[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Panie Yamaguchi, pan przejmuje dowodzenie.Obudźcie mnie za pięć godzin.–Tak jest, sir.Za pięć godzin.Kapitan zanurkował przez luk.Jego kajuta była tuż obok mostka.Pięć godzin, pomyślał.Podejmę decyzję po małej drzemce, z wypoczętym umysłem.Wiedział, jaka decyzja najbardziej by mu odpowiadała.Willa Humphriesa W biurze w piwnicy szef ochrony z rosnącym niezadowoleniem obserwował ekrany na s'cianie umieszczone przy jednym boku jego biurka.Cztery osoby trzymają w szachu dwa tuziny moich ludzi.Banda palantów siedzi jak stado skamieniałych wiewiórek.A cala tylna klatka schodowa płonie.Humphries nieźle mi za to dokopie.Ze złos'cią wdusił klawisz na biurku.–Na co wy tam, do cholery, czekacie, gnoje? Na hot dogi, żeby je sobie upiec przy ognisku?Połączenie z zespołem na górze obejmowało tylko fonię.–Mam tu szes'ciu rannych.–I osiemnastu całych i zdrowych! Natychmiast pojmać intruzów!–Dlaczego mamy się spieszyć? Żeby było więcej ofiar? Oni nigdzie się nie wybierają.Możemy poczekać.–Aż cały dom się sfajczy?! – wrzasnął.–Aż oni się sfajczą!Szef ochrony przemyślał szybko problem.Humphries jest zamknięty w swoim gabinecie.Nie dostaną się do niego.Pożar uruchomił automatyczne alarmy.Korytarz na górze jest odcięty hermetycznymi drzwiami.Okna są uszczelnione.Świetnie.Niech ogień dokończy dzieła.Cały górny korytarz był zasnuty dymem.Opierając się o przewrócony stół, Fuchs spojrzał na korytarz i zobaczył płomienie liżące dywan, rozprzestrzeniające się w ich stronę.–Musimy się wydostać – powtórzyła Amarjagal.Płomienie dosięgły zasłon na najbardziej oddalonym oknie.Tkanina zaczęła się tlić.–Nie ma sensu tu umierać, kapitanie – dodał Sanja kaszląc.Fuchs miał ochotę zacząć walić pięściami w podłogę.Humphries był o parę metrów od niego, chowając się tchórzliwie za cermetową barierą.Tchórz! Mazgaj! Tylko że jest sprytniejszy ode mnie.Był przygotowany na atak, a ja poprowadziłem moich ludzi na głupi wypad, który nic nam nie da, nawet jeśli go przeżyjemy.Wyobraził sobie Humphriesa z cynicznym us'mieszkiem i poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość gorętsza od pełznących w ich stronę płomieni.–CAŁY KORYTARZ JEST ODCIĘTY – oznajmił głośnik.–OGIEŃ ZUŻYJE CAŁY TLEN Z POWIETRZA.MOŻECIE SIĘUDUSIĆ, SPŁONĄĆ ALBO PODDAĆ.Siedząc po turecku na swoim olbrzymim łóżku Humphries wrzeszczał do szefa ochrony widocznego na ekranie ściennym.–Pozwalasz im, żeby spalili korytarz na piętrze? Czy ty masz pojęcie, ile są warte obrazy na ścianach? Same meble są warte więcej niż twoja roczna pensja!Szef ochrony wyglądał na zaniepokojonego.–Proszę pana, to jest jedyny sposób, żeby ich dopaść.Zranili sześciu moich ludzi.Nie ma sensu narażać reszty.–Za to właśnie im się płaci! – warknął Humphries.– Za to, żeby mnie chronili! Żeby zatłukli tego skurwiela Fuchsa! A nie za palenie mi domu!Ferrer siedziała na wyściełanym krześle po drugiej stronie wielkiego pokoju, zasłaniając skromnie kolana szlafrokiem.–Jest pan całkowicie bezpieczny w swoim apartamencie – mówił szef ochrony.– Ściany są z betonu, a drzwi to ognioodporny zbrojony cermet.–A tymczasem korytarz płonie!–To oni rozpalili ogień, proszę pana, nie moi ludzie.A teraz mogą się poddać albo zginą w płomieniach.–A tymczasem twoi ludzie siedzą na tyłkach.–Proszę pana, moi ludzie ochraniają resztę domu i czekają, aż napastnicy się poddadzą – odparł sztywno szef ochrony.Humphries przyglądał się ekranowi przez dłuższą chwilę, dysząc ze złości, po czym warknął:–Nie spodziewaj się premii na s'więta.–Jesteśmy w pułapce – rzekła Amarjagal, spokojna niczym drewniana rzeźba za nią.Fuchs dostrzegł płomienie liżące zasłony na oknach, słyszał syczenie ognia pełznącego po dywanie w ich stronę.Dym byl jednak taki jak przedtem: denerwujący, ale nie duszący.–Dokąd ulatuje dym? – mruknął.–Kapitanie, musimy coś zrobić – rzekł Sanja napiętym głosem.–Nie możemy tu zostać.Fuchs wstał i przeszedł kilka kroków korytarzem.Zobaczył, jak dym unosi się z płonących zasłon i snuje pod sufitem cienką, kłębiącą się warstwą.W połowie korytarza wyraźnie rzedł.–Pomóż mi – zawołał do Sanji i chwycił ciężką komodę inkrustowaną hebanem.Razem zataszczyli ją na środek korytarza i Fuchs wdrapał się na nią.Dostrzegł wentylator za kratownicą sprytnie ukrytą wśród zdobień na suficie.Wylot był zamknięty, ale nie całkowicie, część dymu wydostawała się tamtędy.Nacisnął obydwoma rękami.Kratownica ustąpiła, ale tylko o parę centymetrów.Sanja pojął w lot, o co chodzi.Wziął z najbliższego stołu statuetkę i podał ją Fuchsowi.Fuchs z furią walnął nią w kratownicę.Wygięła się i odkształciła.Ze zwierzęcym rykiem Fuchs uderzył ponownie i wentylator poddał się ze zgrzytem metalu o metal.Dym gromadzący się pod sufitem zaczął uciekać do otworu.–To jest na tyle duże, że można tam wejść! – krzyknął.–Nodon – rzekła Amarjagal, wstając.– Jest nieprzytomny.–Poniesiemy go.Jazda.Fuchs podciągnął się do szybu wentylacyjnego.W środku było ciemno i pełno dymu.Kaszląc, wyciągnął ręce po nieprzytomnego Nodona.Ten szyb nie może być długi.Niedaleko musi być wylot.Pełzając, kaszląc, z oczami zalanymi łzami, wlókł szybem bezwładne ciało Nodona.Metalowe ściany parzyły, ale posuwał się do przodu, wiedząc, że albo wydostanie się z budynku, albo zginie [ Pobierz całość w formacie PDF ]