[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Najpierw kierowca! I ręce trzymać na widoku!Reichardt zmarszczył brwi.Dziwny początek jak na mandat za przekroczenie szybkości.Ruchem głowy kazał Brandtowi posłuchać rozkazu.Może policja w Wirginii zachowywała szczególną ostrożność w nocy? Tak czy owak bez sensu byłoby przeciwstawiać się poleceniom władzy, skoro prawnicy Caraco potrafili załagodzić wszystkie nieporozumienia.Brandt otworzył drzwiczki i postawił nogę na ziemi, ale zamarł, gdy z ciemności rozległ się wrzask:–Wolf, to pułapka1 Uciekaj!Głos nagle został zduszony.McDowell!W jednej chwili Reichardt zrozumiał co się stało.To Gray i Thorn jechali za nim! Porwał z podłogi swoją walizeczkę i warknął do Brandta:–Zabij ich!Thorn zobaczył jak kierowca Chryslera wyskakuje szczupakiem z drzwi i toczy się po drodze, aby zniknąć w ciemnościach.Jeszcze w trakcie tego manewru zdołał wystrzelić.Przednia szyba Forda zmatowiała w mgle odłamków.Thorn skulił się i chwycił za klamkę.–Wolf wyskoczył na drugą stronę! – ostrzegła Helen.– Schronił się w drzewach!–Drzwiczki koło niej były już otwarte; w ręku trzymała Berettę.–Dobra! – Thorn otworzył drzwiczki i rzucił się na asfalt.– Ty bierz jego.Ja zajmę się kierowcą.Kolejny pocisk przestrzelił jedną z bocznych szyb i dach, sypiąc odłamkami szkła i metalu.Nazbyt byli pewni, że zdrajca jest już całkowicie załamany.Niezależnie od kłopotów, jakie pojawiłyby się, gdyby pod jakimkolwiek pozorem zatrzymała ich policja, należało go jednak związać.Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby go trafił jakiś rykoszet, pomyślał mściwie.Helen skoczyła w zagajnik, skulona, pamiętająca o tym, żeby samochód osłaniał ją od strony kierowcy Wolfa.Ze Smithem w ręku Thorn okręcił się i schował za bagażnikiem samochodu i niemal w tej samej chwili kula rozdarła prawą oponę, odbiła się rykoszetem od szosy i poszybowała w las.Peter stoczył się w trawę rosnącą na poboczu drogi.Do diabła, niewiele brakowało!Odczołgał się w lewo, oddalając się od obu samochodów, stojących jeden za drugim.Zatrzymał się przy kamieniu, na pół skrytym w zaroś-Dzień gniewulach.Z pistoletem w obu dłoniach wpatrywał w ciemną wstęgę lasu po drugiej stronie.Nie słychać było najlżejszego dźwięku, ucichły nawet jęki McDowella.Wtulony w głaz, Thorn usiłował odgadnąć kogo ma za przeciwnika.Byłego żołnierza, nawykłego do walki w terenie, czy może zbira Stasi, którego królestwem był labirynt miejski?Wyszukał odpowiedniej wielkości kamień, a potem cisnął go w górę niczym granat.Kamień zatoczył wysoki łuk, odbił się od maski Forda i poleciał w trawę.Tamten zareagował natychmiast; dwa strzały skrzesały iskry z karoserii samochodu.Bez chwili wahania Thorn zerwał się, przeskoczył przez drogę i schronił między drzewami.Ostrożnie przesuwał się za nimi, nasłuchując uważnie i starannie macając opuszkami palców teren, aby nie nastąpić na zdradliwą gałązkę.Gdzieś blisko metal szczęknął o kamień.Torn znieruchomiał.Był teraz bliżej drogi, o kilka metrów od miejsca, gdzie dostrzegł w ciemności ogniste smugi.Kierowca Wolfa nie zmienił stanowiska, a przynajmniej nie bardzo się oddalił.Mógł sobie wyobrazić rosnący niepokój tamtego.Każdy najmniejszy szmer był alarmujący.Ptak przefruwający z gałęzi na gałąź.Jaszczurka w trawie.Szelest wiatru w zaroślach.Poruszając się z nieskończoną cierpliwością i delikatnością, Thorn oparł się plecami o pień sosny i okręcił wokół niego.Oczy całkowicie już nawykły do ciemności.Bingo.W odległości pięciu metrów mógł rozpoznać w mroku sylwetkę mężczyzny, który przywarował za kamieniem.Dobra osłona przed kimś, kto zaatakowałby z przeciwnejstrony drogi.Gałęzie poruszyły się w lekkim powiewie, a w świetle gwiazd, któreprzedarło się przez powstałą lukę, zamigotała lufa pistoletu.Peter rozważał możliwości.Gdyby to była czysta sytuacja walki, wpakowałby kilkapocisków w plecy przeciwnika, żeby móc się potem zająć Wolfem.Sprawa jednak niebyła czysta.On i Helen działali poza granicami prawa.Strzał bez ostrzeżeniazostałby najpewniej zakwalifikowany jako morderstwo.Nie, na to nie mógł sobiepozwolić.A poza tym, potrzebni im byli jeńcy, którzy odpowiedzą na pytania, anie trupy.Wziął płytki oddech, potem powoli wypuścił powietrze.Trzymając Smitha wzłączonych dłoniach postąpił o krok i warknął:–Rzuć broń albo zginąłeś!Przez ułamek sekundy miał nadzieję, że tamten się podda.Mylił się.Nagła strzelanina w pobliżu zaskoczyła Reichardta.Przekradał się lasem możliwie jak najszybciej, a zarazem bezgłośnie.Zatrzymywał się co chwila, nasłuchując pościgu, ale nie było żadnych dźwięków.Czyżby oboje wzięli się za Brandta? Wizja nazbyt piękna, aby mogła być prawdziwa; tak czy owak, będą z nim mieli kłopoty.Facet bez specjalnej wyobraźni, absolutnie jednak lojalny.Poczekał na następne wystrzały.Cisza.Ciągle jeszcze dysząc po szaleńczej ucieczce w las, rozejrzał się dookoła.Był o dobre sto metrów od drogi.Podczas panicznej ucieczki porobił sobie dziury w spodniach i kurtce, krwawiła także dłoń, nadal jednak miał broń, walizkę i telefon.Telefon! Mógł wezwać na pomoc ochroniarzy Ibrahima czy nawet miejscową policję! Sięgnął do kieszeni i zaklął w duchu.Telefon zniknął.Musiał go zgubić w biegu.Otarł spotniałe ręce, najpierw jedną, potem drugą, o kurtkę.Jeśli uda mu się oderwać od prześladowców, może się schronić w jakimś domu, prosząc o ratunek przed bandytami albo może zatrzymać samochód.Ruszył przed siebie.Teraz bardziej zależało mu na osłonie, którą dawał las, niż na szybkości, którą zapewniała droga.Uderzył o niską gałąź, która rozdarła skórę na policzku.Znowu zmełł w ustach przekleństwo.To niesłychane! Jako funkcjonariusz enerdowskiej służby bezpieczeństwa, a potem terrorysta do wynajęcia, od ponad dwudziestu lat żył w walce, zawsze jednak był myśliwym, ale nigdy zwierzyną!Przemknął przez kępę krzaków i znieruchomiał.Przed sobą miał leniwy strumyk, niespecjalnie szeroki, wystarczyłby właściwie skok.Drugi brzeg był jednak błotnisty, a poza tym poprzez lukę między gałęziami padało więcej światła.Dzień gniewuObejrzał się za siebie; beznadziejna sprawa, pod drzewami było ciemno, choć oko wykol [ Pobierz całość w formacie PDF ]