[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Wal.Klim uderzył go raz czy dwa, ale Witek jakby tego nie zauważył.Ciężko usiadł na krześle, podparł głowę rękoma i ani drgnął, kiedy jeszcze jeden cios spadł na jego głowę.Klim zatrzymał się.Trwaliśmy w bezruchu.Witek zaklął.Klim przysunął się do niego jeszcze bliżej i szeptem o coś zapytał.- Tak - Witek uniósł głowę.- Mam go.Wziąłem go.On je; chory.Klim jeszcze raz zaszeptał.- Dam ci go - powiedział Witek.- Dasz mi go? - krzyknął Klim.- Dam ci.Nie mogę go trzymać.On jest chory i może zdechnąć.- Dasz mi go - Klim znów szeptał, ale tym razem był to przenikliwy, modlitewny, szczęśliwy szept.- Przychodziłem pod to drzewo i wiedziałem, że on w końcu będzie mój.- Należy ci się - przytaknął Witek.- A ja nie mogę go trzymać.Dowiedzieliśmy się o kocie i Klim go dostał.Dostaliśmy go wszyscy, choć kot przebywał u Klima.Leczyliśmy go.Przez mieszkanie Klima przewalały się tłumy.Witek nie przychodził.Dziwiliśmy się temu i rozmakaliśmy o Witku, ale kot zajmował nas tak bardzo, że zachowanie Witka wydawało się prawie naturalne.Patrzyliśmy na świat przez pryzmat kota.Witek go miał, Witek się nim znudził, Witek nie przychodzi, bo kot go nie interesuje.Potem jednak coraz częściej, gdy przychodziliśmy do kota, który zdrowiał, lecz zdrowiał powoli i jasne było, że pozostanie kulawy, gdy zatem przychodziliśmy do kota, nie zastawaliśmy Klima.Klim także znikał.A jeszcze później kazał Ance zabrać kota do siebie dopilnował, żeby przenosiny odbyły się ukradkiem i po ciemku.Klim nie mógł uwierzyć.Gdy przychodził pod sosnę, na której kiedyś wisiał zabójca kotów, kiedy rozmawiał z Węglarzem, podczas długich spacerów po lasku, spacerów, które zaczynał lubić, zawsze myślał, że kot się znajdzie.Wierzył, że kot jest mu przeznaczony i choć często wstydził się tej wiary, nie odrzucał jej.Czasami myślał, że kot tak samo mógłby być przeznaczony Witkowi, lecz po chwili zaprzeczał sam sobie.Kot nie mógł być dla Witka, Witek go nie chciał.I nagle kot się znalazł, i właśnie był u Witka.Z początku Klim nie zastanawiał się, jak do tego mogło dojść.Wystarczyło, że Witek uznał jego prawa do kota i że kot spoczywał na posłaniu koło łóżka Klima.Klim miał niezbyt wielkie mieszkanie i zmęczonych rodziców.Ojciec był kolejarzem, matka kelnerką.Rzadko bywali w domu.Klim sprzątał, czasem gotował, robił zakupy, a później siedział w domu sam, z książkami, należał do nas, ale nie widywaliśmy go często.Miał mało czasu, a my nierzadko zapominaliśmy go wezwać.Kot był mu potrzebny.I przez kilka dni kot mu wystarczał, lecz potem lim zaczął sobie zadawać pytania, a pytania zaprowadziły go wprost do Witka.Spytał Witka, jak zdobył kota.- Kiedy poszedłeś po pomoc, on spadł z drzewa - skłamał Witek bez namysłu.Nigdy nie przyznałby się do tego, że kot schwytał go na spojrzenie.- I ty go zabrałeś?- Miałem go zostawić?- Przecież wiedziałeś, że ja wrócę.- Mógłby uciec.- Powinieneś na mnie poczekać.- Byłem zły - odparł Witek cierpliwie i ciągle kłamliwie.- A potem milczałeś.Witek nie znalazł odpowiedzi.- Tak się złożyło - mruknął i odwrócił oczy.To nie było wyjaśnienie i Klim kontynuował badanie, ale ciągle w jakimś momencie natykał się na ślepy mur.- Ty nie lubisz kota - podsumował wreszcie Klim, przeczuwając, że te nie jest prawda.Witek zakrztusił się jakby, zawahał, a potem w milczeniu skinął głową i odwrócił do Klima tyłem.- A o tych listach - bąknął jeszcze - zapomnij.Nie mam pojęcia, kto je pisał.Klim ledwie powstrzymał wzruszenie ramionami.Pogodził się z myślą że autorstwo listów wyjdzie na jaw, i wielokrotnie już przeżył wstyd.List; przestały go interesować.Nie musiał pisać do nikogo, skoro miał kota Zresztą i my już o listach nie pamiętaliśmy, a Lilka zgubiła je w końcu, tal długo nosiła w teczce.- Dziękuję - powiedział jednak Klim.- Czy coś się dzieje? Witek znów spojrzał na Klima.- Nic - rzucił twardo.- O tym też zapomnij.Że coś się dzieje.Skąd wiesz, że coś się dzieje?- Nie wiem.Domyślam się.Oddałeś kota.Przecież go oddałeś trzymałeś go tak długo, chciałeś ratować, ukradłeś rybki.- Wiesz o tym? - wykrztusił Witek.- Wszyscy wiedzą i wszyscy milczą.Przecież to było jasne.Witek kiwnął głową.Namyślał się przez długą chwilę, a Klim spogląda na biurko Witka i wspominał czarny kłębuszek, który Witek porwą z tapczana i którym rzucił tak, by zniknął.- Ale nic się nie dzieje - uciął Witek.- Jak chcesz.Klim zabierał się do wyjścia.Pożegnał się z Witkiem i zatrzymał nagle w progu:- A kota przyjdziesz odwiedzić?Przypomniał sobie, że raz już wychodząc, spytał o kota, a Wite krzyknął, żeby mu dać spokój z kotami.I już wtedy kota miał.- Kiedyś przyjdę - mruknął Witek.- Nie teraz.Klim już Witka nie odwiedzał, ale kilka razy po lekcjach ruszał za nim, droga nieodmiennie prowadziła w kierunku Stoku.Szedł za Witkiem jak najdłużej, w końcu jednak zawracał, czekała go praca i czekał na niego kot [ Pobierz całość w formacie PDF ]