[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ryan oparł się wygodnie o krzesło i wziął ze stołu kieliszek wina.Spojrzał na Florę, madame Tusard, a potem na Amerykanów.- Może i są wulgarni, ale wyglądają całkiem nieszkodliwie.- Jeden z nich jest nawet całkiem miły - orzekła Jo-sie.- Chyba właśnie rzucił mi bratek.Nie byłabym zaskoczona, gdyby wcale nie na patrzył ciebie, Floro.- Aktorka ubrana w suknię z głębokim dekoltem poklepała się lekko po piersiach, wyraźnie zadowolona.Przebiegła wzrokiem po twarzach zebranych, by sprawdzić, jaki efekt wywarły jej słowa.- Flądra! - syknęła Flora Mazent i ujmując kieliszek, szybko wylała jego zawartość na dekolt Josie.Aktorka krzyknęła i zerwała się z miejsca.Miotając przekleństwa rodem z najciemniejszych zaułków Paryża, doskoczyła do Flory.Ta szybko wstała, by uniknąć ataku.Pan Tusard i Ryan chwycili Josie, zanim zdążyła ruszyć za Florą.Monsieur Mazent wstał od stołu, zacierając ręce.- No, no - powiedział.- Spokojnie.Hermine roześmiała się perliście.Elene spojrzała na nią, wargi zadrżały jej lekko, po czym zawtórowała jej.Po chwili otaczająca ich publiczność też wybuchnęła gromkim śmiechem.W jednej chwili Flora zbladła jak ściana.Widząc jej zmieszanie, Elene zamilkła.Kiedy śmiech nadal grzmiał dalej, Flora zorientowała się, że wywołały go popisy komików na scenie i odetchnęła z wyraźną ulgą.Drżąc na całym ciele pozwoliła, by Durant odprowadził ją na miejsce, lecz dopiero wtedy, gdy upewniła się, że Josie siedzi spokojnie na krześle.Hermine spojrzała na Elene, unosząc brew w udanym przerażeniu.Jej rozbawienie jednak natychmiast ustąpiło smutkowi, gdy spojrzała na Morvena i wdowę, pochylonych czule ku sobie i coś szepczących.Nie zwracali w ogóle uwagi na otaczające ich zamieszanie.Do stolika podszedł kelner, niosąc na uniesionej nad głową ręce tacę z zamówionymi przez aktorów daniami.Elene, siedząca najbliżej wejścia do loży, pochyliła się, by mógł swobodnie przejść.W tym momencie napotkała spojrzenie Duranta wciąż stojącego za krzesłem Flory.Patrzył na nią z wyrazem napięcia w czarnych oczach, który można było również odczytać jako nieme oskarżenie.Hermine miała rację: w nowym ubraniu prezentował się niezwykle elegancko, lecz czarny kolor sprawiał, że wyglądał bardzo poważnie i trochę przerażająco.Na policzku miał wciąż bliznę po ranie zadanej mu na Santo Domingo.Tuż za Elene rozległo się nagle skrzypienie, gdy Ryan podniósł się z krzesła.Zadrżała, kiedy pochylił się do jej ucha.- Przejdziemy się chwilę, gdy Morven z paniami będą jedli kolację? - spytał, zniżając głos do szeptu.Zgodziła się ochoczo.Poczuła nagle przemożną chęć znalezienia się jak najdalej od skomplikowanych emocji, które targały ich niewielką grupą.Po pewnym czasie na pewno znajdą w mieście nowych przyjaciół, lecz na razie byli niejako skazani na siebie.Łączyły ich nie tylko tragiczne przejścia i konieczność stawienia czoła mieszkańcom Nowego Orleanu, którzy uważali ich za mało pożądanych gości, lecz również pełne emocji związki, które z dnia na dzień stawały się coraz bardziej skomplikowane.Przez chwilę szli w milczeniu.Elene wsunęła rękę pod ramię Ryana.Na alejkach panował spory tłok, gdyż wielu innych widzów po obfitym posiłku również zapragnęło zażyć trochę ruchu.Jednak w miarę jak oddalali się od sceny, spotykali coraz mniej osób, a odgłosy dźwięczących sztućców, śmiechu i głośnych rozmów cichły z każdym ich krokiem.W czasie, gdy jedli kolację, zrobiło się zupełnie ciemno.Wiele pochodni oświetlających alejki wypaliło się.Od czasu do czasu gdzieś rozlegał się chichot, a z gęstwiny krzewów słychać było czuły szept zakochanych korzystających z ciemności i zacisznego miejsca.Z oddali dobiegły ich nagle dźwięki muzyki, gdy na scenie rozpoczęły się tańce.Elene spojrzała na towarzyszącego jej mężczyznę.- Czy chciałeś ze mną o czymś porozmawiać?- Nie.Czy muszę mieć jakiś powód, żebyś zechciała się ze mną przejść?- Oczywiście że nie.- Elene zaniepokoiło wyraźne napięcie w jego głosie, choć bardzo starał się nad sobą panować.- Gambier patrzył dziś wieczór na ciebie jak kot na miseczkę śmietanki, której nigdy nie dostanie.- Wcale nie chciał tego powiedzieć.Poczuł się tak, jakby ktoś go do tego zmusił.- Może martwi się o mnie.Nasze rodziny przyjaźniły się przecież od lat.Zastanowił się, czy ona naprawdę w to wierzy, czy też tylko pragnie go uspokoić.- Zaraz mi powiesz, że kocha cię nad życie.Czy Durant rzeczywiście ją kochał? Nie miała powodów, by tak sądzić.Ale też nigdy nie dał jej do zrozumienia, że jest inaczej.- To nie ma już znaczenia, gdyż na pewno się nie pobierzemy.- Nie wątpię, że bardzo tego żałujesz.- Niczego nie żałuję - odparła ostro.Ryan się zatrzymał.- Nie zgodziłaś się wyjść za mnie ani za Gambiera.Tak przynajmniej twierdzisz.Czego tak naprawdę chcesz?- A muszę czegoś chcieć?- To przecież normalne.Chciała sprzedawać swoje perfumy, by móc zarobić na potrzeby swoje i Devoty.Chciała, by nieporozumienia pomiędzy nią i Ryanem odeszły w końcu niepamięć i by mogła odzyskać spokój.Pragnęła też odzyskać majątek, który jej ojciec w ciągu tych wszystkich lat zainwestował w posiadłość na Santo Domingo, choć nie miała nadziei, że jeszcze ją kiedyś ujrzy.Co jeszcze?Pozostała jeszcze jedna ważna rzecz.Chciała, by Ryan pożądał jej dla niej samej, a nie powodowany siłą magii.Sama myśl o tym sprawiła, że krew szybciej zaczęła krążyć w jej żyłach i ogarnęła ją fala gorąca.Na twarz wypłynął jej rumieniec i cieszyła się bardzo, że w panujących ciemnościach Ryan nie może go dostrzec.Serce waliło jej jak oszalałe.- Co się dzieje? - spytał.Nie poruszyła się, lecz usłyszał, jak wciąga głęboko powietrze, jakby poczuła raptem ukłucie bólu lub wielką radość.Wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia.Jej skóra była tak delikatna i miękka.Nagle zapragnął porwać ją w ramiona i posiąść ją, w tej pachnącej kwiatami pomarańczy ciemności.Trzy dni i trzy noce bez niej.To tak strasznie długo.A winę za wszystko ponosi duma.Doszedł bowiem do wniosku, że na pewno odmówi mu swego ciała, tak jak odmówiła ręki.Bojąc się kolejnego odrzucenia, czekał na jakiś jej znak.Nie otrzymał żadnego, a nigdy w życiu nie narzucał się żadnej kobiecie.Teraz poczuł, jak cała drży.Sprawiło mu to niemal fizyczny ból.Nie chciał, by przez niego cierpiała.- Elene.cherie - szepnął.Odetchnęła głęboko.- Chcę - powiedziała cicho drżącym, ledwo słyszalnym głosem - żebyś mnie pragnął.Jej słowa trafiły go prosto w serce.Zanim wybrzmiały, chwycił ją w ramiona i mocno przytulił.- Zawsze będę cię pragnął - szepnął prosto w jej jedwabiste włosy.Oparła dłonie o jego muskularny tors i uniosła twarz w delikatnym zaproszeniu.Jego szybka reakcja przepełniła ją radością niemal nie do zniesienia.Pragnął jej.Działała na niego jak dawniej i to bez tajemnej mocy pierwszych zrobionych przez Devotę perfum.Czuła na ustach jego ciepłe, miękkie wargi, jednocześnie czułe i natarczywe.Delikatnie przesunął językiem po jej wargach, smakując ich słodycz, domagając się więcej i więcej [ Pobierz całość w formacie PDF ]