[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Czuję ból w kręgosłupie, w kolanach.Popękają.Jest mi wszystko jedno, jeśli' stracę przytomność, nie będę się męczył.Naraz sufit podnosi się nieco.Teraz już zmieniam się w maszynę, która wypiera sufit do góry.Unosi się powoli.Pcham jeszcze silniej.Rękami badam, czy drzwi dadzą się już otworzyć.Krytyczny moment.Muszę nacisnąć klamkę i pociągnąć drzwi.Jeśli zwolnię ucisk na sufit, opadnie.Udaje mi się zrobić szparę.Sufit leży na drzwiach.Teraz już ciągnę drzwi rękami.Szpara jest coraz większa.Wsuwam się w nią i za chwilę jestem wolny.Nie utopię się w tak okropny sposób.Mam wrażenie, że skrzydła wyrastają mi u ramion.Biegnę na mostek.Ciemno.Widzę zarysy telegrafów maszynowych leżących na pokładzie.Nikogo nie ma.Czuję dym i gaz.Zdaję sobie sprawę, że bez latarki elektrycznej niewiele dokonam.Wsuwam się z powrotem do kabiny, robiąc większą szparę do wyjścia.Latarka leżała zawsze na tapczanie, jest na swoim miejscu.Zbiegam do kabiny kapitana.Cisza, wszystko zasypane szkłem.Kapitana nie ma.Biegnę do wyznaczonej dla mnie rozkładem szalupy.Po wyrwaniu się z kabiny wszystko wydaje mi się teraz proste i łatwe.Mam wrażenie, że jest to nocny alarm szalupowy.Przy łodzi stoi kapitan.Ludzie w bieliźnie i boso biegną po szkle i wskakują do szalupy.Melduję kapitanowi, że spóźniłem się, ponieważ byłem zatrzaśnięty w kabinie.Statek przechyla się coraz bardziej na lewą burtę.Stoimy na prawej burcie przy ostatniej szalupie licząc od mostku.Nikogo więcej przy szalupie nie ma.Przypominam sobie swój straszny sen w Marrakeszu.Nigdy o nim kapitanowi nie mówiłem.Teraz jest za późno.- Panie kapitanie, proszę siadać do szalupy.Zostanę tak długo, jak będzie trzeba, czuję się bardzo dobrze.Proszę siadać, bo za chwilę już nie będzie można spuścić z tej burty żadnej szalupy.- Zostanę z panem, proszę spuszczać! - odpowiada kapitan.Jeszcze raz ośmielam się ponowić prośbę, by kapitan szybko wsiadł do szalupy.- Proszę spuścić szalupę! - słyszę powtórzony rozkaz.Po drabince wchodzę na pokład słoneczny, na którym ustawione są windy łodziowe i bębny z nawiniętymi linami talii szalupowych.Zwalniam hamulec i szalupa znika za burtą, trąc się o nią z lekka.Mam nadzieję, że zdąży zejść, zanim statek się przewróci.Gdy wyczuwam, że liny zwisły luźno, zbiegam na pokład szalupowy.Kapitana nie ma.Wyglądam za burtę: szalupa znajduje się parę metrów od statku.Jest ostra fala i silny wiatr.Przebiegam na lewą burtę.Stoi tu dużo ludzi, tak samo w bieliźnie i boso.Kapitana nie ma.* * *Gdy ostatnich ludzi wsadzałem do szalupy, kapitana jeszcze nie było.Statek mocno się już przechylił.Szalupa opierała się na swych mocowaniach, które usiłowałem odpiąć, by zwisła nad wodą.Przechył był tak znaczny, że pierścienie mocowań nie dały się odsunąć.Poleciłem, by podano mi z szalupy toporek.Nikt nie drgnął nawet, wszyscy byli zajęci wybieraniem szkła z pokaleczonych stóp.- Nie ma! Nie ma! - odezwało się kilka głosów.Pobiegłem do drugiej szalupy i spróbowałem, czy uda mi się odpiąć takie same mocowania jak te, które zaciśnięte były przy poprzedniej.Na szczęście tak się ułożyły, że zsunąłem je na tyle, by łódź nie wysunęła się za burtę, i kazałem ludziom przejść do tej szalupy.Przeszli szybko.Jeszcze raz przeszukałem latarką wszystkie możliwe do zobaczenia z tego miejsca stanowiska.Kapitana nigdzie nie było.Jeśli poszedł szukać rannych w dolnych pomieszczeniach - może być za późno.W ostatniej szalupie byli ludzie z najbardziej odległych pomieszczeń.Żaden nie wspominał o rannych.Postanowiłem spuścić i tę szalupę.Gdy w chwilę później podszedłem do burty, by zobaczyć, co się dzieje z łodzią, ujrzałem, jak wysoka fala znosi ją ku rufie.Statek był tak przechylony, że z trudem trzymałem się na pokładzie.Nagle wydało mi się, że ktoś stoi koło mnie.Odwróciłem się.Obok stał kapitan.Nieomal jednocześnie powiedzieliśmy do siebie:- Co teraz będziemy robili?I znów przypomniał mi się sen.- Statek zaraz się przewróci - powiedziałem.- Pobiegniemy na rufę, skoczymy do wody i dopłyniemy do najbliższej szalupy.- Wolę na tratwie - odpowiedział kapitan.- Nie chcę skakać.Zrozumiałem kapitana.Wolał trzymać się czegoś konkretnego, niż skakać i liczyć na to, że na wzburzonej fali dopłyniemy do którejś z szalup.Nie miałem pojęcia, która jest godzina i jak długo trzeba będzie się trzymać tratwy w lodowatej wodzie.Jeśli uda mi się dotrzeć do szalupy, to postaram się odszukać tratwę z kapitanem, który może z nią spłynie, gdy statek się przewróci.Więcej nie nalegałem, by kapitan skakał ze mną.- Do widzenia!- Do widzenia!Podaliśmy sobie dłonie.Idąc po pochylonym pokładzie, z trudem dostałem się na pokład rufowy.Wychyliłem się za burtę świecąc latarkŕ.Najbliýsza szalupa znajdowaůa siŁ z lewej burty o kilkadziesiąt metrów od statku.W chwili gdy już zamierzałem stanąć na relingu i skoczyć, dojrzałem zwisającą przyporę - drąg służący do mocowania szalupy na żura-wikach, by ją zabezpieczyć od silnych przechyłów w czasie dużej fali.Teraz jeden koniec przypory zamocowany był u góry, drugi zwisał pionowo za burtą.Zdecydowałem się zsunąć po nim do wody, by uniknąć nurkowania.Szalupa była w pobliżu, sądziłem, że do niej z łatwością dopłynę mimo dużej fali.Wszystko na razie wydawało się proste i łatwe.Należało się tylko pospieszyć, by dostać się do łodzi, zanim statek się przewróci.Za chwilę byłem już na zewnątrz burty, obejmując drąg nogami.Naraz poczułem, że przygniata mnie on do burty i miażdży.Tracąc przytomność uczułem, że lecę w dół.Coś uderzyło mnie w głowę.Zrobiło się cicho i ciemno.* * *Bito mnie po rękach, po nogach i głowie, polewano wodą.Stale polewano twarz wodą.Chwilami nie miałem czym oddychać.Gdy zacząłem się dusić, otworzyłem oczy.Nie widziałem jednak nic.Czułem tylko, że się podnoszę w ciemnościach, potem znów lecę w dół.Zalewała mnie wciąż woda.Biłem głową i nogami, całym ciałem w coś twardego, w jakieś zręby.Oprzytomniałem.Leżałem na dziobie szalupy.Powoli uświadomiłem sobie przebieg wypadków.Duża fala narzuciła niespodziewanie łódź na dolną część drąga, po którym zsuwałem się do wody.Wytworzyła się dźwignia, która przygniotła mnie do burty z ogromną siłą.Wskutek bólu starciłem przytomność i spadłem na dziób szalupy, uderzając głową o jej burtę.Zalewające łódź fale jakoś szczęśliwie nie zmyły mnie dotąd do morza.Udało mi się zaczepić ręką za ławkę, przewrócić na bok i wreszcie zsunąć w głąb szalupy.Dopiero teraz zauważono moją obecność.Było zupełnie ciemno, silny wiatr niósł słone bryzgi, które oślepiały każdego, kto tylko wytknął głowę powyżej burty.Gdy łódź stawała bokiem do fali, wszyscy się denerwowali, że się za chwilę przewróci.Poradziłem, by się wzięli do wiosłowania.Kilku usłuchało mnie i spróbowało wysunąć wiosła za burtę.Duża fala podbiła je natychmiast i wyrzuciła z dulek.Wioślarze mocując się z falą zaczęli bić wiosłami ludzi w szalupie.Musieliśmy zaniechać prób wiosłowania.Ludzie byli zupełnie załamani tym, co się stało nieoczekiwanie ze statkiem i z nimi.- Wyciągnijcie dryfkotwę! - poradziłem.Nikt się nawet nie ruszył.- Nie ma! Nie ma! - usłyszałem kilka głosów.Należało coś szybko przedsięwziąć, fala była duża [ Pobierz całość w formacie PDF ]