[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tyler karmił źrebię, które ssało butelkę równie chciwie jak parę godzinwcześniej.Tyler podniósł wzrok i drgnął zaskoczony, widząc Zoey.- Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć.Zamierzałam tylko zobaczyć, jak małysię miewa.Tyler uśmiechnął się.- Jak widzisz, ma zdrowy apetyt.I silniejszy oddech.Myślę, że ma dużą szansę naprzeżycie.- To dobrze - powiedziała z ulgą Zoey.Przez chwilę milczała, po czym spytała zzaciekawieniem: - Jak go nazwiesz?- Nie wiem.Jeszcze o tym nie myślałem.A może ty wybierzesz imię? -zaproponował.Zoey była przejęta.- Naprawdę? Mogę wybrać imię?Tyler skinął głową.- Byle nie było głupie.- Nie wybrałabym głupiego - najeżyła się.- W porządku.To jak będzie? Przez chwilę intensywnie myślała.R S- Cóż, ma taką ładną, rudobrązową sierść.Może Rudy? Tyler zastanawiał się nadpropozycją.- Nieźle.- Powoli pokiwał głową.- Dobrze.Niech będzie Rudy.Zoey promieniała.- Dobrze.Patrząc na karmiącego źrebię Tylera, nagle zobaczyła go jako małego chłopcadorastającego wśród zwierząt, włóczącego się po niemal bezkresnym ranczu,doświadczającego takiej wolności, jaką ona mogła sobie jedynie Wyobrazić.- O czym myślisz? - spytał.Zdała sobie sprawę, że on też się jej przygląda, chociaż tego nie zauważyła.- Myślałam o tym, jak bardzo twoje życie różni się od mojego - odpowiedziałapowoli.172Nachmurzył się.- Chodzi ci o to, że żyjesz w wielkomiejskiej, wyrafinowanej i kulturalnejatmosferze, a ja mieszkam w jakiejś głuszy?Parę dni temu właśnie to miałaby na myśli.Ale nie teraz.- Nie, wcale nie - wyjaśniła szybko.- Przyszło mi do głowy, że pewnie dorastałeś,mając dużo wolności.Na pewno nauczyłeś się jeździć konno, jak tylko umiałeś chodzić.- Wcześniej - poprawił ją z lekkim uśmiechem.Jego irytacja znikła.- No właśnie.A ja dorastałam w małym domu w małym mieście, gdzie zawszeotaczali mnie ludzie i bardzo trudno było o odrobinę samotności.A jedyne zwierzęta, jakieznałam, to psy i koty.Spojrzał na nią z zaciekawieniem.- Czemu chciałaś być sama?Wzruszyła ramionami, starając się zbagatelizować znaczenie swoich słów.- Chciałam po prostu móc trochę Porozmyślać w spokoju.- Aha, więc byłaś samotnikiem? - drażnił się z nią Tyler.- Coś ty, z dwoma wstrętnymi młodszymi braćmi, którzy ciągle włazili mi w drogę?W jego oczach pojawił się figlarny błysk.- Mogę się z nimi identyfikować.Sam byłem wstrętnym młodszym bratem, któryR Sciągle właził w drogę Laurie.- Cóż, w imieniu wszystkich starszych sióstr świata chciałabym ci powiedzieć, żebyliście strasznie upierdliwi.Tyler zachichotał.- Myślę, że każdy z nas świetnie o tym wiedział.i nic nas to nie obchodziło.Przez chwilę milczeli, a następnie ku zaskoczeniu Zoey Tyler powtórzyłwcześniejsze pytanie:- Czemu chciałaś być sama?- Już ci mówiłam - odrzekła wymijająco - chciałam Porozmyślać.- O czym?Wiedziała, że nie wykpi się żartem.- Próbowałam zrozumieć życie - powiedziała powoli, nie patrząc mu w oczy.173- A co w nim było niezrozumiałego? - dopytywał się Tyler.Nie mogła się dłużej wykręcać.Zmusiła się, by na niego spojrzeć.- Nie rozumiałam, dlaczego jednego dnia mój ojciec wracał z pracy, przynosił misłodycze i mówił, że mnie kocha, a następnego już go nie było.- Umarł? - spytał odruchowo Tyler.Pokręciła głową.- Nie.Po prostu.odszedł.- I nigdy więcej go nie widziałaś?Ponownie pokręciła głową, ale tym razem nic nie powiedziała, w obawie że głos jejsię załamie.- Nigdy nie mogłem pojąć, jak można odejść od dziecka.- W głosie Tylerapobrzmiewało szczere zdumienie.- Może to łatwe, jeśli dziecko nie jest warte tego, żeby je kochać - odrzekła Zoeyledwo słyszalnym głosem.Tyler jednak ją usłyszał.- Przestań - rzucił ostro.- Nie rób sobie wyrzutów.Jakikolwiek był powód odejściatwojego ojca, ty nic tu nie zawiniłaś.Zoey odwróciła wzrok zakłopotana, gdyż ujawniła swą najgłębiej skrywanąR Sniepewność.- Przepraszam - dodał po chwili Tyler łagodniejszym tonem.- Nie chciałem, żeby tozabrzmiało tak napastliwie.Kiedy to powiedziałaś, przypomniałem sobie śmierć mojejmatki.Przez dłuższy czas myślałem, że to musiała być moja wina.To straszny ciężar dladziecka i dopiero po latach udało mi się od niego uwolnić.Nie chcę, żebyś czuła się taksamo.W porządku?Spojrzała wreszcie na niego.- W porządku - szepnęła.Przez chwilę nad czymś się zastanawiał.- Może mamy ze sobą więcej wspólnego, niż myślałem.Oboje dorastaliśmy bezktóregoś z rodziców.174- Do chrzanu z takim dzieciństwem - powiedziała Zoey.Tyler uśmiechnął sięponuro.- Właśnie.Spojrzeli na siebie, czując, że między nimi pojawił się pomost.W tej chwili niemiały znaczenia dzielące ich różnice [ Pobierz całość w formacie PDF ]