście.- A potem dodał głośniej: - Wspaniale, że pan przyjechał.Troszkę przygnębiająca jest ta pustynia.- Przywiozłem panu coś.To niewyczerpana skarbnica mądrości i dowcipu.- Wręczył Edenowi egzemplarz swojej gazety.- Numer z tego tygodnia, świeżutki spod prasy.Znajdzie pan tu wiadomość o podróży Louie Wonga do San Francisco i wszystkie inne nowiny nadające się do wydrukowania w naszym „Eldorado Times”.Młodzieniec usiadł w fotelu i zaczął przeglądać osiem małych stronic nowin i ogłoszeń miejscowych.- Jak widzę, dobroczynny kiermasz koła gospodyń udał się wspaniale, wszystkie członkinie pracowały z niezwykłym zapałem.- Tak, ale jeszcze bardziej podniecające wiadomości znajdzie pan na stronie trzeciej: coraz więcej kojotów pojawia się w naszej okolicy i ludzie zastawiają sidła.- W takim razie całe szczęście, że pan Henry Gratton opiekuje się fermą kurzą pana Dickeya, który przebywa właśnie w Los Angeles.Holley stojąc spoglądał na swoją małą gazetkę.- I pomyśleć, że kiedyś pracowałem w najlepszym dzienniku nowojorskim! Niech pan tego nie pokaże przypadkiem Harryemu Fladgate’owi.W czasach, kiedyśmy się przyjaźnili, byłem dziennikarzem z prawdziwego zdarzenia.Holley zaczął spacerować po pokoju, a po chwili spytał, przystając przed Bobem:- Ale, ale! Czy Madden pokazał już panu swoją kolekcję broni?- Nie, dotychczas nie było okazji.- Powiedziałbym, że jest bardzo interesująca, chociaż zakurzona.Louie Wong bał się jej dotykać.Niemal każdy eksponat posiada własną historię, która jest w skrócie wypisana na kartce umieszczonej obok.Proszę, tu na przykład: „Dla P.J.Maddena od Tila Taylora”.Taylor był najlepszym szeryfem, jakiego mieli kiedykolwiek w Oregonie.A to tutaj.Proszę spojrzeć na to cacko.Dostał je Madden od Billa Tilghmana.Ten rewolwer, drogi chłopcze, widział niejedno w dawnych niespokojnych dniach w Dodge City.- A ta rusznica ze szczerbami?- Należała kiedyś do Billa Kida.Wszyscy w Nowym Meksyku do dziś o nim mówią.A z tamtą strzelbą widywano zawsze Bata Mastersona [ Pobierz całość w formacie PDF ]