[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Może to tylko taka zagrywka, by ją wypróbować.Tak, chyba o to idzie.Usiłuje się stawiać, a gdy zobaczy, że ona ani drgnie, klapnie jak talia kart.Jakież to żałosne! Czasami ci panowie świata zachowują się jak dzieci.Wyciągają palce i chcą po nich oberwać, by się przekonać, na ile mogą sobie pozwolić.No cóż, jeśli odświętnie ubrany Dick chce, by niania Emma postąpiła surowo, to tak się stanie.Tak, by popamiętał.- Słuchaj, Latham - warknęła.- Nie spaliłam tego starego pierdoły Alabamy dlatego, że lubię wzniecać ogień.Zrobiłam to po to, by wszystko zwalić na ciebie.Mogę cię przygwoździć dowodami, że to ty zamordowałeś, i dobrze o tym wiesz.Kanister, którym to załatwiłam, jest schowany tak, że go nie znajdziesz, a gdy wezwę policję i przegram im tę taśmę, zażądają twoich odcisków palców, miliarderze, będą się chcieli dowiedzieć, jak wyglądają opony twojego porsche.I nie będziesz nawet miał czasu, żeby je zmienić, złotko, bo jeśli natychmiast nie zmądrzejesz, zaraz do nich zadzwonię.- I co im powiesz?Emma spojrzała nań jak na plażowego głupka.Nigdy przedtem nie wydawało się jej, że Latham jest matołem, ale dlaczego nie? Większość ludzi nie jest zbyt bystra, robienie zaś wielkiej forsy nie wymaga inteligencji, tylko twórczego podejścia, a to są dwie absolutnie odmienne rzeczy.Przybrała ton, jakim się przemawia do niezbyt rozgarniętego dziecka, i jak prawdziwa Angielka podniosła głos, jakby rozmawiała z cudzoziemcem.- Powiem im, że to ty zamordowałeś Alabamę, Dicku.- Ale ja tego nie zrobiłem.Ty go zamordowałaś.Potrząsnęła głową z boku na bok.Dobry Boże, czy chorobaAlzheimera nie postępuje stopniowo?- Ja o tym wiem, złotko.Ty wiesz.Sęk w tym, że policja nie wie.- No to się dowie.Emma otworzyła usta, by wytrącić go z tego idiotycznego samozadowolenia.Dokładnie w tym momencie podciągnął niebieski blezer, który tak bardzo jej przypominał obrazki plamiste.Słowa uwięzły jej w gardle.Obraz rozpłynął się przed oczyma.Do piersi miał umocowany magnetofon.Do twarzy miał przyklejony uśmiech.Emma Guinness niejasno uświadomiła sobie, że z tyłu pokoju otwierają się drzwi.Była wstrząśnięta, lecz wiedziała, co się stało.Weszła prosto w zasadzkę i życiem zapłaci za swój błąd.Przed sobą miała magnetofon.Za nią będą stali świadkowie.Usłyszała, że mówi.Jej głos zdawał się dochodzić z odległości lat świetlnych, ale musiała otrzymać odpowiedź na jedno pytanie.- Dlaczego? - spytała.- Bo Tony Valentino jest moim synem - odparł Dick Latham.Emma Guinness stała na krawędzi skały i patrzyła na rozciągające się pod nią urwisko.Zabawa się skończyła.Czas zwijać manatki.Śliczne balony unosiły się nad jej głową między czarnymi chmurami zagłady, a promienne słońce śmiało się z żałości, którą odczuwałaby, gdyby czucie było możliwe.Nawet szum przybrzeżnych falek dziwnie dźwięczał jej w głowie.Dudniły i huczały, lecz odbijały się niesamowitym echem, a mewy, szybujące na wietrze znad Santa Ana, przypominały nietoperze, pikujące o zmierzchu jej życia.Malibu wyszydziło ją.Było proste i lekkie, tak czyste, schludne i monumentalne, gdy potężne góry stykały się z morzem w miejscu odartym z trosk i wyzutym ze smutku.Stała tu jako jego przeciwieństwo, pobita i samotna, równie daleka od wszystkiego, czego pragnęła, jak od stanu łaski, którego nigdy nie zazna.Wiatr uniósł rąbek jej krótkiej spódnicy, pętającej rozrośnięte uda, i otoczył obfitą talię jak katowską pętlą.Czy wyglądała zabójczo? Samobójczo? Kto wie? Kogo to obchodzi?Plażowicze pływali na deskach surfingowych - zbielałe od słońca mózgi kierowały spłowiałe od słońca deski na przesiąkniętą słońcem plażę.Jakże zazdrościła im muskularnych ciał i rozmiękłych umysłów.Krążyła u bram piekieł, po brzegi wypełniona nienawiścią i rozpaczą, gdy na oceanie tacy sami ludzie jak ona pragnęli tylko, by doniosła ich na brzeg biała, spieniona fala, a obmyślając podróż do domu otwartym dżipem myśleli tylko o coli, pizzy i Mary-Lou.Głęboko odetchnęła, wymazując spokój Malibu.Przyszedł czas na jej własne demony.Kręciła głową z boku na bok, słuchając Wagnera.Tony Valentino jest synem Dicka La-thama.Jego dziedzicem.Człowiekiem, który pewnego dnia otrzyma na własność miliardy.Był przed nią bezpieczny.Na zawsze.Bezpiecznie może kochać i być kochanym przez Pat Parker, bezpiecznie może szybować nad światem po firmamencie sławy, będzie rozkoszować się wszystkimi marzeniami, jakie ośmielił się snuć.Jego obsesja została zaspokojona.Jej skazana jest na zagładę.Roześmiała się teraz z żartu, który był jej życiem, i w dźwięku tym zarechotała gorycz.Pozwolili jej odejść, gdyż podejrzewali, że to się tak może skończyć - podejrzewali i pragnęli tego.No cóż, przynajmniej tyle może zrobić.U kresu życia uczyni coś dla innych.Jej ostatni gest będzie pierwszym szlachetnym postępkiem.Postąpiła krok w kierunku krawędzi i spojrzała w przepaść.Sto stóp poniżej skały wyglądały tak czysto.Czy będzie bolało? Nic nie może być dotkliwsze nad ból, który cierpi teraz.Czy spadając wyrżnie o skały i połamie się przed ostatecznym zapomnieniem? To jest myśl.Trzeba technicznie przyśpieszyć pęd.Hm! To oznacza, że musi.wziąć rozbieg, nim wystartuje w dół [ Pobierz całość w formacie PDF ]