[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Podobnie, jak ma się sprawa w przypadku zażywanianarkotyków?– Dokładnie tak samo.Dlatego na dobre musiałem się wyrzec alkoholu.– Czy nie brakuje ci prawdziwych drinków podczas przyjęć? – spytała Annie.– Czy nie odczuwam ich braku? Nie.A już na pewno nieżal mi tego, kim stawałem się pod wpływem alkoholu.Traciłem nad sobą kontrolę.I cieszę się, że nie jestem już taki.Czasami żałuję, że nie mogę, jak inni, wypić wieczorem lampkiwina czy kilku piw podczas letniego upału.Nie potrafiłbymjednak powstrzymać się od dalszego picia, dlatego też nie mogę zaczynać.Dziewczynka patrzyła na niego ze współczuciem.– Umiem za to zrobić wiele rzeczy, których inni nie potrafią – powiedział Colm wesołym tonem.– Przyrządzam cudowne sosy i wspaniałe desery, od których nie można oderwaćwzroku.– Ci okropni koledzy Briana zażyczyli sobie lodów wopakowaniach ze srebrnej folii! Czy możesz to sobie wyobrazić? – Annie prychnęła z lekceważeniem.– Rzeczywiście są obrzydliwe! – przyznał Colm i oboje209zaczęli się śmiać.W śmiechu dziewczynki jednak zabrzmiałaledwie słyszalna nuta histerii.– Czy na ścieżce stało się coś, co spowodowało, że upadłaś?– chciał wiedzieć Colm.Na twarzy Annie odmalował się wyraz czujności.– Nie, a dlaczego pytasz?– Tylko tak sobie.Czy mogę cię teraz odprowadzić dodomu?– Czuję się już dobrze, Colmie.– Oczywiście.Czyż oboje o tym nie wiemy? Ale ja i takmuszę codziennie spacerować.To coś w rodzaju zasady obowiązującej wszystkich kucharzy, aby nie urosły im zbyt dużebrzuchy, którymi trącaliby rondle.Roześmiała się, gdyż nie potrafiła wyobrazić sobie Colmao pulchnych kształtach.Był niemal tak samo szczupły, jak tato.Razem wyruszyli w drogę.Pod bramą spostrzegli RosemaryRyan.Wyjmowała z bagażnika swojego samochodu torbę-lodówkę z lodami.Annie zesztywniała.Colm spostrzegłzmianę w zachowaniu dziewczynki, lecz nic nie powiedział.– Wielkie nieba, Annie! Straszliwie się potłukłaś! Czyupadłaś, kochanie?– Tak.– Już wszystko w porządku – zapewnił ją Colm.– Te skaleczenia wyglądają paskudnie.Gdzie to się stało?– Na ulicy przed restauracją – odrzekła spiesznie dziewczynka.Barry spojrzał na nią zdziwiony.– I Colm przybiegł ci na ratunek – dopowiedziała zuśmiechem Rosemary.Zawsze uśmiechała się zalotnie do restauratora, choć nigdynie osiągnęła dzięki temu żadnego widocznego efektu.210– Właśnie.Nie mogę dopuścić do tego, aby ktokolwiekzobaczył, że ludzie przewracają się przed moim lokalem.Jeszcze by się to niekorzystnie odbiło na moich interesach – zażartował.– Miałaś szczęście, że nie przewróciłaś się na środku ruchliwej jezdni.– Rosemary, zaabsorbowana taszczeniem torby,straciła zainteresowanie niefortunną przygodą Annie.Zza domu dochodziły wrzaski przyjaciół Briana.– Publiczność czekana mnie i na lody – zaśmiała się perliście.– I nie muszę sięzbyt długo zastanawiać nad tym, na co bardziej.– Wyprzedziłaich i przeszła przez suterenę do ogrodu.– Dziękuję, Colmie.– Nie ma za co.– Nikogo nie powinno obchodzić.gdzie faktycznie upadłam, prawda?– Absolutnie nie powinno.Czuła, że jest mu winna wyjaśnienia.– Szukałam kota.Sądziłam, że jeśli zdołam go przez kilkadni przetrzymać w moim pokoju.rozumiesz?– Tak, rozumiem – odrzekł poważnym tonem.– Dziękuję za „Świętego Klemensa” i za wszystko, co dlamnie zrobiłeś.– Do zobaczenie, Annie.Babcia okazała się wspaniała, ponieważ ocaliła dla niejkilka kiełbasek.– Nie mogłam cię nigdzie znaleźć, dlatego włożyłam je dopiekarnika, żeby całkiem nie wystygły.– Jesteś cudowna, babciu.A gdzie się wszyscy podziali?– Czekają na tort urodzinowy, który ma zostać wniesionyniebawem, gdy tylko lady Ryan poustawia świeczki.– Mama nie znosi, kiedy ją tak nazywasz – zachichotałaAnnie i skrzywiła się z bólu, jaki poczuła w łokciu.211Babka bardzo się zatroskała.– Pozwól, że ci przemyję rany.– Już zostały opatrzone, babciu, i to jak należy, z użyciemśrodka odkażającego.Niech babcia spojrzy na ciocię Hilary wotoczeniu tych wszystkich okropnych chłopaków!– Hilary uwielbia przebywać w ich towarzystwie.Przyniosła dużą tarczę, do której się rzuca koła.Przed chwilą dzieciakizażarcie walczyły ze sobą o zwycięstwo.– A co miały otrzymać w nagrodę?– Och, jakąś grę elektroniczną.Hilary pracuje w szkole,więc wie, czym najbardziej pasjonują się chłopcy w tym wieku.– Dlaczego ciocia Hilary nie ma własnych dzieci, babciu?– Po prostu Bóg jej ich nie dał.– Dobrze wiesz, że to nie Bóg daje dzieci, babciu.– Nie bezpośrednio, ale pośrednio tak i twojej ciotce Hilarypo prostu ich nie zesłał.– Może ciocia nie lubi spółkowania – powiedziała w zamyśleniu Annie.– Słucham? – Nora straciła wprost mowę, co było nietypową dla niej reakcją.– Może postanowiła nie poddawać się procesowi ich spłodzenia.Rozumiesz, tak jak robią to koty czy króliki.Z pewnością są tacy ludzie, którzy nawet nie mogą o tym myśleć.– Niewielu jest takich – odrzekła sucho babka.– Złożę się, że w przypadku ciotki sprawa do tego sięsprowadza.Możesz o to zapytać.– Nie wypada pytać ludzi o takie rzeczy, Annie, wierz mi.– Wierzę, babciu.Wiem, że są sprawy, o których się niemówi i odsuwa je daleko ze swych myśli.Mam rację?– Całkowitą – przyznała babka z niewypowiedzianą ulgą.Potem zaczęli się schodzić rodzice przyjaciół Briana.W212ciepły letni wieczór stali w ogrodzie na tyłach domu przy TaraRoad i przyglądali się zabawie swoich pociech.Chłopcy tłuklisię nawzajem pięściami i zamęczając siebie oraz innych, odwlekali moment pójścia do domów.Annie obserwowała swychrodziców pośrodku grupy dorosłych.Podsuwali gościom tace zlampkami wina oraz małymi kanapkami z wędzonym łososiem.Tato często obejmował mamę ramieniem [ Pobierz całość w formacie PDF ]