[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zaraz, nieważne, na razie zajmijmy się uwolnieniem spod kurateli tych przewoźników.Przewoźników? Otworzyłem oczy.– Co tu przerzucaliście? – zapytałem Buddę.– I skąd znałeś te szczegóły z życia mojej rodziny? Skurwysynu.Dopiero po minucie oderwał spojrzenie od podłogi i popatrzył na mnie.Był spokojny, o wiele spokojniejszy ode mnie, co było irytujące.Zerknąłem na Kaszla, ten na szczęście nie był aż tak spokojny.– Inhalatyki – powiedział Budda wyzywającym tonem.– Opłacało się? Przecież nasi producenci.–To gówno! – przerwał mi z nieznośnym wyrazem wyższości na obliczu.– To, co tu jest, daje się mieszać z niesamowitą dokładnością, możesz uzyskać wszystkie możliwe doznania poprzez odpowiednie zmieszanie trzech składników.Wszystko w inhalatorach albo aerozolach, niewinnych aż do absurdu, polewa za skarby się nie połapie.Zresztą trwa to już rok i.Roześmiał się wskazując mnie skutymi dłońmi.– Jak widzę zupełnie nie wiesz o czym mówię, to jest jakiś dowód, prawda? No przyznaj! – zażądał.Pomyślałem, że nie warto w tej chwili psuć sobie z nim stosunków.Kiwnąłem głową dwa razy nie spuszczając z niego wzroku.– Wiesz, co jest w tych narkotach niesamowitego? – Nie poczekał na moją odpowiedź, ale miał rację – długo by czekał.– Chcesz orgazmu – proszę.Odlot? Nie ma sprawy.Piekło? Proszę bardzo.Mówię ci – niemal wszystko możesz sobie zaprogramować, nie tak jak w naszych prochach – chcesz kolorowych wizji, a możesz się wpakować w mistyczno–sadystyczny mixing.– Kha–pi–talne! – warknąłem.– Nagraj to tylko na dysk i reklamówka gotowa.Z nazwą i adresem producenta.– Pieprz się, ty i twoje skrupuły.– Ochłonął trochę.Zamilkł na chwilą, parsknął bezgłośnym, samą przeponą, śmiechem, trochę sztucznym.Popatrzył na mnie i miał twardy wzrok.– Ciesz się, że oni.– sprecyzował owo „oni” ruchem brody –.nie chcą dać nam receptury.Rozumiesz? Już dawno działałyby co najmniej dwie wytwórnie aerozolowych preparatów, które po zmieszaniu ze sobą dałyby pożądane efekty.I nikt, łącznie z Kongresem i prezydentem, nie mógłby nic nam zrobić.Rozumiesz? – Rozgrzała go ta perora, w kąciku ust pojawiło się kilka małych bąbelków śliny.Nabrałem pewności, że za chwilę zapomni, kim jestem i gdzie się znajdujemy, podpełznie do mnie i zaproponuje udziały w fabryczce niewinnego dezodorantu, który po zmieszaniu z preparatem do smarowania nart da wąchaczowi niepowtarzalne wizje wpychania bykowi tulipana do nosa.– Czy ty rozumiesz, jaka to jest sprawa, jaka forsa?!– Ta.Rozumiem.To są cholernie wielkie pieniądze.Kropka.– Właśnie.Największe.– A oni nie zgodzili się na sprzedaż technologii.– Trzymali nas w szachu.Stawiali coraz to nowe warunki.– Poskarżył się.Poczułem się ubrudzony samym posądzeniem o możliwość współczucia mu.Powstrzymałem chęć splunięcia.– W końcu oznajmili, że są w stanie sami rozprowadzać swoje przerzuty.Ten cholerny Krasinky, zdrajca.– Zdenerwowało go samo wymienienie nazwiska renegata, potarł blizny na bokach twarzy, spróbował sięgnąć dolną wargą do nieistniejących w tym wariancie twarzy wąsów.– Nie dość, że pozbawiliby nas zysków z przerzucanych narkotów, to spowodowaliby krach na rynku normalnych ziemskich halucynogenów.Nie mogliśmy na to pozwolić.– Szukaliście Krasinky'ego, żeby wycisnąć dane i ukarać, prawda? – Nie śpieszył się z odpowiedzią.– Nie udało się, dziwne.Kto jak kto, ale wy powinniście mieć możliwości większe niż ktokolwiek inny.– Doznałem olśnienia: – Chyba że zmasakrowali wam siatkę, co?Nie odpowiedział, ale nie musiał.Ponuro zacisnął zęby.Poruszał palcami skutych rąk, wolne ruchy palców, prostowanych i zginanych, usiłujących wykonać skręty, przypominały bardzo wyraźnie ruchy macek ośmiornicy czy jadowitego ukwiału.Budda, czy ktokolwiek to był i jak się on tam nazywał, wyglądał teraz o wiele mniej sympatycznie, niż kiedy miałem tak mało wątpliwości co do jego pochodzenia i żadnych – co do jego zamiarów.To stały feler ludzkości – gdy już znamy charakter człowieka, łatwo odkrywamy jego manifestacje zewnętrzne – zmarszczki na czole mogą stać się oznaką geniuszu lub morderczych skłonności, uśmiech może być cyniczny lub tajemnicy, łysina – niesympatyczna lub sexy.Wszystko zależy od otoczki informacyjnej.Budda podniósł spojrzenie i popatrzył mi prosto w oczy.Miał czyste beznamiętne spojrzenie, woda destylowana.Nie przepraszał, o nic nie prosił, badał, sprawdzał, szukał informacji, szukał koalicji.Odwróciłem się do Kaszla.W aktualnej sytuacji nie miałem wyboru, każdy kto był wrogiem Darkshielda, był moim sprzymierzeńcem, przynajmniej na chwilę.Na teraz.– Teraz to bydlę stało się twoim przyjacielem, bo również związanym – powiedziałem nie szczędząc goryczy swojemu głosowi.– Tak mu się przynajmniej wydaje [ Pobierz całość w formacie PDF ]