[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Marian, kotku, kopę lat!Wychyliłam się zza talii Ruby.U stóp schodów, ubrana i wyprostowana, stałamoja matka.Wyglądała drobno i wróblowato przy poręczy, sukienka zwisała z drążków jejramion, z wielkich i luźnych butów wystawały listewki stóp.Babcia wyciągnęłaręce, by ją uściskać, a ja skuliłam się, myśląc, że matka rozpadnie się w proch wwielkich ramionach Ruby.Ojciec podszedł do matki i objął ją ramieniem w talii, żeby ją podtrzymać wpionie, ona zaś palcami chwyciła go za tył koszuli, kiedy prowadził ją przez salon, apotem posadził na kanapie.- Marian dopiero co chorowała - wyjaśnił.- Jeszcze jest trochę słaba.Jack i Ruby spojrzeli po sobie, a ja stanęłam pomiędzy nimi.- Jak długo zostajecie? - zapytałam.Oczy Ruby spoczęły na mojej matce.- Jakiś czas - odparła.- Znasz papę Jacka.Musi spędzić trochę czasu naZachodzie, żeby mu mózg nie eksplodował.- Jack stanął w wejściu,wpatrując się w stajnię z ramionami skrzyżowanymi na piersi.Nie wyglądał,jakby jego mózgowi kiedykolwiek groziła eksplozja.Ojciec pochylił się i lekkodotknął ramienia matki.- Nic ci nie jest? - zapytał.Podniosła oczy, ciemne i zapadnięte na tle białych kości policzkowych.- Jestem zmęczona - powiedziała.Ruby przeniosła Pom-Poma pod drugą pachę i powachlowała się różową rączką.- Jezu Chryste, Jody, tutaj jest jak w piekarniku.- Całe jej ciało się kołysało,kiedy machała sobie ręką przed twarzą, po drżących czerwonych policzkachpociekła spod włosów strużka potu.- Klimatyzacja się zepsuła - powiedział ojciec.Jack podniósł wzrok na sufit.- Och, tak? A co jej się stało?- Jest zepsuta - powtórzył ojciec.- Wejdę tam jutro zobaczyć - powiedział Jack, a usta mojego ojca zacisnęły się wwąską linię.Ruby ugotowała obiad w naszej kuchni, podczas gdy ojciec i dziadek prowadzilisztywną rozmowę o podróży, pogodzie i fali upałów.Nakryłam do stołu, a mojamatka siedziała na kanapie, wpatrując się w ciemny ekran telewizora, jakby coś nanim było.Kątem oka przyglądałam się jej, zastanawiając się, co ojciec jejpowiedział na górze, jaką umowę zawarli.Próbowałam sobie przypomniećpoprzednią wizytę Jacka i Ruby, przypomnieć sobie, czy matka się ubrała i zeszła nadół, czy wcześniej grała swoją rolę - normalnej, szczęśliwej kobiety leczącej się zinfekcji.Ale z ostatniej wizyty dziadków pamiętałam tylko uporczywe zapewnieniaRuby, że moja siostra wygląda kropka w kropkę jak ona w tym samym wieku, ikrótkotrwałe upodobanie Nony do wymiotowania po posiłkach.Kiedy Ruby niosła jedzenie z kuchni, mój ojciec objął matkę w talii, pomagającjej wstać i prowadząc ją do stołu.Ruby zerknęła na nią znad miski tłuczonychziemniaków.- Podczas ostatniej naszej wizyty też byłaś chora, Marian - powiedziała, a matkaspojrzała na nią zdumiona.- Naprawdę? - spytała.- Dziwne.Zazwyczaj mam końskie zdrowie.W czasie obiadu Pom-Pom truchtał dokoła stołu, skowyczał i stawał na dwóchłapkach, żebrząc o jedzenie.Mój ojciec przyglądał mu się, wydymając usta zobrzydzenia.- Lepiej nie wpuszczajmy tego psa do koni - powiedział.- Zdrapywalibyśmy zpodłogi jego mózg.- Nie sądzę - odparł Jack.- Psy nie mają mózgu.Ruby wydęła usta jak śliwkę, wzięła kawałek chleba z talerza, rozmoczyła go wsosie z pieczeni, po czym dała Pom-Pomowi zlizać go z palców.Po drugiej stroniestołu moja matka odchyliła głowę, krztusząc się cicho.- A więc, Alice - zagadnęła Ruby.- Ile to masz już lat?- Dwanaście - odparłam.- Masz chłopaka?Spuściłam wzrok, kręcąc głową, że nie.- Twoja kuzynka Kissy też ma dwanaście lat - powiedziała Ruby.- A chłopakówma trzech.Mój ojciec kopnął pod stołem Pom-Poma, który burknął.- Jak jakaś dziwka - rzucił.Po drugiej stronie stołu moja matka wpatrywała się we mnie z dłońmisplecionymi na kolanach.Przed nią stał talerz z nietkniętym jedzeniem.- Ile masz lat? - spytała matka.- Dwanaście - powtórzyłam.- Niemożliwe.- Jej twarz się ściągnęła, a usta zaczęły drżeć.Na krześlewyglądała na drobniutką, sukienka zwisała z drążków jej ramion, chudziutkieramiona wyglądały jak gotowane makarony.Potoczyła wzrokiem po pokoju, pokątach, po suficie, po ścianach za nami, jakby nagle obudziła się ze snu i stwierdziła,że znajduje się w miejscu, w którym jeszcze nigdy nie była.Jack i Ruby wpatrywali się w nią bez słowa, a mój ojciec przeskakiwałwzrokiem między nimi.- Marian - powiedział w końcu.Jego głos był cichszy od szeptu, ale onaskierowała wzrok na niego i wymienili jakieś milczące słowa, zrozumieli się.Zamętw oczach mojej matki rozpierzchł się niczym chmury.Odwróciła twarz dodziadków, kąciki jej ust wykrzywiły się w niepewny uśmiech.- Czas płynie tak szybko - wyszeptała.- Zupełnie mi umyka.- Komu ty to mówisz? - Ruby widelcem wskazała mojego ojca.- Wydaje mi się,że ten tu jeszcze wczoraj latał z pieluchą.Boże Wszechmogący, Jody byłnajpiękniejszym dzieckiem na świecie.Miał takie delikatne blond włoski i długiewspaniałe rzęsy.Ludzie ciągle mnie zatrzymywali i mówili: „Och, jaki cudownybobas!".- Ruby roześmiała się na całe gardło, uderzając dłonią o stół.Ojciec bębniłpalcami po udzie i odwrócił się, by spojrzeć na zegar.- Nie widziałem starego Barta - powiedział Jack po chwili, tnąc mięso na talerzuna wąskie, równe kawałki.- Przeniosłeś go do stajni?- Bart nie żyje - odparła matka, a z drugiego końca stołu ojciec posłał mispanikowane spojrzenie.Powiedzieliśmy jej, że Bart jest na farmie w Nebrasce,gruby i szczęśliwy.- Był chory i trzeba było go dobić.Jack opadł na oparcie, przez chwilę oswajając się z tą wiadomością.- Cholera - zaklął.- Kiedy?- W zeszłym roku - odpowiedziała mu matka.Jack westchnął do sufitu, potem kiwnął głową i wrócił do posiłku.- A co z zastępcą?Ojciec powoli żuł swoje jedzenie, obracając je w ustach i zerkając bokiem namatkę.- Trzymam rękę na pulsie.- Musisz mieć ogiera, chłopcze - powiedział Jack.- W stajni musi być ogier.Wszyscy jeszcze jedli, kiedy moja matka wstała z oczyma utkwionymi wschodach.- Chyba się położę.- Powinnaś - powiedział ojciec i podniósł się z krzesła.- Miałaś ciężki dzień.Jedną ręką trzymając ją za łokieć, odprowadził do schodów, potem się pochylił iobdarzył ją długim, dziwnie wyglądającym pocałunkiem w bok głowy.Kiedy jużznalazła się na górze, wszyscy milczeli przez chwilę.Talerz matki stał na stole znietkniętym jedzeniem, obok czystych sztućców leżących na wciąż złożonejserwetce.Ojciec zaczął sprzątać naczynia, a ja zerwałam się mu pomóc.- To musiała być koszmarna infekcja - powiedział Jack [ Pobierz całość w formacie PDF ]