[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nikogo nie ma, przynajmniej do miejsca, w którym światło, rzucane z wnętrza otwartej windy, kładzie się na podłodze i ścianach korytarza.Nie chcę zresztą zbyt długo wpatrywać się w ciemność, aby nie prowokować wyobraźni.Ale oto i zakręt.Trzymająca się mojej ręki Alicja ściska mi dłoń.Za zakrętem, w głębi korytarza jasny odblask.–Widzę światło – mówię szeptem do Toma.– To chyba otwarte drzwi jakiegoś pokoju.Odnajduje moje ramię.–Daj tu Alicję – mówi ściszonym głosem.– Podejdź ostrożnie i sprawdź!Staje z Alicją pod ścianą, a ja zdejmuję z ramienia automat i gaszę latarkę.Miękki chodnik tłumi moje kroki.Jak przypuszczałam, światło wydobywa się zza otwartych drzwi.Są one zresztą nie tyle otwarte, co wyłamane i wiszą na jednym zawiasie.W przedpokoju, łazience i pokoju nie ma nikogo, ani też nie widać śladów walki czy plądrowania.Nie wydaje się też, aby pokój czy łazienka były używane po opuszczeniu hotelu przez służbę.–Chodźcie! Wszystko w porządku! – wołam do Toma i Alicji, wychodząc na korytarz.Zapalam latarkę i sprawdzam numer nad drzwiami, aby się zorientować czy iść dalej, czy zawrócić.Jest to pokój… 1105!Telewizor! Wracam do pokoju, pełna najgorszych przeczuć.Teraz dopiero widzę, że aparat jest odwrócony ekranem do ściany, a tylna ścianka została zdjęta.Nic tu już nie znajdziemy.–To ten pokój? – słyszę za sobą głos Toma.Jest domyślniejszy ode mnie.–Tak.Niestety, już tu byli… I wiedzieli dobrze gdzie to jest…–To znaczy?–Nic nie ruszane, poza telewizorem… Nie mamy czego tu szukać.Tom zastanawia się, a potem mówi do mnie ściszając głos:–Obejrzyj dokładnie telewizor i ścianę, przy której stoi.Szukaj znaku nakreślonego ołówkiem, długopisem lub mazakiem.Albo choćby wyskrobanego gwoździem…Rzeczywiście, na ścianie za stolikiem czernieje jakaś litera czy cyfra.Odsuwam telewizor i przyglądam się niewielkiemu znaczkowi nakreślonemu długopisem.–Jest tu coś, co przypomina literę omega, a przed nią cyfra 3,5.Wygląda jakby jakiś radiotechnik zanotował sobie wielkość oporu… O to ci chodziło?Tom potwierdza skinieniem głowy.Potem sięga do kieszeni i wyjmuje długopis.–Za omegą dopisz „+0,1”!–To wszystko? – pytam, kreśląc liczbę na ścianie.–Tak.Wracamy na dół! – Tom jest wyraźnie zadowolony.– Alicjo, Idziemy!–Już zaraz.Panno Agni, niech pani zobaczy!Dziewczynka stoi przy oknie i kiwa do mnie ręką.Hotel „Majestic” jest najwyższym79budynkiem w tej okolicy i z okna widać dachy pobliskich domów.Na jednym z nich, chyba przy kolejnej przecznicy alei Zachodniej, wielka ażurowa konstrukcja, na której zainstalowano neonową reklamę, działającą mimo dziennej pory.Jest to reklama jakiegoś orzeźwiającego napoju, którego butelka wywołuje słoneczny uśmiech na twarzy pyzatego diabełka-kosmity, a jej zniknięcie bezbrzeżną rozpacz.Niektóre fragmenty neonu „wysiadły” – widoczna jest tylko połowa butelki, zaś diabełkowi brakuje jednego rożka – ale zasadnicza treść reklamy jest czytelna.–Jaki fajny ludzik! – cieszy się Alicja.– Zupełnie taki sam jak na drzwiach.A może on tam mieszka?Zastanawiam się, co Alicja ma na myśli.Im dłużej przyglądam się reklamie, tym silniejszy odczuwam niepokój i wrażenie, że gdzieś niedawno coś podobnego widziałam.Ale wpatrywanie się w błyskający neon poczyna wyzwalać niebezpieczne skojarzenia.Rusztowanie reklamy nie jest już sztywną metalową konstrukcją, lecz pręży się i wygina, jakby pod wpływem impulsów zmieniających układ świetlistych linii.To już w ogóle nie są metalowe wsporniki, lecz cienkie nogi jakiegoś gigantycznego głębinowego kraba czy pająka, który wpatruje się we mnie ślepiami demona-kosmity…–Chodźcie już! – słyszę zdenerwowany głos Toma.Spoglądam na niego i widzę, że twarz mu zzieleniała, a wpatrujące się we mnie oczy, jarzą się rubinowe.Zdaję sobie sprawę, że nie mamy chwili do stracenia.Chwytam Alicję za rękę i zagarniam stojącego nadal przy drzwiach Toma.–Trzymaj się mnie! – podsuwam mu ramię i „holuję” oboje na korytarz.– Znów się zaczyna…–Wiem… Pamiętaj o oddechach! I nie przyglądaj się niczemu.Nie potrzebuje mi tego przypominać.To, co trzymam za rękę, nie jest już z pewnością podobne do Alicji i nie mam zamiaru wcale się o tym upewniać.Nie patrzę też na podłogę, po której chyba przebiegają jakieś ohydne pająki i wije… Przeskakuję wzrokiem z sufitu na ściany, na mijane drzwi i cyfry nad nimi, aby tylko nie zmylić drogi i jak najszybciej dotrzeć do windy.Zakręt i oto już ukazuje się blade światło.Winda czeka.Ale to oznacza jeszcze jedną ciężką próbę.–Mamusiu, ja się boję! Ja sama nie pojadę! – piszczy błagalnie Alicja.Widać, już i ją dopadły upiory…–Pojedziesz ze mną – postanawia Tom.Głos jego też zmienił barwę, brzmi głucho i groźnie.–Ja z tobą, mamusiu! – upiera się mała, ale muszę być twarda.–Pojedziesz z panem Tomem, a ja zaraz za wami.Dotkniesz dolnego światełka i zjedziecie zaraz na dół.Tam na mnie poczekacie!–Nie zostawisz mnie!–Nie zostawię!Podaję kij Tomowi i wpycham go wraz z Alicją do wnętrza dźwigu.Wyglądają oboje jak monstra z obrazów Boscha… Odwracam pospiesznie wzrok.–Przyjedziesz? – słyszę głos Alicji.–Dolne światełko – wołam przez zwężającą się szparę.W korytarzu jest niemal zupełnie ciemno, a ja boję się zapalić latarkę.Monstra Hieronima Boscha… Rok temu byliśmy z Martinem w Prado… Że też teraz musiały mi się przypomnieć te obrazy!Światełko sygnalizacyjne nad drzwiami dźwigu ruszyło z miejsca.Alicja wykonała polecenie [ Pobierz całość w formacie PDF ]