[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wzdrygnęła się z obrzydzeniem.Ze dwa lub trzy razy Joe próbował ją pomacać.Często wodził za nią pożądliwym wzrokiem.I uśmiechał się znacząco.Nigdy o tym nie mówiła Cassie.I nie zamierzała.167Przygotowała się psychicznie do awantury, jaką na pewno jej urządzi, ale Joe cicho zamknął drzwi i ściągnął z głowy czapkę niczym wieśniak, który przyszedł z wizytą do królowej.- Regan, bardzo przepraszam, że ci przeszkadzam.Wzruszył ją jego pokorny ton i zawstydzony, wbity w ziemię wzrok.Ale chwilę później przypomniała sobie sińce na twarzy i szyi Cassie.- Czego chcesz, Joe?- Podobno Cassie mieszka u ciebie? Zauważyła, że o dzieciach nie wspomniał słowem.- Tak.- Pewnie mówiła ci o naszych kłopotach?- Że ją pobiłeś i że cię aresztowano? Owszem.- Byłem pijany - rzekł ze spuszczoną głową.- Czuję się okropnie.Siedząc w więzieniu, cały czas o niej myślałem, jak sobie RSdaje radę.A teraz mam zakaz zbliżania się do niej.- Podniósł oczy; lśniły w nich łzy.- Chciałem cię prosić o przysługę.Milczała.Nie ma szans, by wilgotne oczy drania zaćmiły jej rozum.- Żebyś porozmawiała z Cassie.Poprosiła ją, by dała mi jeszcze jedną szansę.Sam nie mogę z powodu tego przeklętego zakazu.Ale ciebie ona posłucha.- Przeceniasz moje możliwości, Joe.168- Nie, ciebie posłucha - powtórzył.- Ciągle opowiada o tym, jaka jesteś mądra.Jeśli jej powiesz, żeby wróciła do domu, na pewno to zrobi.Regan wzięła głęboki oddech.- Gdyby Cassie mnie słuchała, już dawno by cię wyrzuciła za drzwi.Zacisnął zęby.- Facet ma prawo.- zaczął.- Co? Bić żonę? Nie ma takiego prawa.I nie licz na to, że przekażę jej twoją prośbę.Jeśli to wszystko, bądź łaskaw wyjść.Ściągnął wargi i niczym wściekły pies odsłonił dziąsła.Jego spojrzenie stało się zimne, harde.- Wciąż zadzierasz nosa? Myślisz, że jesteś lepsza ode mnie?- Nie myślę.Wiem.A teraz wynoś się stąd, bo wezwę szeryfa.- Miejsce żony jest przy mężu! ~ Huknął pięścią w ladę, tak RSmocno, że pękła szklana tafla.- Powiedz jej, że jeśli wie, co dla niej dobre, to wróci do domu.I co dla ciebie jest dobre - dodał.Regan zdławiła uczucie strachu i zacisnęła rękę na kredce w kieszeni, jakby to był jakiś talizman.- Grozisz mi? - spytała chłodno.- Nie sądzę, aby twój kurator pochwalał takie zachowanie.Może zadzwonię i się upewnię.- Suka! Jesteś wredną, zimną suką, która nie umie znaleźć sobie faceta! - Miał ochotę jej przyłożyć, zmieść jej z twarzy ten zadufany wyraz.- Tylko spróbuj stanąć między mną a Cassie! Obie tego pożałujecie.Zobaczymy, czy dalej będziesz tak zadzierać nosa.169Wsadził czapkę na głowę i skierował się ku drzwiom.- Powiedz jej, co mówiłem.Powiedz, że na nią czekam.Ma kazać szeryfowi porwać te durne papiery i być w domu przed wieczorem!Kiedy drzwi się zatrzasnęły, Regan oparła się o ścianę.Ręce jej drżały.Nienawidziła tego uczucia: bezradności, strachu.Po chwili chwyciła telefon.W pierwszym odruchu chciała zadzwonić do Rafe'a, ale się powstrzymała.To złe posunięcie, stwierdziła, odkładając słuchawkę na widełki.Złe z wielu powodów.Rafe odszuka Joego i pewnie dojdzie do bójki.Może zostać ranny.Zresztą przemocą niczego się nie rozwiąże.Wzięła kilka głębokich oddechów, żeby się uspokoić.Zawsze potrafiła sobie radzić w życiu.Teraz też wiedziała, jak powinna postąpić.Nie namyślając się dłużej, ponownie podniosła telefon i wykręciła numer szeryfa.RS- Z początku to nawet było mi go żal.- Wypiła łyk herbaty, po czym odstawiła filiżankę.- A potem wystraszyłam się.- Nic dziwnego, że drżysz.- Devin popatrzył na pękniętą szklaną taflę.Spotkanie z Joem mogło się skończyć dla Regan o wiele gorzej.- Nie sądziłem, że jest takim idiotą.- Chyba wcześniej nic nie pił.Przynajmniej nie wydawał się pijany.Ale z każdą sekundą narastała w nim agresja.- Ponownie sięgnęła po filiżankę.- Niestety nie mam świadków.Byliśmy sami.- Wnieś oskarżenie, ja się zajmę resztą.Uśmiechnęła się.170- Czuję, że to ci sprawi przyjemność.- Nawet nie wiesz, jak wielką.- W porządku, wniosę.A co z Cassie?- Natychmiast po twoim telefonie wysłałem do Ed's Cafe jednego z podwładnych.Ma tam siedzieć, pić kawę i flirtować z Ed.Drugiemu kazałem krążyć wokół szkoły.Przeraziła się.- Boże.Myślisz, że może skrzywdzić dzieci?- Nie sądzę.One go nie obchodzą.- Masz rację -powiedziała, próbując się pocieszyć.- Słowem się o nich nie zająknął.Mówił tylko o Cassie, zupełnie jakby dzieciaki nie istniały.Wiesz co, zamknę sklep i od razu z tobą pojadę.- Świetnie.Im szybciej to załatwimy, tym lepiej.Jest duża szansa, że drań siedzi w domu, opróżnia butelkę i RSczeka na powrót żony.Złożywszy na policji oficjalną skargę, Regan udała się do supermarketu.Czuła, że obie z Cassie będą potrzebowały czegoś na poprawę humoru.Spaghetti z mięsnym sosem, a na deser pyszne czekoladowe ciasteczka.Stojąc w kolejce do kasy, widziała, jak ludzie przyglądają się jej z zaciekawieniem i szepczą jeden do drugiego.Ogarnął ją śmiech.A niech sobie plotkują, pomyślała.W pewnym momencie, poruszając się ociężale - i nic dziwnego, skoro ważyła co najmniej ze sto kilo - podeszła do niej pani Metz.171- Regan Bishop! Dzień dobry, kochanie.- Dzień dobry, pani Metz.Coś mi się zdaje, że znów zacznie sypać.- To prawda - potwierdziła starsza kobieta.- Mówili w radiu.Popatrz, już luty, a zima nie odpuszcza.A co ty tu robisz w środku dnia?- Klientów mało.- Doszedłszy do kasy, Regan zapłaciła za zakupy.- Zapadli w sen zimowy.- Byle do wiosny.Ale z interesami nie jest chyba tak źle, co?Słyszałam, że będziesz urządzać dawny dom Barlowów?- Tak, chociaż na razie trwa remont.- Regan oparła torbę z zakupami na biodrze.- Nie wierzyłam, że kiedykolwiek znajdzie się ktoś chętny na ten stary dom.Że go kupi i odrestauruje.- Oczy staruszki zalśniły.- Pewnie MacKade'owi nieźle się RSpowodziło tam na Południu.- Pewnie tak.- Och, ci bracia MacKade! Wszystkich nabrali.Kto by pomyślał, że wyrosną na porządnych ludzi? Rafe, na przykład, rozwalił pikapa swojego ojca, zanim jeszcze dostał prawo jazdy.To było tuż po śmierci starego Bucka.Boże, ten chłopak.toż to był diabeł wcielony!Uganiał się za dziewczynami, ciągle szukał okazji do bójki, śmigał po bocznych drogach na warczącym motocyklu.Jego bracia nie byli lepsi.- Ludzie się zmieniają [ Pobierz całość w formacie PDF ]