[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Był już naprzeciwko czerwonego budynku Kasyna Gry.Westchnąwszy coś w rodzaju: „Żadna praca nie hańbi” – ruszył do środka.XWiosna wybuchła jakoś nagle, jakby miejskie drzewka w powszechnym przerażeniu zdały sobie sprawę, że nie wiadomo, czy dotrwają jutra, jakby zaczęły z dnia na dzień łapczywie żyć.Po lekturze katyńskich relacji podnosiłeś, człowieku, pełne trupiej mazi oczy i absurdalna, hałaśliwa zieleń aż bolała.Przerażający ludzki świat nie miał nad nią żadnej władzy.Od jesieni na murach trwała potyczka.Napis: „PPR” – przerabiano na: „P – łatne P – achołki R – osji”.Teraz, po Katyniu, zazieleniły się na murach wąskie paski z takim właśnie nadrukiem.Dwie litery P, potem R tworzyły z daleka znany skrót, dopiero z bliska uderzał ów uzupełniony petitem nadruk.Afiszów było sporo.Ten świat zdawał się nie mieć władzy tylko nad kobietami, które ożyły wiosennymi, rozpiętymi płaszczami, jaskrawiły ulice kolorami sukienek.Nawet maskujące się ubóstwo potrafiło jeszcze brać udział w kolorach tej wiosny.Tylko czarna nędza wywlekała na wierzch czerwonosine odmrożenia, leczyła słońcem uparte strupy.Neutralne wróble zanosiły się świergotem.Żył dziwny świat ludzki, pełen jakichś nadziei.Wychudzeni mężczyźni mrugali do siebie na chodnikach, gdy szynami sunęły mijając się dwa przeznaczone tylko dla Niemców tramwaje numer 0.–Śmierdzi, co? – wzdychali do siebie nieznajomi.–Aha, dwa zera się mijają – demonstrował swą dobrą orientację dziesięcioletni synek inicjatora tej wymiany zdań.Jakaś pani szła płacząc.Przed sobą w wyciągniętej ręce, jak okrwawioną szmatę po zabitym, niosła gazetę.–Pewnie z listy katyńskiej… – przeleciał półgłośny komentarz pana z dyndającą na guziku paczką.–Świąteczna babka aż pachnie – chłopak z gazetami skomentował kopiasty kształt, nie wydając mu reszty.Wielkanoc z warszawskim uporem miała być Wielkanocą.Osobowe pociągi pęczniały od tłumów szmuglujących słoninę i mięso, masło i groźne w tłoku jaja.,,Niemieckie gestapo, rosyjska piechota, amerykański dolar, angielska flota, warszawski szmugiel” – odpowiadała zagadka na pytanie, co jest najmocniejsze na świecie.Gęściej zaciskały się zielone oka żandarmskich obław.Druga już wielka bitwa o Kercelak dała w jednej łapance parę tysięcy ludzi.Ulicę Skaryszewską, gdzie był punkt zborny wywożonych na roboty do Niemiec, od świtu zaludniały rodziny schwytanych.Mizerna chłopka z butlą mleka i połówką razowca kucała na chodniku patrząc z lękliwym szacunkiem na rzutkiego jegomościa z wąsikiem, w raglanie z angielskiej wełny, który bez lęku zagadywał do żandarma wychodzącego z furtki ogrodzenia.–A kogo mają, syna? – odważyła się wreszcie zapytać koło południa, gdy mijający bezowocnie mimo rzutkiej działalności czas pobratał ich bliżej.–Na wiosnę będzie mu lżej… – pocieszała chłopską frasobliwą wiedzą.Czasem otwierała się furtka, by wypuścić kilkunastu ludzi pod eskortą żandarma, w asyście kilku granatowych, niby pilne owczarki zaganiających stadko szczególnie nędznych aresztowanych.Podejrzanych o zaawansowaną gruźlicę prowadzili do lekarza.Zaroiło się.Z bram i zaułków cwałowały matki i babki, kombinowali coś w krótkich okrzykach bracia, uspokajali ojcowie.Nieraz, bywało, urwał się któryś, snadź nie ufając w dostateczny rozkład swoich płuc, i roztrąciwszy eskortantów dawał nura w tłum.Krzyki, strzał… Potem sapliwe prośby granatowych:–Toż, panowie, spokojnie, prześwietlą i zwolnią.Toż, panowie, my też Polacy, nas rozstrzelają, jak uciekniecie… – Każdy z proszących maszerując gmerał jednak paluchami koło odpiętej kabury pistoletu.–Prześwietlenie i na święcone jajo do domu… – uspokajali kordialnie wszystkimi sposobami.Dekalog Praw i Obowiązków Dobrego Polaka wśród innych zawodów obejmował i policjantów, zakazując im kategorycznie udziału w łapankach.Między boleśnie bijącym młotem konspiracji a szerokim kowadłem niemieckiego terroru rozpłaszczyła się granatowa dusza.Wiosna.W słońcu, które zaglądało na gestapowskie biurko pełne akt i poszlak, opalała się na balkonie, na sąsiedniej ulicy, łączniczka podziemnej grupy.–Co pan tak goni? – strofował rykszarza jakiś flegmatyczny pasażer, mocno niepewny, czy adres, na który jedzie, nie jest już „spalony”, czy nie właduje się prosto w,,kocioł”.–Wiadomo, wiosna – odpowiadał tamten, rad,.że z codziennym plikiem gazet pod siedzeniem pasażera oddala się od ulicy, którą uważał za pechową.Kolejarze węzła warszawskiego, choć roboty mieli coraz więcej, mieli też lepsze humory.Często walące na Wschód transporty z getta korkowały linię, denerwowały, ale słońce przygrzewało błogo.I oni kombinowali święta niecierpliwie i żarłocznie [ Pobierz całość w formacie PDF ]