[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Z wysiłkiem podniosłem się na nogi.– I dzięki za rozgrzewkę.– Proszę, informuj mnie w sprawie podejrzanego – powiedział.– Może spróbujesz napuścić na niego dwóch swoich ludzi, żeby się zabawili w złego i dobrego gliniarza? Żadnych rękoczynów, staromodny nacisk psychiczny.Wiesz, co mam na myśli.A przy okazji, jak się dogadujesz z zespołem? Wszystko się układa? Żadnych kwasów, niechęci i takich tam?Mogłem znów usiąść i wygłosić listę zarzutów dłuższą niż wiec partyjny, ale doprawdy mógł się bez tego obyć.Wiedziałem, że w Kripo pracują setki gliniarzy znacznie gorszych niż ci trzej, których mi przydzielono.Więc tylko kiwnąłem głową i powiedziałem, że wszystko w porządku.Przy drzwiach jednak zatrzymałem się i automatycznie wymówiłem te słowa, nawet o nich nie myśląc.Wymówiłem je bez żadnego przymusu; nie była to reakcja na cudze pozdrowienie, w którym to przypadku mógłbym się pocieszać, że po prostu starałem się nie wychylać i nie chciałem nikogo urazić.Nie, ja odezwałem się pierwszy.– Heil Hitler.– Heil Hitler – mruknął Nebe, nie podnosząc głowy znad dokumentu, który właśnie pisał, więc nie widział mojej miny.Nie mam pojęcia, jak wyglądałem.Niemniej ta mina, jakakolwiek była, wzięła się ze świadomości, że jeśli w ogóle mogę mieć pretensje do kogoś w Alex, to jedynie do siebie.10poniedziałek, 19 wrześniaTelefon dzwonił i dzwonił.Przedarłem się na drugą stronę łóżka i podniosłem słuchawkę.Akurat sprawdzałem, która godzina, kiedy Deubel coś powiedział.Była druga nad ranem.– Powtórzcie to.– Chyba znaleźliśmy tę zaginioną dziewczynę, panie komisarzu.– Nie żyje?– Martwa jak mysz w pułapce.Nie mamy jeszcze oficjalnego potwierdzenia, ale wygląda jak wszystkie pozostałe.Dzwoniłem do profesora Illmana.Już tu jedzie.– Gdzie jesteście?– Zoo Bahnhof.Kiedy zszedłem do samochodu, było jeszcze ciepło, więc otworzyłem okno, żeby porozkoszować się nocną jazdą i przy okazji trochę się rozbudzić.Dla wszystkich z wyjątkiem państwa Hanke, śpiących teraz w swoim domku w Steglitz, zapowiadał się piękny dzień.Jechałem na wschód Kurfürstendamm, mijając oświetlone neonami sklepy o geometrycznych kształtach.Kiedy skręciłem na północ w Joachimstaler Strasse, na końcu zamajaczyła w zielonej poświacie wielka szklarnia, znana jako Dworzec Zoo.Stało tam kilka wozów policyjnych, ambulans, zbędny w tej sytuacji, oraz grupka pijaków, właśnie przepędzanych przez policjanta, który w ten sposób niweczył ich zapędy, by się za wszelką cenę zabawić.Znalazłszy się w środku, ruszyłem przez główną halę biletową w stronę policyjnej barierki, odgradzającej biuro rzeczy znalezionych i przechowalnię bagażu.Błysnąłem odznaką dwóm ludziom pilnującym terenu i skręciłem za róg korytarza.Deubel wyszedł mi naprzeciw.– Co tu mamy? – zapytałem.– Ciało dziewczyny w kufrze, panie komisarzu.Sądząc z wyglądu i zapachu, przebywa tam od dłuższego czasu.Kufer zostawiono w przechowalni.– Profesor już dotarł?– I on, i fotograf.Na razie zdążyli tylko obleśnie rzucić na nią okiem.Chcieliśmy zaczekać na pana.– Wasza troskliwość jest wzruszająca.Kto znalazł te doczesne szczątki?– Ja, panie komisarzu, razem z mundurowym z mojej ekipy.– O? Jakeście to zrobili, zasięgnęliście porady medium?– Dostaliśmy anonimowy telefon, panie komisarzu.Na Alex.Ktoś powiadomił sierżanta dyżurnego, gdzie mamy szukać ciała, a on powtórzył to mojemu sierżantowi, który z kolei zadzwonił do mnie.Od razu przyszliśmy tutaj, zlokalizowaliśmy kufer i znaleźliśmy dziewczynę.Wtedy powiadomiłem pana.– Anonimowy telefon, powiadacie.O której to było?– Około północy.Właśnie schodziłem ze zmiany.– Chcę porozmawiać z funkcjonariuszem, który przyjął telefon.Lepiej niech ktoś od was dopilnuje, żeby nie poszedł do domu, przynajmniej dopóki nie złoży meldunku.Jak tu weszliście?– Nocny zawiadowca, panie komisarzu.Kiedy zamykają przechowalnię, zabiera klucze do biura.– Deubel wskazał grubego mężczyznę w nieświeżym kombinezonie, który stał kilka metrów dalej i obgryzał skórę z wnętrza dłoni.– To on.– Najwyraźniej przeszkodziliśmy mu w kolacji.Niech przygotuje nazwiska i adresy osób zatrudnionych w tym sektorze oraz godziny, kiedy rano zaczynają pracę.Chcę ich tu wszystkich widzieć; niech przyjdą jak zwykle, i niech przyniosą dokumenty i papiery.Zamilkłem, przygotowując się na to, co mnie czekało.– No dobrze – powiedziałem.– Pokażcie.Hans Illman siedział w przechowalni bagażu na dużej skrzyni oznaczonej „Ostrożnie, szkło” i z ręcznie skręconym papierosem w ustach przyglądał się, jak fotograf ustawia lampy i statyw aparatu.– A, Herr Kommissar – rzekł, wstając na mój widok.– Jesteśmy tu od niedawna i wiedziałem, że pan zechce, byśmy na pana zaczekali.Obiad gotował się trochę za długo, więc to się panu przyda.– Wręczył mi gumowe rękawiczki i spojrzał pytająco na Deubla.– A pan, inspektorze, siądzie do stołu razem z nami?Deubel skrzywił się.– Wolałbym nie, jeśli pan pozwoli.Normalnie bym spojrzał, ale mam córkę mniej więcej w tym wieku.Kiwnąłem głową.– Lepiej obudźcie Beckera i Korscha i ściągnijcie ich tutaj.Nie widzę, dlaczego tylko my mamy psuć sobie nastrój.Deubel odwrócił się, żeby odejść.– Ach, inspektorze – zatrzymał go Illmann – może zechciałby pan poprosić jednego z naszych mundurowych kolegów, żeby zorganizował jakąś kawę.Praca idzie mi lepiej, kiedy jestem rozbudzony.Przydałby się też ktoś, kto by robił notatki.Czy pański sierżant potrafi pisać czytelnie, jak pan sądzi?– Zakładam, że potrafi, proszę pana.– Inspektorze, co się tyczy ogólnych standardów edukacji w Orpo, to jedyne bezpieczne założenie jest takie, że ktoś umie wypełnić kupon totolotka.Proszę się upewnić, jeśli pan łaskaw.Wolę już sam notować, niż później odcyfrowywać egzotyczne bazgroły jakiejś prymitywnej formy życia.– Tak jest.– Deubel uśmiechnął się blado i poszedł wykonać polecenia.– Nie przypuszczałem, że jest taki wrażliwy – zauważył Illmann, patrząc za nim.– Coś takiego, detektyw nie chce oglądać ciała.To jakby handlarz win nie chciał spróbować burgunda, który zamierza nabyć.Nie do wiary.Skąd oni biorą tych zbirów?– To proste.Wychodzą na ulicę i zgarniają wszystkich mężczyzn w skórzanych spodenkach [ Pobierz całość w formacie PDF ]