[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–Nie martw się, Diego.Będę tak wymowny, że opuści go ochota, by przepytywać jeszcze ciebie.Brat Diego się roześmiał.Przyspieszyli kroku, kierując się w stronę wielkiego białego namiotu ustawionego pod zachodnią ścianą świątyni.Przy wejściu stał wartownik w ciemnych spodniach, w szarfie i zbroi, z lancą w ręku.–Dokąd to? Żołnierz opuścił broń na lewe ramię, zagradzając im przejście.–Czy to jest namiot ojca Estebana de Perea? – zapytał de Salas.–Ten namiot należy do Ojca Custodio Alonsa de Benavi-des – powiedział oschle – choć ojciec de Perea znajduje się w środku.Zakonnicy wymienili porozumiewawcze uśmiechy.–Jesteśmy Juan de Salas i Diego López – przedstawili się.– Miesiąc temu wyruszyliśmy na ziemie Indian Jumano i przynosimy wieści.Żołnierz pozostał niewzruszony.Nie zmieniając groźnej miny, odwrócił się i wszedł do namiotu.Wystarczyło kilka sekund.Górujące nad obozem milczenie przerwał charakterystyczny głos inkwizytora.–Bracia! – zawołał z namiotu.– Wejdźcie! Wejdźcie, proszę!Podróżnicy weszli do środka, kierując się okrzykami Estebana de Perea.W głębi namiotu, zebrani wokół długiego stołu, siedzieli de Perea, dwaj franciszkanie z jego grupy i czwarty zakonnik, którego żaden z misjonarzy nie potrafił zidentyfikować.Był to mężczyzna o surowym wyglądzie, gęstych siwych brwiach, głębokich zmarszczkach na czole, mięsistym i płaskim nosie oraz zadbanej tonsurze.Osiągnął już pół wieku, ale czas obszedł się z nim łagodnie, nadając mu majestatyczny, poważny wygląd.Nie mógł to być nikt inny, jak Portugalczyk, ojciec Alonso de Benavides, głowa Świętego Oficjum w Nowym Meksyku i najwyższy autorytet Kościoła katolickiego na tej pustyni.De Benavides przyjrzał im się od stóp do głów, ale pozwolił, żeby to Esteban de Perea zadał pierwsze pytanie.–Wszystko poszło dobrze? Ojciec Esteban był podekscytowany.–Boska Opatrzność czuwała nad nami, jak zawsze – odparł ojciec Juan.–A Dama? Co wiecie o Damie? De Benavides podniósł na nich wzrok, słysząc wzmiankę o błękitnej kobiecie.–Była bardzo blisko nas, ojcze.Niektórzy widzieli ją w pobliżu osady na dzień przed naszym przybyciem do Cueloce.–Doprawdy? Ojciec Juan spoważniał.–Mam na dowód nie tylko słowa, ojcze – powiedział.– Przynieśliśmy wam namacalne świadectwo tego, o czym mówimy.Dar z niebios.Ojciec Esteban i Alonso de Benavides wymienili zdumione spojrzenia, podczas gdy stary ojciec de Salas szukał czegoś w tobołku.De Benavides, człowiek uczony, poczuł dreszcz: radość bijąca od tego mnicha przypominała mu wydarzenia sprzed stu lat, w przeddzień Wigilii w 1531 roku, w twierdzy Tepeyac, w pobliżu Meksyku.Wtedy inny prosty człowiek, choć świecki, szukał wśród swoich rzeczy daru od Maryi Panny, który otrzymał od Niej, aby mógł przekonać sceptycznych duchownych.Ten mężczyzna nazywał się Juan Diego.Jego Maryję nazwano Matką Boską z Gwadelupy.Jednak z polecenia papieża Urbana VIII jej kult został zawieszony.Dlaczego ojciec Alonso miałby więc uwierzyć, że ten przedmiot, którego szukał dla nich ojciec Juan de Salas, pochodził od samej Matki Boskiej? Stary franciszkanin wydobył wreszcie swój dar.–Ten różaniec – oświadczył uroczyście, podając im doskonale zachowany sznur koralików – był darem od Błękitnej dla Indian z Cueloce.W oczach inkwizytora pojawił się błysk chciwości.Wziął do ręki czarne paciorki i pocałował krzyż.Następnie podał go ojcu de Benavides, żeby ten mógł go obejrzeć.Mnich rzucił okiem na różaniec i schował go między fałdami habitu.–Powiedzcie mi – odezwał się wreszcie de Benavides, który mówił z silnym portugalskim akcentem – w jaki sposób ten… dar trafił w wasze ręce.–Błękitna Dama podarowała go parze Indian Jumano.To oczywiste, że Matka Boska chciała nam go przekazać jako dowód swoich objawień.–Pozwólcie, że to ja zajmę się teologią – przerwał mu Custodio.– A dlaczego Dama nie objawiła się wam bezpośrednio, ojcze?–Eminencjo – wtrącił młody Diego López – wiecie doskonałe, że Bóg zachowuje swoje motywy tylko dla siebie.Niemniej jednak, jeśli pozwolicie mi poczynić pewną uwagę, Maryja ukazuje się tylko ludziom czystego serca i tym, którzy Jej potrzebują.Czyż nie objawiała się zawsze dzieciom i pasterzom?–Takie jest również wasze zdanie? – Ojciec Custodio zwrócił się oschle do ojca de Salas.–Tak, Eminencjo.–Uważacie zatem, że Błękitna Dama to Matka Boska we własnej osobie?–Dama, ojcze, jest nieznanym jeszcze objawieniem Maryi Panny.Jesteśmy tego pewni.Portugalczyk poczerwieniał.Dotknął kieszeni, do której włożył różaniec, po czym uderzył pięścią w – stół.–To nie jest możliwe! – wybuchnął.–Ojcze Alonso, proszę… – Esteban de Perea starał się go uspokoić, podając mu bukłak z zimną wodą.– Omawialiśmy już tę sprawę.–To nie jest możliwe! – powtórzył.– Mamy inny raport, który przeczy waszym wnioskom.Który podkopuje waszą hipotezę! Który rzuca światło na to oszustwo! De Benavides nie mógł się uspokoić.–Nie czytali ojcowie oświadczenia ojca Francisca de Porras? Tam znajdziecie wszystkie dane!–Ojca Francisca de Porras?–Nie mogą go znać, ojcze de Benavides – Esteban de Perea zabrał głos.– Ten dokument dotarł do nas po tym, jak wyruszyli do Gran Quivira.–Dokument? – Ojciec de Salas był blady jak ściana.– O jakim dokumencie mowa? Inkwizytor podszedł do niego z wyrazem współczucia malującym się na twarzy.Czuł głęboki szacunek do tego starca, który poświęcił życie nauczaniu w tak jałowej, pustynnej krainie.Było mu niemal żal, że musi zadać kłam jego słowom.–Ojcze – powiedział Esteban uspokajająco – gdy odeszliście z Indianami, ojciec de Benavides wysłał na północ tych terytoriów inną ekspedycję złożoną z zakonników.–De Porras? – zapytał.Ojciec de Salas słyszał już wcześniej to nazwisko.–Tak, ojciec Francisco de Porras stanął na czele grupy.Była to niewielka ekspedycja złożona z czterech zakonników eskortowanych przez dwunastu uzbrojonych ludzi.W dniu świętego Bernardyna dotarli do Awatovi, największej osady Indian Moqui, i założyli tam misję, której nadali nazwę od imienia świętego.To tam – ciągnął – otrzymali wiadomość, którą chcemy wam teraz przekazać, ojcze de Salas.–Wiadomość? Od Indian?–Z pewnością słyszeliście już o tym plemieniu, choć pod inną nazwą.Indianie ci nazywają samych siebie Hopi lub Hopitus, czyli „spokojni".Żyją około sześćdziesięciu mil stąd [ Pobierz całość w formacie PDF ]