[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Biel adamaszkowych obrusów oślepiła ich prawie.Srebra regimentu błyszczały w świetle kandelabrów jak promienie słońca.Teraz dla odmiany kaskadą złotych bąbelków spłynął do kryształowych kieliszków szampan.Zewsząd dobiegały wybuchy rubasznego śmiechu i podniesione głosy.Za każdym razem, gdy Mark odstawiał pusty kieliszek, zjawiała się przy nim postać w białym turbanie, a brązowa dłoń przechylała zieloną butelkę.Rozsiadł się wygodnie w krześle, zaczepiając kciuki pod pachami.W ustach trzymał dymiące cygaro.– Słuchajcie! Racja.Dobrze mówi! – wybuchał słuchając przemówień po kolacji, równie sowio mądry co najlepsi z nich.Wymieniał znaczące kiwnięcia głową z sąsiadami, a rubinowe porto panowało w jego szklance.Kiedy generał powstał ze swego miejsca, honorowo uplasowanego u zbiegu obu stołów, dało się słyszeć ożywienie w towarzystwie, teraz już lekko ociężałym i niemal uśpionym portweinem i kwiecistymi mowami.Uśmiechali się do siebie w oczekiwaniu.Mark, mimo że nigdy nie słyszał przemawiającego Seana Courteneya, wyczuł zainteresowanie i wzmagający się entuzjazm.Usiadł prosto w krześle.Generał nie zawiódł ich.Rozpoczął, opowiadając pewną historyjkę o przezabawnej puencie.Zakończył, zostawiając ich ogłuszonych na chwilę, sapiących z niedowierzaniem, nim zgodnie wybuchnęli śmiechem.Ciągnął tonem odprężonym, pozornie niedbałym i naturalnym.Posługiwał się jednak słowami niby wytrawny fechmistrz rapierem; sięgał zarówno po dowcip, jak i przekleństwo, serwując przy tym solidną porcję zdrowego rozsądku.Mówił to, co wszyscy chcieli usłyszeć, by za chwilę dorzucić szczegół wprowadzający zaniepokojenie.Wymienił konkretne osoby, chwaląc je lub ganiąc.– W tym roku odbędą się trzecie już mistrzostwa kraju w polo, panowie.Honor, który nasz regiment obronił zwycięstwem tak łatwo ubiegłego roku, jest wystawiony na próbę.Oto teraz pewien dżentelmen postanowił przejść na stronę plantatorów trzciny cukrowej.Była to decyzja, którą Bóg dał mu prawo podjąć, a którego to wyboru, jestem pewien, żaden z nas tu obecnych nie potępi.– Sean Courteney przerwał i uśmiechnął się złośliwie, gładząc wąsy.Towarzystwo zahuczało zniecierpliwione i zaczęło bębnić w stół łyżeczkami deserowymi.Ofiara oblała się krwawym rumieńcem i zatonęła prawie w kakofonii wrzawy.– Mimo to żywimy wielkie nadzieje i liczymy na zdobycie tegorocznego Pucharu Afryki.Dzięki pomysłowo prowadzonemu dochodzeniu odkryłem, że mamy wśród nas.W następnej chwili cała sala rozbrzmiała gromkimi oklaskami, głowy zaczęły zwracać się w stronę końca stołu, gdzie siedział Mark.Generał pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.Mark skulił się w krześle, starając się złożyć na wzór stolarskiej miarki.Sean Courteney zawołał:– Wstań, synu, niech się tobą nacieszę!Mark podniósł się niepewnie, kłaniając się na lewo i prawo.Dopiero później dotarło do niego, jak zręcznie został wmanewrowany w przyjmowanie ich aplauzu i że czyniąc to podjął zobowiązanie.Po raz pierwszy doświadczył na własnej skórze, jak generał potrafi pokierować losami człowieka i osiągnąć z góry ustalony cel, bez wkładania w to większego wysiłku.Rozmyślał nad tym wszystkim, kierując się od postoju przy jednej latarni do bezpiecznego portu przy drugiej.Oczywiście znacznie rozsądniej i bezpieczniej było przyjąć ofertę któregoś z kierowców riksz stojących przed bramą fortu, którą przekroczył, wychodząc na ulicę dwie godziny po północy.Jednak fakt, że był ostatnimi czasy bezrobotny i wydał sporo na ekstrawagancki strój na tę wyprawę, pozostawił go bez możliwości wyboru środka lokomocji.Miał przed sobą perspektywę przejścia około trzech kilometrów w ciemnościach, a jego stan sugerował, że będzie to długa podróż.Dotarł właśnie do kolejnej latarni i oparł się o nią, kiedy zatrzymał się przy nim czarny rolls–royce i drzwi otworzyły się.– Wsiadaj – rzucił generał.Kiedy Mark opadł bezwładnie na miękkie, skórzane siedzenie, podtrzymał go żelaznym uściskiem.– Nie jesteś nawykły do picia – raczej stwierdził, niż zapytał generał i Mark musiał się z nim zgodzić.– Nie, sir.– Masz dwa wyjścia – powiedział.– Albo nauczyć się pić, albo dać sobie z tym spokój na zawsze.Sean czekał ponad pół godziny w rollsie zaparkowanym pod drzewem bananowym, nim Mark pojawił się u bram fortu.Był już bliski zakończenia tego wieczoru i chciał właśnie nakazać kierowcy, by zawiózł go do Emoyeni, kiedy Mark wytoczył się na ulicę, odganiając natrętnych kierowców riksz.Ruszył wolno, sunąc jak krab, zataczając się częściej na boki, niż krocząc naprzód.Rolls sunął za nim wolno z wygaszonymi światłami, a Sean Courteney obserwował z życzliwym uśmiechem rozpaczliwe wysiłki młodego człowieka.Czuł łagodną pobłażliwość dla tego młodzika, a także dla siebie.Niezrozumiały kaprys czy odruch, którymi zadziwiał nieraz sam siebie.Człowiek, który ukończył sześćdziesiąt dwa lata, powinien znać siebie samego.Znał swe silne strony i potrafił je właściwie wykorzystać, ale przede wszystkim znał swe słabości i zbudował wokół nich mur nie do pokonania.Ale oto on, z przyczyn bliżej sobie nie znanych, czuł się emocjonalnie coraz bliżej związany z tym prawie nieznajomym, poświęcając mu swój czas i myśli nie wiadomo czemu.Być może chłopak przypominał mu siebie, kiedy był w jego wieku, i teraz, kiedy zastanowił się nad tym, wyczuł oprócz ciepłego ciężaru szampana w żołądku uczucie nostalgii za ciężkimi latami niepewności i dzikiej ambicji, kiedy jako chłopak przekraczał próg wieku męskiego.Może właśnie podziwiał – chociaż słowo „wielbił” było trafniejszym określeniem – wyjątkowość w każdym żywym stworzeniu.Pięknym koniu, dobrym psie, wyjątkowym, młodym człowieku.Doskonałość, którą koniarz nazwałby „krwią”, a hodowca psów „rasą”.To coś zauważył w Marku.Ponieważ dobrej krwi koń może zostać skrzywiony przez złe traktowanie, a rasowy pies rozpuszczony, młody człowiek mający te szczególne zalety potrzebował rad i wskazówek oraz właściwych warunków, by w pełni rozwinął swe możliwości.W tym świecie jest zbyt wiele miernoty i brudu, myślał Sean, więc kiedy odkrywał u kogoś klasę, nie mógł minąć go obojętnie.A może – niespodziewanie poczuł ogarniającą go falę smutku – może dzieje się tak dlatego, że nie mam syna?Miał trzech synów.Jeden zmarł, zanim zdążył zobaczyć świat.Urodził się martwy gdzieś w bezkresnej dziczy dorzecza Limpopo.Drugi został powity przez kobietę, która nie była jego żoną.Syn, który nazywał innego człowieka swym ojcem.Sean poczuł przypływ melancholii przyćmionej poczuciem winy.Ale i on nie żył.Spłonął w swej lekkiej maszynie z drewna i płótna, w której wzbił się w niebo.Pozostał z niego tylko czarny zwęglony kształt.Sean wciąż miał w pamięci słowa dedykacji Garry’ego z jego ostatniej książki.„Dedykuję tę książkę kapitanowi Michaelowi Courteneyowi, kawalerowi DFC, [Distingnished Flying Cross – najwyższy order brytyjski przyznawany oficerom lotnictwa.] jednemu z młodych orłów, który już nigdy nie poszybuje”.Michael był synem Seana, spłodzonym z żoną brata.Trzeci syn żył, ale był jego potomkiem tylko z urodzenia i nazwiska, i Sean odebrałby mu je, gdyby leżało to w jego mocy [ Pobierz całość w formacie PDF ]