[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Facet ledwo zipie.– Musimy go przenieść do szpitala?Pytanie zadał drugi pilot o nazwisku Wimberly, którego koledzy nazywali Wimby.– Daję mu najwyżej dwie godziny – powiedziała pielęgniarka.– Jeśli zabierzemy go z powrotem do środka, znajdzie się w kostnicy przed kolacją i z przeszczepu nici.– Wierzę w ciebie, Nancy – rzucił Wimberly.– Leciałem z tobą ponad pięćdziesiąt razy.Nigdy nie straciłaś żadnego pacjenta.– Mówię ci, Wimby, krążenie może się zatrzymać w każdej chwili.– Jeśli to nastąpi – zapytał Hawkins – ile będziemy mieć czasu, żeby go przetransportować do Emory?– Ani chwili – pielęgniarka sprowadziła wszystkich na ziemię.– Ich protokół wymaga, żeby serce dawcy biło.Nie pobiorą dłoni, jeśli serce się zatrzyma.Kontroler lotu podał najświeższą prognozę pogody.– Na mapie widać chmury burzowe ciągnące się na zachód aż do Nashville.Nie rozwieją się aż do wieczora.– Cholera jasna! – zaklął Hawkins.– Mamy pecha.Na długą chwilę zaległa cisza, słychać było tylko skomlenie turbiny oraz świst wiatru.Potem usłyszałem w słuchawkach cichy głos.– Proszę – wyszeptała Carmen Garcia, która siedziała w drugim helikopterze obok Eddiego.– Proszę – Nie było w jej głosie histerii czy paniki, a jedynie smutek.– Jeśli wystartujemy teraz, mój mąż będzie miał szansę na przeszczep.Jeśli nie, wszystko stracone.Żaden z pilotów nie odpowiedział.Cisza była nie do zniesienia.Pielęgniarka spojrzała na mnie z bólem.– Proszę – powtórzyła Carmen.– Proszę was.– Proszę pani, ja przepraszam – odezwał się wreszcie Hawkins – nie możemy startować w takich warunkach.Złamalibyśmy przepisy.I narazilibyśmy ludzi na niebezpieczeństwo.Panią, pani męża, doktora Brocktona.Załogę lotu.Ludzi na ziemi, jeśli nastąpiłaby awaria.Nie możemy startować w tych warunkach.Przez szum słyszałem przyspieszony oddech żony Eddiego.– Oczywiście.Rozumiem.Proszę mi wybaczyć.Przepraszam, że jestem taką egoistką.Pielęgniarka zdjęła kask i maskę.Pochyliła się do przodu, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać.Dobiegły mnie westchnienia, a następnie szept Carmen, hipnotyczny i monotonny.Na początku nie mogłem zrozumieć słów, ale szybko zdałem sobie sprawę, że mówiła po hiszpańsku.– Ave María, llena eres de gracia.Uświadomiłem sobie, że się modliła, i rozpoznałem tę modlitwę: „Zdrowaś Mario, łaskiś pełna.”Nagle helikopterem zachwiało, śmigłowiec zadrżał i zakołysał się, a następnie poczułem, że jedna płoza się unosi.– Jezu Chryste – rzucił pilot.– Trzymajcie się.Wznieśliśmy się w powietrze.Śmigłowiec nie uniósł się, został podniesiony z lądowiska.Zatoczył się w jedną stronę i zachybotał.Pielęgniarka złapała za poręcze noszy i pionowe paski przymocowane do boków kabiny.Świat na zewnątrz zniknął tak dokładnie, jakby na okna zostały zarzucone białe koce.Helikopterem zarzucało, jakby był szczurem w pysku terriera.Wreszcie turbulencje złagodniały, kiedy maszyna znalazła się w bardziej stabilnej strefie chmur.Usłyszałem w słuchawkach głośno wypuszczane powietrze.– Wszystko tam w porządku? – zapytał pilot.Pielęgniarka włożyła z powrotem kask.Miałem powiedzieć, że nic nam nie jest, gdy usłyszałem wzburzony głos.– LifeStar 1, LifeStar 1, tu kontrola lotu, czy mnie słyszycie?– Kontrola, zgłasza się LifeStar 1.Słyszymy cię głośno i wyraźnie.– Co ty wyprawiasz, Hawk? – Irytację w głosie kontrolera zastąpiła mieszanina ulgi i złości – głos rodzica, którego syn lub córka o mały włos uniknęli niebezpieczeństwa.– Cholera, Hawk, dlaczego startujesz w tych warunkach? To może kosztować cię posadę.A może i licencję.– Posłuchaj, to dlatego.– zaczął Hawkins.– To było niesamowite – wtrącił się Wimberly.– Nagle w chmurach ni z tego, ni z owego otworzył się tunel.– Co za bzdury – warknął kontroler.– Nie wtrącaj się, Wimby.– Nie żartuję, tunel – nalegał Wimberly.– Miał jakieś sto może sto pięćdziesiąt metrów wysokości.Widoczność na jakieś siedem kilometrów.Nie wierzę, że go nie widziałeś.Pielęgniarka lotu i ja spojrzeliśmy na siebie.Przewróciła oczami i potrząsnęła głową gwałtownie: Nie ma mowy.Zacząłem rozumieć, co robi drugi pilot.– To było niesamowite – powiedział.– Hawk, jak tam na górze?– Nieźle – odparł Hawkins.– Jesteśmy na wysokości dwóch tysięcy metrów.Jest pięknie.– Przerwał.– Nie sądzę, żeby ten tunel wciąż był otwarty, co, Wimby?– Możesz powtórzyć?– Jest jakaś szansa, że tunel jest jeszcze otwarty?Wstrzymałem oddech.– Niech mnie diabli – wycedził Wimberly powoli.– Rzeczywiście, nadal jest otwarty.LifeStar 2 startuje.Jego głos podniósł się o pół oktawy i kilkanaście decybeli, kiedy to mówił.– Uch – westchnął po kilku minutach ciszy – to było interesujące.Kontroler lotu odezwał się ponownie i wyobrażałem sobie, jak przegląda przepisy prawne, aby sprawdzić, ile piloci ich złamali.Tym razem jednak mówił z troską, ale też podziwem.– Wimby, czy wyszedłeś z tego.tunelu bez szwanku?Pielęgniarka uśmiechnęła się do mnie.– Oczywiście że tak – zapewnił pilot.– Bułka z masłem.LifeStar 2 wchodzi na wysokość dwóch kilometrów.Jego głos znów był głosem profesjonalnego pilota, chociaż wydawało mi się, że usłyszałem w nim ulgę i lekką nutę dumy.– Bezpiecznego lotu – zakończył człowiek z wieży.– Chłopaki musicie mieć tam na górze przyjaciół.Miejmy nadzieję, pomyślałem, kiedy drugi śmigłowiec wyłonił się z chmury poniżej nas i oba helikoptery poleciały w kierunku Atlanty.Spojrzałem na monitor nad noszami Fausta.Serce nadal biło.Uznałem to za mały cud.Przeszczep dłoni, jako operacja eksperymentalna, nie był ujęty w standardowym oświadczeniu woli dawcy narządów, którą Faust miał w swojej karcie.Na szczęście przepisy dotyczące dawstwa narządów dopuszczały zgodę werbalną.Powiedziałem o ostatnim życzeniu Fausta i Rankin potwierdził moją historię.Nie byłem pewien, jak agentowi udało się usłyszeć słowa Fausta, ale przysiągł, że tak było, i postanowiłem mu uwierzyć.W ciągu kilku minut po tym, gdy mózg Fausta przestał funkcjonować, koordynator transplantacji w szpitalu uniwersyteckim powiadomił o tym agencję w Tennessee, a kilka godzin później doktor Alvarez przyjęła dawcę [ Pobierz całość w formacie PDF ]